28 maj 2007

Lasy o 5.30 nad ranem.

Gorąco upiornie, więc na randki z Czarnym umawiam się bladym świtem. Dziś zwłóczyłam do 6.00 i już było za ciepło... Niezmordowanie terenujemy samotnie. Wyprowadzam w ręku do lasu obserwując za każdym razem coraz lepszą kondycję emocjonalną, wsiadam i jedziemy :) Dziś pierwszy raz włączyłam dłuższe kłusy, do tej pory były krótkie odcinki kłusa z notorycznym sprawdzaniem, czy na pewno w każdej chwili moje hamulce działają. Zakodowały mi się w głowie te dwa czy trzy poniesienia, które mnie spotkały jeszcze wczesną wiosną... Dziś pozwoliłam Czarnemu lecieć dość długo, stwierdzając z pewnym zdumieniem, że nie ma inklinacji do galopu, choć zasuwa kłusem dorożkarskim: wysokim, szybkim, lotnym. Na tyle, kurka wodna, wysokim i szybkim, że nie umiem tego anglezować :( Nie odnajduję się w Cheyenne w takim szybkim kłusie, więc na razie ten kłus oblatuję półsiadem z trudem łapiąc jaką taką równowagę... Nie mam na czym oprzeć kolan... Ale jednocześnie eksperymentuję, próbuję, ćwiczę, może za tydzień będzie już lepiej.

Swoją drogą, do tej pory nigdy nie regulowałam tempa w ramach danego chodu. Kłus to kłus, od ekonomicznego powłóczenia kopytami do unoszenia się nad ziemią z ponaddźwiękową. Spróbuję nieco poeksperymentować z energią, a może z takimi półparadami z podniesioną wodzą odpuszczanymi na zwolnienie, a nie na kompletne przejście do stępa. Bo chyba zmiany tempa i prędkości to jeszcze nie L2... Na razie zsiadam po ładnych, spokojnych odcinach kłusa, w nagrodę. Dziś też jeździłam po piaskowej drodzę w tę i z powrotem z nadzieją, że bardziej z nią oswojony i przekonany, że wcale nie idzie tam, gdzie sądzi, że idzie, zacznie poruszać się nieco mniej spiesznie. Troszkę może rzeczywiście zwolnił. Ale nie jest to ten kłus z opuszczoną głową, którego w zasadzie bym poszukiwała. Intuicja mi mówi, że nie ma się co na tym za bardzo koncentrować. Za kilka dni i tygodni będę lepiej trzymać się w Cheyenne, on będzie bardziej oswojony z samą ideą samotnych spacerów, moja i jego sprawność fizyczna i emocjonalna naturalnie wzrośnie i zupełnie naturalnie wiele rzeczy ulegnie poprawie.

Nie zmienia to faktu, że Czarny z dnia na dzień, z jazdy na jazdę robi sie coraz bardziej cudownym koniem samotno-terenowym. Byle starczyło mi energii do tego porannego wstawania...

Na ziemi, na ziemi, a do grzbietu jakby bliżej...

W sobotę bawiłyśmy się na padoku. Planowałam na początku spacer w terenie, ale błocko przy wyjściu po ostatnich burzach zrobiło się tak koszmarne, że nie chciało mi się ryzykować nalania górą do kalosza (co ostatnio mnie spotkało :]). Ech, gdyby nie ten syf przy bramie pastwiskowej, stajnia naprawdę byłaby idealna :>

Czasu jednak nie marnowałyśmy. Postanowiłam poćwiczyć ciąg dalszy psychiczno-emocjonalnego przygotowania do jazdy, czyli driving ze strefy 3. Właściwie to nie tyle driving, co pasażer. Zaczęłam od driving, ale później pomyślałam, że dam młodej wybierać kierunek i zobaczę, dokąd potupta. Pozytywne było to, że nie próbowała się kręcić w kółko przy jakimkolwiek obiekcie -- łaziła sobie po całym obszarze pastwiska, próbując wykumać, o co mi chodzi i "kiedy wreszcie jej powiem dokąd ma iść".
Kiedy już widziałam, że chodzi bez zatrzymań i sięgania po trawę, zatrzymałyśmy się na obszarze, na którym trochę więcej zielska rosło i dałam jej sygnał, że może jeść. Po przerwie znowu poprosiłam ją o ruszenie ze strefy 3 i...
..i okazało się, że mój koń, z właściwą sobie logiką, stwierdził, że wreszcie zrozumiał :] => najwyraźniej chodzi o to, żeby wybrała sobie miejsce, gdzie może jeść. Tak więc, co kilka kroków, zatrzymywała się i (nie, nie sięgała po trawę...) lekko zwracała głowę w moją stronę, pytając "mogę? mogę? ta wygląda na smaczną!" Ubaw z niej miałam nieziemski :)

Stwierdziłam, że nie będę z nią walczyć -- w końcu pytać ma prawo :) Po prostu cierpliwie odpowiadałam - "dziękuję, że pytasz, nie, nie tym razem, idziemy dalej". Tuptup.. "mogę?" "nie." "mogę?" "nie." "mogę?" "nie."...
Czy ktoś już mówił, że PNH to szkoła cierpliwości? :DD

W końcu spojrzałam tęsknie na płot po drugiej stronie pastwiska, i pomyślałam -- ech, chciałabym, żeby tam doszła... a ona... od tego momentu się nie zatrzymała. To był NAPRAWDĘ spory kawałek w stosunku do tych kilku kroków, po których pytała przez ostatnie 5 minut. Hm. A może to JA miałam focus na trawie zamiast na celu? How interesting...

Jestem bardzo zadowolona, że nie uciekłam się do rozwiązania siłowego ("przestań wreszcie się zatrzymywać i pytać, tylko leź do przodu!!"). W ogóle ostatnio stwierdziłam, że nie pamiętam, kiedy się destruktywnie na młodą wkurzyłam. No dobra, pamiętam, to było parę miesięcy temu. Robi różne rzeczy, ale raczej mnie nimi zachwyca albo rozbawia, niż wkurza ;) Pozytywnie -- emotional fitness rośnie :]

W każdym razie pora robiła się już późna, więc koń został nagrodzony za chwilę niepytania -- pozwoleniem na żarcie. I puszczeniem luzem.

Ogólnie wrażenia bardzo pozytywne. Ciekawa jestem, jak bardzo to się przeniesie na jazdę... Na pewno przyda się mnie -- marzy mi się, żebym potrafiła bez problemu i skupiania się na tym fakcie, iść w synchronizacji z nią obok niej (w tej chwili muszę o tym trochę myśleć). Zwalniać, przyspieszać z nią, podążać za ruchem.

Ona chyba też bawiła się nieźle, tym bardziej, że jak łaziłyśmy, to muchy dawały nam nieco spokoju. Bo jest pod tym względem strasznie. Muszę poszukać jakiegoś dobrego antymuchacza dla niej...

26 maj 2007

Sznurek i na oklep

Jeździłam, jeździłam i taka myśl przyszła mi do głowy:

Gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że będę jeździć na oklep ze sznurkiem w garści to bym się postukała w czoło i pomyślała, że nie jest przy zdrowych zmysłach.

22 maj 2007

Naturalna stajenka i jej mieszkancy

Jutro minie dokładnie tydzien odkąd poszlismy "na swoje". W zwiazku z tym wiele przemyslen jak to jest na swoim być. Duzo roboty, i chyba zła organizacja pracy, a moze wcale nie? Moze jak się chce idealnie to tyle pracy trzeba wlozyc? Mimo to usmiech z twarzy nie schodzi.
Atutów wiele, i chyba cos jest w powiedzeniu "panskie oko konia tuczy" bo konie naprawdę widac ze szczęsliwe.
A konie bo juz nie jeden a dwa. Nowy mieszkaniec stajni tez rudy, folblucik 10 letni. Wesoły, płochliwy. Holda zakochana przeokropnie, dogadują się bez problemow.
Teraz więcej undemanding time niz parelliozy takiej stricte. Gorąco okropnie i ludz po prostu nie da rady i czeka na deszcz jak na zbawienie.
Ale pląsac z nowym juz tez pląsalismy. I tak sama sobie mysle ze albo folbluty bystrzejsze, albo tak naprawdę od czasu moich początkow z Holdą mam wiecej strzal w kołczanie i więcej narzędzi, co powoduje ze lepiej idzie. A drebin reaguje dobrze, ma mniejszy "opposition reflex", jest mniej dominujący, słucha, uwaza, nie traci czasu na opór.
Ale jestem ostrozna, bo jeszcze go nie znam i cały czas sobie powtarzam ze L1 to jest bezpieczenstwo ponad wszystko. A kon wiem ze się odsadza, ze jak się płoszy to do ludzia się klei, na ręce chce by go uratowac. Miał tez pewne opory z wchodzeniem do boksu z padoku, stawał jak wryty i nie było szans go ruszyc. Jak ludz ciągnął kon się odsadzał. Po tygodniu doszlismy do momentu kiedy zdarza mu sie raz zatrzymac i po chwili idzie dalej. Dajemy mu czas by pomyslał ze jednak warto, ze w boksie nie ma potworow, ze kolezanka wroci.
Nawet nie wiedzialam kiedys ze PNH moze dac tyle narzędzi, tam mnie zmienic, dac tyle cierpliwosci.

Z Holdą z kolei jestem w zawieszeniu. Mam wrazenie ze jedynka z ziemi juz ją nuży. Z siodła nie mamy na razie warunkow by pracowac, więc dylematy natury czy zaczynac dwojkę z ziemi czy dac czas, az bedzie mozliwosc pracy z siodła, i dopiąc jedynkę do konca.
W sumie potrzebuję by ktos mi powiedział - zrob tak i tak, idz dalej albo zostań. Mogę liczyc na Was?
Chcę wyslac nagranie z zaliczeniem L1 i jak sie uda z koniem na L2 przyjechac, taki jest plan, czy wypali? nie wiem

21 maj 2007

Galop? Boski!

W skrocie telegaficznym, bo czasu jak na lekarstwo, ale chcialam sie podzielic wrazeniem z ostatniego terenu.

Kon mial wolne przez tydzien - wisadlam i zabralam w teren. I tak w trakcie galopu mnie naszlo, zeby zrobic dodanie. Czyli polsiad, energia i bruuum, pojechalismy. Po chwili postanowilam lekko zwolnic - troche spuscialm powietrza i mialam "ta-dam-ta-dam". Po raz pierwszy naprawde poczulam, jak to jest miec taka kontrole nad predkoscia konia tylko na energie. Zupelnie, jakby nie byl to kon naturalny, ale mechaniczny, a ja zamiast energii operowalabym pedalem gazu. Bylo bosko:)

Mniej znaczy więcej :)

Zgodnie z tą maksymą jeździliśmy dziś po pastwisku na jednej linie. I nawet sobie na tej jednej linie pogalopowaliśmy całkiem sporo i czułam się całkiem normalnie, i z tego jednolinowania uczynię sobie zwyczaj, póki co, bo jakoś nieładnie zaczęłam łapać za dwie wodze. A im mniej do łapania, tym ciało bardziej pracuje, tym człowiek delikatniejszy i w ogóle same zalety.

Czarny od wielu dni miły i spokojny. W piątek byliśmy w samotnym terenie, tylko stęp, ale obyło się bez caplowania, choć energicznie bardzo i z rozglądaniem się na wszystkie możliwe strony.

W siodle usadziłam się i poczułam się bezpiecznie. I niestety, znalazłam sobie jakieś tajne punkty oparcia i zaczęłam jeździć niechlujnie i z pochyłami lub fotelowo, czyli krzywię się od nowa. Innymi słowy, ride with your mind, nie ma wyjścia, trzeba myśleć cały czas, co się robi.

Kupuję małą kamerkę, za 400 zł, będę się kręcić i oglądać, kręcić i oglądać... Ot, jeszcze jedna pomoc naukowa.

Gorąco się bardzo zrobiło... Rozważałam dziś pomysł jazdy o piątej rano... Wsiadłam ostatecznie o dziewiątej i było już baaaaardzo gorąco. Niemiło. Emiterowi też nie chciało się latać.

Las, las i testowanie

Nawiązując do tematu rudych niewielkich testujących stworzeń:

Campina wyraźnie dobrze się czuje w nowej stajni. W stadzie na tyle, na ile widziałam, już zasymilowana (co najmniej z dwiema kobyłkami się lubi tak, że się skrobią), całe dnie na pastwisku, w boksie czysto, poidła zawsze "pod paszczą", miło.

Są też minusy takiego układu -- zaczęła bestia dochodzić do wniosku, że nie jestem jej w takim razie potrzebna. Tym bardziej, że ze względu na zmianę stajni nie chciałam jej dodatkowo "dociążać" psychicznie i nic bardziej wymagającego nie robiłyśmy. No, poza przećwiczeniem błocka pierwszego dnia, bo przechodzenie przez nie musiała opanować (droga na pastwisko).

Tak więc: testuje. Niby przypadkiem depnęła mi na nogę (auuuć, ale fajny siniaczek na małym palcu). Niby przypadkiem, oganiając się od much, zahaczyła mnie tylnym kopytkiem. A potem się okazało, że kałuża jest nie do przejścia, żeby nie wiem co. Przypominam: wejście na pastwisko to grzęzawisko pochłaniające konia po nadgarstki i stawy skokowe, jakoś się udaje je codziennie pokonywać. Nawet bez histerii. Nie wiem ile czasu siedziałyśmy nad tą kałuża, ale dość długo... W końcu przeszła, przeżuła. Zobaczymy jak będzie następnym razem.

No i tylne nóżki wyrywała trochę przy czyszczeniu. Trzeba popracować nad rozluźnieniem tylnych nog (cel: ma pozwalać nimi "machać" aż do wyprostu prawie, bo teraz mamy przykurcz, który do tej pory akceptowałam, ale koniec tego...). Wczoraj udało mi się uzyskać może z 2-3cm ruchomości w stawie skokowym. Słabo. Ale od czegoś trzeba zacząć.

A poza tym zaliczyłyśmy spacer. Myślałam, że po Leśnej Polanie będę tęsknić za lasem. Ale Niestępowsko-Sulmińsko-Otomiński jeszcze piękniejszy! Słoneczny, szerokie, piaszczyste drogi, trawy full, raj na ziemi :) I wcale nie tak daleko :)
Chociaż po 3-godzinnej przechadzce żywym stępem (nawet chętnie szła :]), głównie driving ze strefy 3 z przerwami na trawkę, Campi wyraźnie odpadła kondycyjnie. Na koniec się snuła z miną "ja chcę pić i do łóżka..."

Wylądowały więc w boksach, z marchewką w żłobach. Będzie miała co wspominać młodociana :) A za tydzień też chcę taką pogodę i na spacer! Może wreszcie poprawimy kondychę -- i ja, i ona, kluseczka moja :>

A tak właśnie sobie tuptałyśmy:
Spacer po lesie :)

20 maj 2007

Koniec leniuchowania

Od paru dni wolno już nam powoli wprowadzać kłus. Z radością stwierdzam, że są postępy w follow the rail u kłusie. Dziś właściwie Duszek tylko dwa razy chciał wejść do środka, ale naprostowany ładnie wrócił i trzymał kierunek. Natomiast dzisiejszy mini teren, czyli stępowanie poza ujeżdżalnią okazało się kompletną porażką. W jedna stronę szedł nawet ładnie, zwiększamy stopniowo odległość i Duszek jest coraz mniej napięty. Ale w pewnym momencie Duszek zdecydował, że trzeba coś przekąsić. Niezbyt reagował na moje fazy – można powiedzieć, że wcale, a nawet odwrotnie, bo jak już ruszał, to do tyłu. Nie chciałam się szarpać, więc zeszłam i z ziemi problem udało się łatwo rozwiązać. Tłumaczę sobie, że do tej pory nie mieliśmy takiego spięcia, bo wyjazd poza ujeżdżalnię był dla niego zupełnie nową sytuacją. Widocznie teraz poczuł już się na tyle pewnie, że postanowił oddać się swemu ulubionemu zajęciu. Czyli jest jakiś pozytyw, ale jak na nim siedziałam i zasuwaliśmy do tyłu, to tego nie widziałam.

Oczywiście to moja wina. Po pierwsze – przywództwo, czyli jego brak. Po drugie nauczyłam chłopaka, że po wyjściu z ujeżdżalni idziemy na trawkę i słusznie doszedł do wniosku, że szamanko po wyjściu z ujeżdżalni to jego końskie prawo. Teraz będzie tak: czasami trawka, a czasami bez trawki.

Jeszcze jedno zdarzyło nam się dziś po raz pierwszy – po raz pierwszy spłoszył się ze mną w siodle. Wyjechaliśmy z ujeżdżalni, coś huknęło i Duszek uskoczył. Ale było tak, jak mówiła Basia: on tylko uskakuje w bok, ale łatwo ten skok wysiedzieć. Od dzisiaj już wiem, jak to jest.

18 maj 2007

Druga kursowa paczka

Ciagle nie mam czasu zajac sie zdjeciami z kursu, ale dla ukolorowienia wrzucam nastepna kursowa paczke:)






16 maj 2007

Konie wędrowniczki

Promyk i Indi w poniedziałek mieli własny pomysł na spędzenie popołudnia. Zerwali pastuch i poszli w swiat. Kolega, który był z nimi wyłamał się i został, tylko kawałek dalej na lepszej trawie. A oni poszli.......
Zostali odnalezieni trzy wsie dalej przez dobrego człowieka. Podobno byli bardzo zadowoleni z siebie :)
Agnieszka włascicielka stajni, szukała ich godzinę jeżdzac samochodem i dostając zawału :) A, gdy już zostali znalezieni to trzeba było jeszcze jakos wrócić ... powrotna droga trwała 45 minut :)
Od wczoraj koniki mają na kantarch napisany nr tel do Agnieszki :) Myslę tez o serduszkach z adresem, takich jak mają psy przy obrozach :)
Jak ja mam z nimi wesoło !!!! :)

15 maj 2007

Nowe w stadzie:)

Na początku chciałam się przywitać i podziękować za zaproszenie do pisania wspólnego bloga. Jesteśmy bardzo początkujące, więc „cuda i objawienia wszelkie” które z Czenną odkrywamy, już pewnie dla większości z czytających są chlebem zupełnie powszednim. Czenna uczy mnie cierpliwie. No właśnie: Czenna! Szefowa stada, koń dominujący resztę towarzystwa, po rekreacji skrajna minimalistka wychodząca z założenia, że nie ma co się wychylać, bo człowiek w ostatecznym rozliczeniu i tak zawsze da po uszach. Próbowała już w życiu chyba wszystkiego z chodzeniem w bryczce włącznie, w ostatniej stajni robiła za maskotkę, gdyż pewnego pięknego dnia, doszła do wniosku, że nie ma ochoty dłużej „robić za środek transportu” i w większości przypadków (chyba tylko z wyjątkiem trenera i mojego Wojtka) odmawiała współpracy zainteresowanym delikwentom. Względnie spokojnie czekała przy czyszczeniu, pozwoliła założyć sobie siodło, wyprowadzić na plac, wsiąść… i na tym zabawa się kończyła. Od momentu usadowienia czterech liter zainteresowanego w siodle, kopyta Czenny miały cudowną właściwość idealnego wręcz spajania się z podłożem… i kobyła nie robiła ani kroku. Jeśli zdarzenie miało miejsce tam, gdzie dodatkowo rosła trawa - głowa robiła się dziwnie ciężka i opadała w kierunku posiłku. A człowiek szarpał i kopał i cuda wyczyniał…a ona konsekwentnie na przeczekanie. Przeczekiwała tak spokojnie, człowiek zsiadał, tracił nadzieję. Zaraz po utracie ludzkiej nadziei, końskie kopyta traciły cudowną właściwość i Czenna bez oporu pozwalała odprowadzić się do boksu gdzie z powodzeniem kontynuowała przerwane jej przez człowieka poskubywanie siana.
A teraz? A teraz co dzień jest inaczej. Czenna z miną dosyć jednoznaczną oświadcza mi spokojnie: ”Pewnie! Już! Żebym czasem nie zrobiła tego o co mnie prosisz!” , za to następnym razem przychodzi, mizia po rękawie potem wkłada głowę w kantar i patrzy” No choooooodź, no chodź już! Bawić się miałyśmy!” I tak sobie wędrujemy powolutku przez L1. Dobrze jestem zaznajomiona z nastrojami wszelkimi od skrajnej euforii:„Jest wspaniale! Jak nam wszystko super idzie! Koń mnie kocha! Ja o kocham! Żyć, nie umierać!” po kompletną depresję: „Tragedia. Nic z tego nie będzie. Koń mnie olewa, ja go nie rozumiem, nie wiem jak przekazać, dramat. Może lepiej zacznę coś kolekcjonować? Bo ja wiem? Znaczki? Może słonie porcelanowe? Figurki kotów?” . Oddech w tym wszystkim pozwala złapać mi obserwacja dwu naszych innych koni: Iluzji i Cekina….i tego, jak dogaduje się z nimi mój Wojtek. Tak się nam trafiło, że każdy z naszych szanownych kopytnych kolegów, ma kompletnie, ale to skrajnie inny charakter. Miło tak obserwować.

14 maj 2007

Jeszcze nieco reklamy bezterlicówek :)

Wczoraj miałam godzinkę na jazdę w moim nowym Cheyenne. Pogoda przepiękna, Czarny w nastroju pogodnym i niekonfliktowym i było naprawdę bosko :) Najpierw jeździliśmy sobie kłusem w tę i z powrotem po prostej "równoległej" do pasącego się Emana, w odległości jakiś 100 metrów od niego, żeby Czarny nieco się "odkleił". Jak przestał się usztywniać i gapić w jego kierunku przy zmianie kierunku, opuścił głowę i rozluźnił się, to zaczęliśmy sobie kłusować po kołach, tu i tam, na hektarowym pastwisku. Czarny super rozluźniony, miękki, poruszający się ekonomicznym kłusikiem i tak cudownie wychodziły nam skręty, że czułam wręcz upojenie :)

Wpadła mi do głowy pewna metafora, ktora pomogla mi ładnie składać się do skrętu: skręt (na poziomie L1/L2, kiedy wszystko jest bardzo przesadzone) jest jak strzelanie z łuku: zwracasz się w stronę, w ktorą chcesz strzelić (co przy okazji ładnie prostuje jeźdźca, taka półparada), podnosisz zewnętrzną rękę z wodzą (to jest "szczyt" łuku), a potem go "napinasz" zewnętrzną ręką i to jest właśnie wykończenie wodzą pokazaniem kierunku. Wydaje mi się, że prawidłowo i po parellowsku szczyt łuku powinien opaść przynajmniej trochę, ale tak cudownie zadziałała mi ta metafora, że robiłam właśnie tak i Czarny skręcał w kłusie po prostu bajkowo, na utworzenie "szczytu" łuku, czyli podniesienie wodzy zewnętrzną ręką przy skręconym ciele.

Po L2 zrozumiałam, że spychanie konia nogą w zakręt polega na naprawdę mocnym przesunięciu łydki do przodu (choć spychanie wcale mocne nie jest, ot tak, żeby poczuł, że tam jest jakiś sygnał dla niego) i nowe Cheyenne mi to wreszcie umożliwia! Nie mam poduszek, nic mnie nie blokuje.

Poza tym wczoraj zrozumiałam wreszcie, jak pokrzywiona i pochylona do przodu jeździłam przez ostatnie dwa lata! Moje poprzednie siodło trzymało tak mocno, że naprawdę żadne punkty cięzkości i zgodność rownowagi mojej i konia nie miały znaczenia. Teraz nie ma zmiłuj i wczoraj zaczęłam jeździć naprawdę jak dresażysta :) Plecy na baczność, łydka cofnięta, miednica elastyczna, brzuch mocny i napięty. A Czarny "na tropiciela", więc nie było mowy o żadnej sztucznej, niewygodnej dla niego pozycji. Po prostu w innych pozycjach leciałam na jego szyję! Jednocześnie jest coś takiego w tym siodle, że łydka nie leci mi do przodu jak przy jeździe na oklep. Nie robi mi się dosiad fotelowy! Nie wiem, dlaczego tak jest, ale to fakt. Przy jeździe na podkładce garbiłam plecy i przesuwałam nogi do przodu. Teraz ewidentnie coraz bardziej zbliżam się do eleganckiego, wyprostowanego siadu.

Dalej poprawiają nam się przejścia galop-kłus. Teraz mamy jeden, dwa sztywne kroki i potem już znowu miękki kłus, ja coraz szybciej zapanowuję nad sobą i pozostaję w ładnym wyproście nie obłapiając go nogami, a on na to zareagował zmiękczaniem, łagodzeniem tych przejść. Teraz rozumiem, że ja przez te dwa lata waliłam mu się na przód przy przejściu galop-kłus i on nie mógł zrobić nic innego, jak tylko usztywnić kłusa, próbując odzyskać utraconą równowagę. Zaczynam się też poważnie zastanawiać, czy brykania przy pierwszych skokach galopu w terenie nie były często związane z tym, że ja - przewidując szybki galop - automatycznie ustawiałam się do półsiadu, który wcale nie był zrównoważony, tylko zwalony na przód. Choć swoją drogą Czarny bryka na pastwisku galopując sam, rzuca głową i skręca sie na wszystkie strony. Taki typ.

Półsiad w Cheyenne, jak miałam okazję potestować, jest zdecydowanie bardziej w pionie, nad siodłem, mniej pochylony do przodu, z pupą tuż nad tylnym "łękiem". Z nieznanych mi przyczyn na razie muszę robić półsiad z ogonem bardzo podwiniętym pod siebie, inaczej wypadam z równowagi, nie wiem, czemu tak jest. Może taki powinien po prostu być półsiad?

Nowe siodło inaczej odciska sie Czarnemu na grzbiecie. Pod pupą bardzo spocone, z przodu, na łopatkach, tylko nieco spocone. Stare siodło zostawiało na łopatkach dwa wyraźne półksiężyce potu, z tyłu zdecydowanie mniej.

Czarny ma słabo rozwinięty tył, lata raczej na przodzie, nie jest dobrze zrównoważony. Może nowe siodło trochę mu w tym pomoże?

Po raz pierwszy w życiu czuję, że w czasie jazdy pracują mi mięśnie brzucha i cały korpus utrzymywany jest takim mięśniowym gorsetem. W tym siodle nie da się, moim zdaniem, jeździć niechlujnie.

To mówiłam ja, neofitka :) Ale poważnie: to zupeeeeeeełnie nowe doświadczenie! Super!

12 maj 2007

Powiedziałam "auć"

Dziś podczas naszej kuracji leczniczej, czyli stępowania, Duszek nagle ugryzł mnie w ramię, a ja ... NIE ZROBIŁAM NIC. Jestem z siebie bardzo zadowolona – nie tylko nic nie zrobiłam, ale w ogóle nie miałam odruchu, żeby go pacnąć. Zagapiłam się i nie zauważyłam, jak się do tego przymierza, nie zadbałam o swoją bańkę. Z jakiś względów właśnie podczas tych spacerów on mnie testuje, a ja o tym dziś nie myślałam. Cieszę się z tego ugryzienia, bo jest to dla mnie sygnał i wskazówka na przyszłość: nie można przestać uważać.

11 maj 2007

"Nie pozwól mu!"

Ta fraza, znana wszystkim absolwentom szkółek jeździeckich, męczy mnie i dręczy. Mam wbite do głowy, że jeśli proszę konia o coś i on tego nie zrobi, albo próbuję skorygować coś, co się pojawiło, to muszę doprowadzić do wykonania mojego żądania, wyegzekwować. W jednej z wersji to wałkowane wszechstronnie "zsiadaj, kiedy czujesz, że robi się źle" kontra "nie zsiadaj, on pomyśli, że wygrał!". Ten temat wraca do mnie nieustannie. Czy jeśli wieje wiatr, już grzmi, zaraz lunie, widzę, że Czarny jest coraz bardziej poddenerwowany, w zasadzie ja też chcę się już zbierać - czy zakończenie jazdy w tym momencie nie utrwala jakiegoś złego schematu? Uprzedzę, że zsiadłam, rozsiodłałam, wypuściłam i poszłam sobie, chwilę przed deszczem, Czarny poleciał galopem do Emana i miałam wrażenie, że zrobiłam dobrze, po ludzku i zgodnie z zaleceniem Berniego "open your heart" :). Ale dręczy mnie! :( Wielokrotnie "ustawiam" jakieś zadanie, ale potem widzę, że chciałam za dużo, że muszę wrócić do czegoś, co było wcześniej, i po prostu przerywam, odpuszczam, udaję, że nic sie nie stało i daję na tapetę inne zadanie. Mam wrażenie, że robię dobrze, że nie hoduję żadnych narowów i złych nawyków na przyszłość, ale hasło "nie pozwól mu!" dręczy mnie w tyle głowy...

9 maj 2007

Efekt uboczny PNH i korzyści z przymusowego stępowania.

Duszek ma zapalenie mięśnia międzykostnego w tylnej nodze. Zostaliśmy ograniczeni w naszych czynnościach i przez najbliższe 10 dni możemy tylko stępować. Zalecenie wetki: „30 – 40 minut stępa dziennie, po liniach prostych, obojętne, czy z ziemi czy z siodła, ale ma to być robione na jak najdłuższej wodzy - tak długiej, na jakiej nie będzie się pani bać”. O czym my tu mówimy – jaki strach, jakie wodze – my jeździmy na sznurku! No i wyszło na to, że PNH to też metoda lecznicza.

Ta sytuacja, mimo że niepożądana, ma jednak swoje dobre strony. Ja niestety zbyt często myślę zadaniowo i wtedy zapominam o szczegółach. A teraz, gdy zadaniem jest tylko stęp, mogę lepiej skupić się na reakcjach konia. Dziś np. zauważyłam, jak parę razy próbował wyciągnąć piłę zza pleców. Z dumą przyznam, że udało mi się w porę powiedzieć „koleś, widzę, co kombinujesz”. Koleś przeżuł, przememłał. Jakby ktoś boku z boku patrzył, to by pomyślał „ot, taki spokojny, zrelaksowany spacerek, w czasie którego nic się nie dzieje”. Tymczasem dla koniska jednak się działo, bo pod koniec tego spaceru uraczył mnie sesją trzech czy czterech potężnych ziewnięć.

Mam też nadzieję, że przez te dzisięć dni poprawi się trochę kondycja Duszka. To chyba Klara gdzieś pisała, że stęp poprawia kondycję. Nie wiem co prawda, w jakich dawkach i po jakim okresie widać jakieś rezultaty, ale może ...

7 maj 2007

Bezterlicówka w teren

A raczej: Jak to nie pojechałam w teren, tylko poszłam na piechotę :) Jazda w moim nowym siodle po pastwisku, gdy nic wokół nie bryka i nie straszy - to jedna rzecz. A wyjazd w teren z Emanem i Olem to zupełnie inna sprawa. Postawmy sprawę jasno: mam cykora. Kieffer Norbert Koof AT trzymał mnie na amen. Potężne klocki z przodu i za łydką, do tego paseczek, którego łapałam się w chwilach naprawdę krytycznych. Naprawdę Czarny musiałby bardzo się napracować, żeby mnie zrzucić, w siodle zleciałam tylko raz, dwa lata temu. A tu byle odskok, byle zmiana tempa - łydka w tył, ja lecę w przód, rozpaczliwie szukając jakiegoś oparcia. Wyjechaliśmy może 200 metrów i poddałam się. Czarny szedł energicznie stępem, poddenerwowany, a ja miałam poczucie, że kilka nieoczekiwanych skoków i będę leżała. Olo wrócił do domu, a ja poszłam godnie na spacer w moim koniem w ręku, który to koń zresztą, jak to on, witał las po kilku tygodniach przerwy z takim samym niepokojem i zdumieniem jak zawsze. Zniosłam to z godnością.

Swoją drogą, po L2 z Bernim na nowo odkrywam znaczenie pierwszego obowiązku człowieka: "zachowuj się jak partner", i cieszę się na przykład z tego, że kiedy podczas ćwiczeń na wolności Czarny podniósł nagle głowę i obejrzał się z niepokojem, to nie zareagowałam jak zwykle: "gdzie się gapisz, na mnie się skup!", tylko odwróciłam się w tą samą stronę i poszłam tam z nim - prosto na spotkanie mojego synka z czerwoną taczką, który był właśnie źródłem niepokoju mojego konia. Czarny obwąchał taczkę uważnie, postał chwilę, po czym poszedł za mną. Brzmi idiotycznie, ale miałam wrażenie, że potraktowałam mojego konia partnersko i z szacunkiem, a nie jak maszynę. Tak samo było w terenie, kiedy za nami pojawili się rowerzyści - Czarny nagle zrobił kilka szybkich kroków, jednoczesnie się odwracając. Nie zaczęłam go szarpać czy ściągać, tylko przyspieszyłam i odwróciłam sie razem z nim, pogapiłam się chwilę, po czym odprowadziłam go na bok, żeby rowerzyści mogli przejechać. Uczę się odnosić z szacunkiem do informacji przekazywanych mi przez mojego konia.

I wcale nie jest mi łatwo!!! Wszystkie stwory wokół mnie potrzebują tego, by odnosić się do nich z szacunkiem i delikatnością! Olo, synkowie, mój koń! A ja wcale nie mam tego w sobie! Muszę nad tym codziennie pracować, codziennie się przełamywać, kształtować dobre nawyki! We mnie jest "klasyka": klaps, bat, krzyknąć, huknąć i ma robić!

Potrzebuję czegoś, co pozwoli mi rozładować napięcia, wyżyć się... Może zapiszę się na strzelnicę... Albo postawię sobie tablicę do kosza na parkingu przed domem... Do piłki ani tablicy nie będę musiała odnosić się z delikatnością, będę mogła prać, ile wlezie!!!

6 maj 2007

Mały wielki krok

Od paru dni tłukła mi się po głowie myśl, że czas najwyższy wyjść poza strefę wygody. – moją i konia. Z tym postanowieniem ruszyłam dziś do nieświadomego niczego koniska. Pobawiliśmy się z ziemi, potem follow the rail z siodła. W stępie Duszek już nie odbija od odgrodzenia, w kłusie niestety jest gorzej. Zakończyłam to ćwiczenie, gdy udało nam się w kłusie przejechać pól ujeżdżalni bez żadnego nakierowywania konia. Co prawda było to trochę oszukane, bo wybrałam tę krótką + długą ścianę, na której nie było punktu krytycznego, czyli wyjścia z ujeżdżalni. Wyjście jest dla Duszka magnesem silnym, więc wymyśliłam, że pokażę mu, że nie zawsze wyjście to droga do skubania trawki, a jednocześnie połączę to z rozszerzaniem naszej strefy wygody. Udało mi się odciągnąć belkę zamykającą to wyjście i wyszliśmy poza ujeżdżalnię. Duszek oczywiście miał swój pomysł na to, gdzie się udamy i oczywiście ten pomysł nie był moim pomysłem. Ale odangażowałam zad i dogadaliśmy się. Poszliśmy sobie na krótki spacerek. Prawie czułam, jak w chłopaku krew buzuje. Nie był to już koń, który pode mną spał, jak powiedziała Małgosia, ale też nie było jakiś gwałtownych ruchów czy spięć. Akcję zakończyliśmy na ujeżdżalni i wtedy przyszło mi do głowy to skojarzenie: mały krok dla człowieka, ale wielki dla ... konia. PO RAZ PIERWSZY w swoim życiu Duszek niósł człowieka poza terenem ujeżdżalni. A dla naszej pary był to pierwszy wyjazd w teren!

Newsy ze stajni

I jeszcze maly update z naszego zycia stajennego – uklady miedzy Rita i Mentoniem wzorowe – ruja u R zdzialala cuda i teraz pierwszy ogier w stadzie, czyli M uznal, ze R jest jego dziewczyna i „lapy precz”. Jak to sie potrafi miedzy tymi konmi zmieniac - jak w kalejdoskopie.


Cheyenne i Cherokee


W koncu przyjechalo do nas długo wyczekiwane Cherokee. Testowalam w 3h terenie, we wszystkich chodach, lacznie z wydluzonym galopem (a może to już cwal? Timex wskazal 42km/h a jak wiadomo Timex nie może się mylic;) ale po kolei.

Jest wieksze od Cheyenne – mimo, ze rozmiar ten sam, to jednak wydaje się masywniejsze, tybinki sa i wieksze i dłuższe. I kolorystycznie rzeczywiście pojawia sie tam czarny – np. poduszki sa czarne. Wiec pasuje do brazowego i do czarnego czapraka.

Generalnie zasada budowy siodla taka sama jak w Cheyenne, siedzi sie tak samo, lydka do tylu i ogonek pod siebie. Pod poduszkami sa odpinane klocki na rzepy – jak ktos nie lubi/nie potrzebuje, mozna odpiac i schowac do szafy. A jak potrzebne, wyjac, odkurzyc i przyczepic w sekunde.

Komu polecam:
Po pierwsze jezdzcom, którzy potrzebuja poduszek podkolanowych i klockow.
Po drugie na wieksze, masywniejsze konie.
Po trzecie, dla wiekszych, wyzszych jezdzcow, dla których tybinka Cheyenne może się okazac zbyt mala.

Na koniec zdjecia Ani z przymiarki:

5 maj 2007

Niespodzianka

Idę dziś na padok po konia i widzę dzikie galopady: konie biegają jak oszalałe wzdłuż padoku, gdy dobiegną do końca, gwałtownie hamują i galop z powrotem. Na czele siwy z rozwianą grzywą, za nim reszta stawki. Widok porywający, tylko mało bezpieczne. Okazuje się, że właśnie na teren przylegający do padoku wjechała koparka, duży, żółty potwór, który huczy i burczy: sąsiad porządkuje teren. I tu właśnie niespodzianka – konie szaleją, a Duszek spokojnie stoi. Obok niego drugi koń nerwowo się kręci, jakby nie wiedział, czy ma wybrać opcję gonitwy, czy pozostać z Duszkiem. Duszek na mój widok dostojnie zbliżył się do mnie i nawet nie stresowały go konie gwałtownie hamujące prawie na jego zadku. Byłam zdumiona: jak to nigdy nie można przewidzieć, czego koń się przestraszy, a czego nie przestraszy.

Konie zostały ewakuowane, a Duszek w nagrodę miał wolne: zabrałam go na trawę. On pasł się, a ja patrzyłam. Co najmniej cztery godziny undemanding time. Jak idziemy razem na trawę, zawsze zabieram książkę, ale jak dotąd w czasie żadnej sesji nie udało mi się przeczytać więcej niż dwie strony. Obserwowanie, jak on je, okazuje się bardziej interesujące niż książka.

Artykuł sponsorowany :)...

... przez firmę Barefoot oraz jej dystrybutorki w Polsce, oczywiście :) Dziś Kasia Promykowa przywiozła do Cezarowa moje nowe siodło, które niezwłocznie pod okiem Kasi zostało wypróbowane na Czarnym. Pierwsze 10 minut było nieco niezręczne, ale potem... :) Potem było miło, wygodnie i lekko. Przypomina mi się taki obrazek, który jako dziecko znalazłam w książeczce z różnymi zabawami na wyobraźnie i zagadkami logicznymi. Obrazki były właściwie dwa. Jeden przedstawiał kanciastą, a drugi obłą figurę. Były też dwa słowa: maluma i takete. Zadanio polegało na dopasowaniu słowa do obrazka, które lepiej oddawało jego "naturę". No więc mój koń we wcześniejszych siodłach - skokowy Kieffer Norbert Koof AT oraz ujeżdżeniowy Passier - był bardziej "takete", szczególnie w galopie i w przejściach z galopu do kłusa. W Barefoot Cheyenne zaprezentował się jako "maluma" :)

Jakie wrażenia jeźdźca? Jeszcze z ziemi: o rany, jak te puśliska i strzemiona daleko z tyłu zwisają, gdzie ja będę miała tę łydkę?! I jeszcze: hm, no cóż, kupiłam to siodło na rozum, mam przekonanie, że to ma sens, ale wyjątkowo piękne to to nie jest... W siodle: hm, no tak. Bez poduszek. No zobaczymy, jak to będzie. Miałam już pierwsze doświadczenia w tym siodle na Czarnym w Siannie na kursie, ale dość krótko, bez moich strzemiom itd. Teraz był taki prawdziwy pierwszy raz. Dość długo dopasowywałam strzemiona i cały czas wydawały mi się za długie. Nie wiedziałam, gdzie znaleźć oparcie w kłusie anglezowanym. Po jakimś czasie trochę się rozluźniłam i zaczęło być lepiej - miękko, wygodnie, oparcie jakoś sie znalazło, choć trudno jest mi powiedzieć, gdzie. Czarny poruszał się bardzo lekko i miękko, wygodnie. Kasia z dołu donosiła, że mam łydkę niemal idealnie przepisowo poniżej barku, a po 15 minutach jazdy cofnęłam ją jeszcze bardziej, znajdując się w pozycji niemal idealnej. Ja po tych 15 minutach zaczęłam czuć zupełnie nową jakość anglezowania, bez "kaczego kupra" i wstawanie "do przodu", tylko po raz chyba pierwszy w życiu z unoszeniem się w pionie, bez przenoszenia środka ciężkości do przodu, w bardzo ładnym wyprostowaniu. Przypomniały mi się wnioski z kursu z Elaine Ride with Your Mind, chodziło mniej więcej o to: "w kłusie anglezowanym wstawaj tak, by wyobrażony sznurek prowadzący od spojenia łonowego do zbiegu obojczykow był cały czas tej samej długości". No jakby był, faktycznie. I jakby Czarny nagle zniknął, to całkiem prawdopodobne, że wylądowałabym na nogach, a nie na pupie.

W galopie szalenie przyjemnie, nie unosiłam się automatycznie do półsiadu, tylko spokojnie wysiadywałam galop, który był miękki, płynny i łagodny nawet wówczas, gdy był nieco szybszy. Lepiej też wychodziły przejścia z galopu do kłusa, może właśnie dlatego, że mój środek cięzkości był ciągle mniej więcej w tym samym miejscu. Jeszcze raz Elaine: "W jeździectwie nie ma powodu, by pochylać się kiedykolwiek w przód lub w tył".

Nie wyobrażam sobie jeszcze jeżdzenia w tym siodle w półsiadzie, ale ponoć Małgosia Mentosowa jeździ, więc najwyraźniej wszystko jest możliwe. Nie wszystko naraz. Jak na pierwsze 25 minut - wrażenia baaardzo pozytywne i obiecujące.

4 maj 2007

Pochwale sie, a co tam!

Moi Drodzy, byl juz Cezarow, dzis pora na Tomaszew (tu fanfary, oklaski, spiew archaniolow, co kto woli:)

Tu widok z od frontu:
To co najwazniejsze, czyli stajnia od frontu:
Ciek wodny szumnie zwany rzeczka:
Laczka przy rzeczce:Stare zakole, czyli docelowo nasz staw:
Laki, ktore czeka karczowanie, nawozenie i dosiewanie:
Oraz obecnie jedyni stali mieszkancy tego miejsca - Gluty w pelnym galopie, a nawet cwale:
Przeprowadzka ludzko-konska planowana na jesien:)

3 maj 2007

Nareszcie mam oba konie razem !!!

Przewiozłam Indiego do stajni gdzie stoi Promyk. Zabrałam go z domu w którym mieszkał 5 lat. Gdy zabierałam go z padoku, rżał i zegnał się ze stadem. Myslałam (nauczona doswiadczeniem z Promykiem), ze moze będą jakies problemy z załadunkiem... a on poprostu wszedł ze mną i pojechalismy!

To było wczoraj. Wczoraj znalzał się w nowym miejscu, z nowymi końmi.
Wczoraj po południu pusciłam go z Promykiem na trawę, która ogrodzona jest tylko sznurkiem. Jednym cieniutkim sznureczkiem na wysokosci moich kolan. Oczywiscie zostałam z nimi przez godzinę. Indi co prawda duzo sie rozglądał, ale był w sumie dosć spokojny.

A dzis rano poszedl z Promykiem i dwoma kolegami na padok i nie pozabijali się :)))

Indi jest zupełnie innym koniem niż Promyk, albo ja z Promykiem przeszłam już niezłą szkołe i teraz w oczach Indiego jestem niezłym liderem. Nie miałam do tej pory czasu, żeby zacząć zabawy z Indim. Tylko kilka prostych zasad obcowania ze sobą, nie wchodzisz na mnie, ja miło i uprzejmie proszę o nogi a ty nie kopiesz w tym czasie, delikatnie czyszczę ci futerko a ty mnie nie gryziesz. Ja jestem miła ty jestes miły. Ja wyprowadzam cię na trawę, ty mnie na tą trawę nie ciągniesz. Ja przychodzę po ciebie na pastwisko, ty do mnie podchodzisz, albo nie , ale nie bawimy się w berka, ja cię nie ganiam. Ja mam czas, ja poczekam... I tak ma być, ja mówię jak ma być.

Zabrałam dzis rano Promyka od kolegów i bawiłam się przez jakis czas obok padoku. Indi nawet na chwilkę nie odszedł od ogrodzenia koło nas. Cały czas miał uszy w moją stronę, sledział kazdy moj ruch, a Promyk się popisywał i udawał Greka!!! "Nie mam pojęcia o co ci chodzi! A może teraz zjem trawę, a może minę pieniek, a może.....a może..... a może...." W końcu się jednak okazało, że można powąchac pieniek z każdej strony, będąc wysyłanym z 3 strefy wielkorotnie i potem dopiero zjesc trawę.

Promyk mnie cały czas testuje, co zrobisz gdy ja....... Ale, gdy już przejdę te poranne testy, to nasze relacje wyraźnie wchodza na inny poziom. Jeszcze niedawno ogromna łąka na której sie bawlismy , bardzo go nakręcała i pobudzała. A dzis, był pełen luz, moglismy bawić sie na wolnosci z lina na grzbiecie i wrócic do stajni bez dotykania liny.

Bardzo się cieszę, że mam nareszcie koniki razem i od jutra zaczynam zbawy z Indim :))

2 maj 2007

Hmmm na żarty się zebrało..?

Moje zwierzę do stajni przyzwyczaja się z dnia na dzień. Widać, że czuje się już dużo pewniej...

Wczoraj wpadłam na chwilkę, zobaczyć jak się miewa -- była akurat na pastwisku. Kiedy zabrałam się za rozczyszczanie zaklejek na boku (byla luzem, nie na linie), odczłapała żwawym stępem parę metrów, poskładała się, wytarzała jeden bok (ten czyszczony) po czym wstała i spojrzała na mnie, jakby mówiła: "AKURAT mnie wyczyścisz! :P"

Nie była specjalnie chętna ani do podejścia, ani do odejścia. Tak sobie stała po prostu, po chwili od niechcenia zabrała się za trawę.

Wygląda to trochę na prowokację... ale czasami czułki mi opadają i nie wiem, jak interpretować tego zwierza. Chce się bawić? Wkurza ją czyszczenie? Testuje? Za mało wymagań? Za mało undemanding time? Wszystko naraz?

Any ideas? :)