14 maj 2007

Jeszcze nieco reklamy bezterlicówek :)

Wczoraj miałam godzinkę na jazdę w moim nowym Cheyenne. Pogoda przepiękna, Czarny w nastroju pogodnym i niekonfliktowym i było naprawdę bosko :) Najpierw jeździliśmy sobie kłusem w tę i z powrotem po prostej "równoległej" do pasącego się Emana, w odległości jakiś 100 metrów od niego, żeby Czarny nieco się "odkleił". Jak przestał się usztywniać i gapić w jego kierunku przy zmianie kierunku, opuścił głowę i rozluźnił się, to zaczęliśmy sobie kłusować po kołach, tu i tam, na hektarowym pastwisku. Czarny super rozluźniony, miękki, poruszający się ekonomicznym kłusikiem i tak cudownie wychodziły nam skręty, że czułam wręcz upojenie :)

Wpadła mi do głowy pewna metafora, ktora pomogla mi ładnie składać się do skrętu: skręt (na poziomie L1/L2, kiedy wszystko jest bardzo przesadzone) jest jak strzelanie z łuku: zwracasz się w stronę, w ktorą chcesz strzelić (co przy okazji ładnie prostuje jeźdźca, taka półparada), podnosisz zewnętrzną rękę z wodzą (to jest "szczyt" łuku), a potem go "napinasz" zewnętrzną ręką i to jest właśnie wykończenie wodzą pokazaniem kierunku. Wydaje mi się, że prawidłowo i po parellowsku szczyt łuku powinien opaść przynajmniej trochę, ale tak cudownie zadziałała mi ta metafora, że robiłam właśnie tak i Czarny skręcał w kłusie po prostu bajkowo, na utworzenie "szczytu" łuku, czyli podniesienie wodzy zewnętrzną ręką przy skręconym ciele.

Po L2 zrozumiałam, że spychanie konia nogą w zakręt polega na naprawdę mocnym przesunięciu łydki do przodu (choć spychanie wcale mocne nie jest, ot tak, żeby poczuł, że tam jest jakiś sygnał dla niego) i nowe Cheyenne mi to wreszcie umożliwia! Nie mam poduszek, nic mnie nie blokuje.

Poza tym wczoraj zrozumiałam wreszcie, jak pokrzywiona i pochylona do przodu jeździłam przez ostatnie dwa lata! Moje poprzednie siodło trzymało tak mocno, że naprawdę żadne punkty cięzkości i zgodność rownowagi mojej i konia nie miały znaczenia. Teraz nie ma zmiłuj i wczoraj zaczęłam jeździć naprawdę jak dresażysta :) Plecy na baczność, łydka cofnięta, miednica elastyczna, brzuch mocny i napięty. A Czarny "na tropiciela", więc nie było mowy o żadnej sztucznej, niewygodnej dla niego pozycji. Po prostu w innych pozycjach leciałam na jego szyję! Jednocześnie jest coś takiego w tym siodle, że łydka nie leci mi do przodu jak przy jeździe na oklep. Nie robi mi się dosiad fotelowy! Nie wiem, dlaczego tak jest, ale to fakt. Przy jeździe na podkładce garbiłam plecy i przesuwałam nogi do przodu. Teraz ewidentnie coraz bardziej zbliżam się do eleganckiego, wyprostowanego siadu.

Dalej poprawiają nam się przejścia galop-kłus. Teraz mamy jeden, dwa sztywne kroki i potem już znowu miękki kłus, ja coraz szybciej zapanowuję nad sobą i pozostaję w ładnym wyproście nie obłapiając go nogami, a on na to zareagował zmiękczaniem, łagodzeniem tych przejść. Teraz rozumiem, że ja przez te dwa lata waliłam mu się na przód przy przejściu galop-kłus i on nie mógł zrobić nic innego, jak tylko usztywnić kłusa, próbując odzyskać utraconą równowagę. Zaczynam się też poważnie zastanawiać, czy brykania przy pierwszych skokach galopu w terenie nie były często związane z tym, że ja - przewidując szybki galop - automatycznie ustawiałam się do półsiadu, który wcale nie był zrównoważony, tylko zwalony na przód. Choć swoją drogą Czarny bryka na pastwisku galopując sam, rzuca głową i skręca sie na wszystkie strony. Taki typ.

Półsiad w Cheyenne, jak miałam okazję potestować, jest zdecydowanie bardziej w pionie, nad siodłem, mniej pochylony do przodu, z pupą tuż nad tylnym "łękiem". Z nieznanych mi przyczyn na razie muszę robić półsiad z ogonem bardzo podwiniętym pod siebie, inaczej wypadam z równowagi, nie wiem, czemu tak jest. Może taki powinien po prostu być półsiad?

Nowe siodło inaczej odciska sie Czarnemu na grzbiecie. Pod pupą bardzo spocone, z przodu, na łopatkach, tylko nieco spocone. Stare siodło zostawiało na łopatkach dwa wyraźne półksiężyce potu, z tyłu zdecydowanie mniej.

Czarny ma słabo rozwinięty tył, lata raczej na przodzie, nie jest dobrze zrównoważony. Może nowe siodło trochę mu w tym pomoże?

Po raz pierwszy w życiu czuję, że w czasie jazdy pracują mi mięśnie brzucha i cały korpus utrzymywany jest takim mięśniowym gorsetem. W tym siodle nie da się, moim zdaniem, jeździć niechlujnie.

To mówiłam ja, neofitka :) Ale poważnie: to zupeeeeeeełnie nowe doświadczenie! Super!

2 komentarze:

Malgosia i Mentos pisze...

Oficjalny dystrybutor Barefoota na Polsce jest niezmiernie rady z Pani pozytywnych odswiadzcen i czeka na wiecej:)

PS plytki dotarly, dzieki

Klara od Teo pisze...

>> Z nieznanych mi przyczyn na razie muszę robić półsiad z ogonem bardzo podwiniętym pod siebie, inaczej wypadam z równowagi, nie wiem, czemu tak jest. Może taki powinien po prostu być półsiad?

Teoria: plecy mają być proste - bez robienia kaczego kupra. Może Ty prostowanie pleców czujesz, jak podwijanie ogona? Jeśli tak, to rób tak dalej ;-)

No i po wstaniu z siodła równowaga nadal ma być nad stopami. Czyli ile Ciebie idzie do przodu (barki, góra ciała), tyle musi pójść do tyłu (tyłek). Ale o tym to sama piszesz, jak opisujesz wadę pod tytułem "kładzenie się na przód", czyli sytuację, gdy góra idzie do przodu i nic jej nie równoważy.

A właśnie: zdjęcia, pani droga, ja bym chciała pooglądać zdjęcia! :-)

Pozdrówki zza szosy!