Zawsze byłam hipochondryczką. W mniejszym stopniu, w większym ... ale byłam. Przez pewien czas pracowałam w jednym pokoju z kolegą-jeszcze-większym-hipochondrykiem. Wolę nie pamiętać, jakie choroby sobie wzajemnie zdiagnozowaliśmy. Potem "pokojowo" się rozdzieliliśmy i trochę mi przeszło - przynajmniej w stosunku do mojej osoby. Przeniosło się na konie.
Oto dlaczego przypomniało mi się to akurat dzisiaj:
Wychodziłam już ze stajni i przy samochodzie zaczepiła mnie nieznana mi osoba. Zapytała, czy koń, którego odprowadzałam na padok (czyli Duszek), jest ślepy.
Zapytałam dlaczego, a w głowie gonitwa myśli: na pewno jest to wetka, po jego sposobie poruszania się podejrzewa ślepotę, a ja głupia właścicielka, mająca z koniem kontakt prawie codzienny, niczego nie zauważyłam. Nogi się pode mną ugięły, autentycznie zrobiło mi się słabo. A wtedy kobieta odpowiedziała na pytanie "dlaczego": bo był w takich dziwnych nausznikach.
Duszek miał na głowie maskę przeciw owadom. :)