21 sie 2011

Veni, vidi, vici...

No to wsiadłam... porzuciłam myśl o wbiciu się w bryczesy (łydki, uda, pupa wchodzą, ale żeby się zapiąć na brzuchu to takich cudów jeszcze nie ma), przeprosiłam się ze spodniami trekingowymi w gumkę (bo gumka jak wiadomo wiele wybacza...), osiodłałam konia, sprawdziłam zgięcia boczne, cofanie i wsiadłam. I żeby nie było, że na stępa, bo właściwie głównie kłusowaliśmy.

Na Mentosiu dziesięciomiesięczna przerwa właściwie nie zrobiła żadnego wrażenia - był powolny i leniwy jak zwykle, no ale w sumie nie spodziewałam się raczej niczego innego. To co było ciekawe, to że nasze karenkowanie przenosi się samoistnie na siodło - mieliśmy piękne wyciągnięcia w dół i to na konia życzenie, bo ja nie planowałam tak ambitnych zadań na pierwszą naszą jazdę. Aż strach pomyśleć co będzie jak wsiądę następnym razem...;)

5 sie 2011

Jestem jak Malina*...

Dziś proszę Państwa bycie w domu nie jest w modzie. Hasło połóg w encyklopedii powinni zmienić z "czasu gojenia się ran poporodowych" na "czas superdiety". Bo teraz po porodzie należy w trybie ekspresowym pokazać się publicznie z nową, najlepiej lepszą niż przed ciążą figurą i zadeklarować powrót do normalnego życia, pracy.

Chcąc nie chcąc sama dołączyłam do tego wyścigu. Tydzień po powrocie ze szpitala, w krótkich przerwach między jednym a drugim karmieniem udało mi się pokoniować. I to nie raz, ale DWA razy w ciągu dnia.

Rano zdecydowanie musieliśmy ustalić sobie z M parę zasad - bo wychodzi na to, że lider ograniczający się do wypuszczania na łąki i karmienia wieczorem dość szybko traci swoją pozycję w stadzie. Może nie na tyle, żeby się na niego wpychać, ale wystarczająco dużo, żeby kłaść uszy, machać ogonem i nie ruszać na dany sygnał. Szybko zabrałam się zatem do wybijania takich pomysłów z głowy mojego kopytnego. Parę zmian kierunku, odesłań, brykań, cofań kłusem, wzbić wielkiego kurzu na placu i zaczęliśmy wreszcie rozmawiać. Trochę pokarenkowaliśmy zajmując się rozciąganiem w kłusie - pierwszy raz M memłał biegnąc, wiec chyba nie zapeszając znaleźliśmy fajny punkt rozluźnienia. Widoczny nie tylko dla mnie, ale też odczuwalny dla konia. Odkurzyłam jeszcze schemat corner to corner z ziemi w kłusie i ... pobiegłam znów karmić.

Po południu zabrałam z łąki zupełnie innego konia - mimo, że wyrwałam z drzemki pod drzewem, na plac ruszyliśmy rączym stępem. Sesja z rana odniosła ewidentny skutek, bo po krótkiej rozgrzewce i poskakaliśmy z energią, i ruszaliśmy galopem ze stój i zrobiliśmy nawet kilka prostych zmian nogi w galopie. Ciągle mnie zdumiewa jak duża jest siła zakończenia poprzedniej sesji we właściwym momencie.

A poniżej powód mojej końskiej wstrzemięźliwości - Klara, nazywana Beruszką, czyli po polsku Biedronką:


* Malina wraca do pracy