15 mar 2014

Ubierz zwierzaka


Wczoraj był dzień liczby Pi.  Przypomniało mi to inny dzień, również wymyślony przez Amerykanów. Stąd ta notka, pisana z dwumiesięcznym poślizgiem.  

14 styczna w Stanach Zjednoczonych obchodzi się Pet Dress National Day.  Nie twierdzę, że jest on obchodzony z fanfarami i "od wschodu do zachodu", ale jednak jest.  A skoro jest i skoro mam kogo ubierać, przyłączyłam się do zabawy.  

Naturalnie ubierałam swoje konie. Nie muszę chyba dodawać, że pobiłam konkurencję na głowę.  Chociaż tak naprawdę nie było konkurencji: no bo jaką konkurencją dla ubierania konia jest ubieranie psa, kota czy chomika!

Co prawda pomysł główny spalił się szybko, bo rzeczywistość nie dorosła do tego, co dyktowała wyobraźnia, ale bawiłyśmy się dalej.  Ten główny pomysł to było ubranie Truskawki w spódnicę. Mam spódnicę z gumką w talii. Miałam wizję, że taka gumka wystarczy, żeby przeciągnąć spódnicę przez jej szyję, potem na na łopatki, następnie chciałam przełożyć przez nią przednie nogi i przesunąć spódnicę wzdłuż kłody na jej zgrabną „talię”.  No cóż, prawie się udało –  włożyłam spódnicę na szyję. Tam się zatrzymała.  :)  

Zapraszam do zrobienia mi konkurencji - prawdziwej konkurencji - w przyszłym roku. Zapraszam do ubierania swoich koni - to przecież friendly game.




Prawie udało się włożyć spódnicę :)


Elegant w krawacie






Kowboj

Kibic


Kibicka

Twarzowe nakrycie głowy

Pełny ubiór

Strój plażowy

Strój zimowy

9 mar 2014

Co przyniosły dwa pierwsze miesiące Roku Konia


Styczeń był moim ostatnim miesiącem w stajni Z.Z. Jak już wspominałam, stajnia została zamknięta, ponieważ właścicielka ją sprzedaje. Co prawda parę dni po wyprowadzce otworzyła się pod zarządem dzierżawczyni, ale to jest stan czasowy, do znalezienia kupca.

W styczniu w Z.Z. było hardkorowo. Był to pierwszy (i miejmy nadzieję ostatni) mroźny miesiąc tegorocznej zimy.  Konie się stopniowo wyprowadzały i z powodu braku "żywych pieców" w stajni głównej temperatura spadła poniżej zera. Zgodnie z prawami natury woda zamarzła - zamarzła nawet w kiblu. Ciężko było, oj ciężko :)

Moje konie do końca stały w stajni angielskiej i do końca miały otwartą dolną część drzwi. Czyli mogły wchodzić i wychodzić kiedy chciały. W boksach "bywały", a głównie, mrozy czy nie, mieszkały na podwórku.

Od lutego jesteśmy w nowej stajni. Konie stoją na takim padoku/pastwisku, że wielkością tylko Mycyny je przebijają. Jest to stajnia, o której krążą bardzo złe opinie. Stały tekst, który słyszałam i słyszę "Nigdy bym tam swojego konia nie wstawiła". Ja też bym nie wstawiła, gdyby nie to, że miałam tam swoją "wtykę". To, że "wtyka" stała już tam jakiś czas (he, he, dłużej, niż ja w Z.Z.) było powodem, że obejrzałam i po obejrzeniu zdecydowałam się tam przenieść.  Nie należy wierzyć opiniom ludzi, którzy coś słyszeli, nie widzieli, ale i tak wiedzą najlepiej. 

Miejsce jest piękne. Kolejne porównanie do Mycyn: tereny jakby stamtąd przeniesione.  Z jedną różnicą: w okolicach Mycyn nie ma łosi. 

I może właśnie to podobieństwo uśpiło moją czujność w stosunku do czarnej mamby.  Zaraz po przeprowadzce wybrałam się na niej na spacer. Spacer szybko się zakończył - szybko zarówno pod względem jego długości jak i szybkości przemieszczania. Czarna coś wypatrzyła (nie wiem co, nic nie widziałam, ale podejrzenia są, że był to inny pensjonariusz, które gdzieś hen daleko wyłonił się z lasu), zrobiła zwrot o 180 stopni i pogalopowała przed siebie. Przegalopowałyśmy przez łąkę, dogalopowlyśmy do ścieżki prowadzącje do stajni, skręciła w tę ścieżkę.  Nawet nie próbowałam jej zatrzymać, bo przy gwałtownej zawrotce zgubiłam jedno strzemię i skupiłam się na tym, żeby je złapać. Na nic innego nie starczyło mi koncentracji.

Jak je złapałam, nie było już potrzebne. Dogalopowałyśmy do granicy podoków i czarna przeszła do stępa, bo  droga tam była jeszcze mocno oblodzona. Myślę, że pierwszy odruch był spowodowany strachem. Ale potem była już radość biegu. W Z.Z. do końca była gruda, konie prawie się nie ruszały, tu w lesie i na łąkach podłoże było miękkie, więc dała upust swojej woli biegania.  Ja byłam cała mokra, a na niej ani jednego mokrego włoska! 

Na nieszczęście ja woli tak szybkiego biegania nie mam.  W związku z tym na razie na niej jeżdżę tylko na ujeżdżalni, a na rudym na spacerki w teren. Nawet raz odważyłam się zrobić "pętelkę", czyli nie wróciłam tą samą drogą, którą jechałam od stajni. Kosztowało mnie to trochę nerwów, bałam się, że się zgubiłam, ale Dusio kroczył tak żwawym tempem, że dawał nadzieję, że idziemy do domu. Co prawda do tej pory nigdy u niego nie widziałam podobno wrodzonej końskiej umiejętności znajdowania drogi do domu, ale trzeba było się chwytać jakiejś nitki nadziei!  

Czas wspomóc się technologią, czyli GPS-em. Z GPS-em las nie ma tajemnic.