28 sty 2009

Coś optymistycznego


Rude już na padoku ze stadem. Wygląda, odpukać, całkiem zdrowo. I trochę się nudzi :)

fotka by rial - thx :)

Bryśka jeszcze aresztowana. Dzisiaj ma być wet, zobaczymy co o niej powie. W każdym razie też się raczej dobrze czuje i nudzi, wczoraj rodzicielce na spacerku zafundowała... brykando ;)

23 sty 2009

Kolka Brytanii i odjazd Campiny...


...czyli dlaczego boję się zastrzyków.

Chronologicznie - najpierw Campina. Krótko o tym, jak wyglądał ten zastrzyk, który miałam sama podać. Bardzo bezpieczna substancja (według trzech wetów, do których potem w panice dzwoniłam), piątek wieczór (co zupełnie tłumaczy, dlaczego wet prowadzący nie odbierał), dostała dzień wcześniej dożylnie i było zero reakcji (może poza wyszczerzeniem zębów na weterynarza, który wchodzi do boksu tylko po to, żeby dziabnąć). Na dożylny się nie czułam, domięśniowe "w dupsko" wcześniej im robiłam, no ale tym razem uslyszałam, że "dupsko jest pod ochroną" ze względu na mięśniochwat i podać mam w szyję. -Gdzie? -Tu. -OK...
Pierwsze podejście - strzykawa w ręce, po PNHowemu, czyli koń na luźnej linie i pokazuję, co mam. Na początek igła zakryta - dotykam szyi, nawet się nie odsunęła, ale usztywniła mięśnie. Pogłaskałam, dotknęłam jeszcze raz, zero reakcji. No to zdjęłam osłonkę, wbiłam igłę - lekko się odsunęła, przy samym zastrzyku minimalnie uginała szyję. Czyli - zaufanie 100%. Tym gorsze było to, co było później.
Zaczęła napierać na mnie łopatką, kręcić szyją, trzepać głową - puściłam ją z liny, zakręciła się po boksie, grzebnęła nogą parę razy, potem drugą i pac - składa się do leżenia. Moja adrenalina skoczyła gdzieś do 150% normy, jedną ręką ją głaszczę i próbuję uspokoić, drugą wybieram numer do weta - telefon wyłączony. Potem była seria panicznych telefonów, dostałam zdalne porady od znajomej wetki, a rude wyglądało, jakby miało zaraz sobie spokojnie odejść z tego świata. Położyła się, oparła paszczę o ziemię, ciężko dysząc i zamknęła oczy. Trwało to wszystko może z dziesięć minut, to było cholernie długie dziesięć minut - nie życzę takich nikomu z Was - czy to przy koniu, czy przy psie, czy dziecku, brrr... a już na pewno nie po własnej akcji, tak jak w moim przypadku. Straszne było to, że zaufała mi i bez problemu pozwoliła zrobić ten zastrzyk...
W końcu wstała, dalej trzepiąc głową, mnóstwo memłania i ziewania, potworny stres... w ciągu około pół godziny pozbierała się na tyle, że byłam w stanie na spokojnie ją oprowadzać po korytarzu stajni (za radą wetki). Jakieś półtorej godziny później zachowywała się normalnie.
Wniosek był taki, że pechowo musiałam trafić w jakiś nerw, czas reakcji był zbyt szybki, żeby mogła to być reakcja na sam lek - raczej na miejsce podania.
Dzień później poprosiłam o zastrzyk znajomą - też domięsniowy. Sama się bałam... Reakcja - senność, machanie głową, grzebanie - ale nie położyła się i od razu mogłam ją oprowadzać. Kolejny zastrzyk - uprosiłam wetkę z okolicy o dożylny. Jedno machnięcie głową. Za jej radą ostatniej dawki nie podałam...

Drugi horror ostatnich dni - Brytania już wychodziła z biegunki, antybiotyki fajnie podziałały. Dostaję wieczorem telefon - spocona, kładzie się, oprowadzana słania się na nogach, koszmarna biegunka. Rewelacja... oczywiście nasz wet znowu na wyjeździe. Telefonów do weterynarzy wykonałam chyba z 10, może 15, zanim udało mi się ubłagać jednego, żeby przyjechał. Jechał 1,5h, a w międzyczasie oprowadzaliśmy naszego smoka, przykrytego wieśkową derką i za małą derką Campiny, mierzyliśmy tętno (60 - dla niezorientowanych, normalne tętno u konia to 20-30 uderzeń na minutę). Wcale nie było łatwo znaleźć miejsce, w którym tętno będzie wyczuwalne - praktyki wet ciąg dalszy (a Wy potraficie wyczuć tętno sierściuchom? w jakim miejscu?).
Skracając - kroplówka, leki rozkurczowe i przeciwbólowe, do północy koń do nas "wrócił"... Weterynarza mam ochote ozłocić za tę akcję w środku nocy. Szkoda, że stacjonuje tak daleko, bo rozważałabym "zdradzenie" naszego... ma dla nas coraz rzadziej czas.

Także, jak widzicie, ciekawie było ostatnio. W tej chwili obie panny mają areszt boksowy i dietę samo-siano. Szczęśliwe nie są, ale wracają do siebie. W weekend powoli będę je wyprowadzać, na początek oczywiście w ręku i pod kontrolą. Tylko czemu takie lodowisko w okolicy...

15 sty 2009

Weterynaria, revisited

Krótko, bo lecę po derki, denaturaty i leki:

Campina ma lekki mięśniochwat, zabunkrowana na tydzień w boksie, zalecone wcieranie denaturatu + zastrzyki. Dieta: samo siano. Na pewno doceni karmienie koni w sąsiednich boksach.
Brytania nadal ma biegunkę, nie przeszło po podawaniu Enterofermentu, dzisiaj dostała antybiotykoterapię na "przeczyszczenie rury".
Campina i Wiedźmin mają w niektórych nogach lekko gnijące strzałki, spreparowana maść wg SANHCP, zapodana dwa razy - dzięki temu zauważyłam wczoraj, że z rudej zadem coś nie tak...

Reasumując: stajnia dwa razy dziennie i to nie w celach zabawowych. Już mnie to nie dziwi chyba :) Przy okazji sobie pewnie strugnę to i owo.

Trzymajcie kciuki za nasze sierściuchy.

10 sty 2009

O kopytach - PNHowo


Dzisiaj sesja bardzo krótka. Pojechałam do stajni z mocną determinacją wytłumaczenia koleżance Brytanii, że obowiązkiem konia jest trzymanie dowolnej nogi w górze, kiedy człowiek o to grzecznie prosi, tak długo, jak to konieczne. Podkład w temacie "zrozumienie" wypracowałyśmy sobie piękny, przez ostatnie 2, może 3 miesiące. Przy każdej okazji prosiłam grzecznie o kopytko, najpierw nagradzałam odciążenie, potem spokojne uniesienie, wreszcie zaczęłam kopyto brać w rękę i głaskać nogę. Nie było problemu - a potem problem wrócił, zwierzątko zaczęło nogi zabierać.

Przemyślałam sytuacje i stwierdziłam, że wchodzimy w temat braku szacunku - bo zrozumienie już jest, sygnał wyraźnie znany.

Strategia: Wziąć konia na lonżownik (akurat było niezłe podłoże), puścić tamże luzem, poprosić o nogę. Wyrwanie nogi? Człowiek podnosi energię i przegania konia kłusem. Zaproszenie, koń wraca, staje na środku, prosimy o nogę i męczymy ją... i tak po kolei z każdą z czterech kończyn. Sprzętu kowalskiego nie zabrałam na lonżownik, ale miałam kopystkę, więc w ramach męczenia skrobałyśmy kąty wsporowe - okazało się, że można jeszcze odrobinę zjechać z piętkami do tyłu.

Efekt: Zabrała nogi może ze 3, 4 razy, później przeżuła i spokojnie pozwoliła się "wymęczyć". Po takim wstępnym przygotowaniu wzięłam ją pod stajnię na twarde podłoże, gdzie dokonałyśmy kilku przypiłowań i przycięć tu i ówdzie - stała jak aniołek, z jednym małym wyjątkiem, kiedy coś ją zaniepokoiło na chwilę. Tak, zadnie nogi też zrobiłam sama :)

Podejrzewam, że jeszcze od czasu do czasu trzeba będzie taką sesję powtórzyć, ale cieszę się, że skutkuje. Nie biegała dużo, za każdym razem po pół kółka robiła, wystarczyło.

Oczywiście nieuniknione wreszcie się stało - zajrzałam pod podwozie Wiedźminowi, zaniepokojona wrażeniem siostrzyczki, że ściany wsporowe za długie. No fakt, za długie i to mocno. Piętki też za długie w stosunku do podeszwy. Ale po spiłowaniu - są praktycznie na zerze, bardzo niziutkie, niesamowite, że on takie ma. Jeszcze się muszę nauczyć czytania jego kopyta, rudej i Bryśki już gadają całkiem zrozumiale...
W ten właśnie sposób Wiedźmin dołączył do koni werkownanych przeze mnie, na razie do połowy (dzisiaj przody), jutro robię tyły i zobaczymy, co u Campiny do skrobania... No cóż, kowal na pełen etat. Nie spodziewam się, że zostanie czas na zabawy...

5 sty 2009

Spacery z dwoma końmi!

Juz jestem! Dawno sie nie odzywałam, poniewaz jestem chyba jedna z nielicznych osób, która nie ma komputera w domu...tylko w pracy...a teraz było tyle wolnych dni:)

Tak, chodzę z dwoma końmi w teren. Najpierw uczyłam konie chodzić w ręku tak zeby sie nie przepychały, nie przyspieszały, i nie stawały. Czasem ja szłam w srodku i konie po bokach czasem w jednej ręce oba. Potem uczyłam je chodzić w zastępie tak, zeby przez kawałek drogi kazdy prowadził, np. prowadzi Indi , ja idę druga, za mną Promyk. Potem zmian, ja prowadzę, za mną Promyk za nim Indi, itd.

A teraz mam siodło westowe z rogiem i mogę przywiązać Indiego do rogu i prowadzić tylko jednego konia :))


Indi ma iść z tyłu albo z boku, ale musi nauczyć się stawać i ruszać razem z Promykiem. Bardzo dobrze mu idzie:)



Docelowo chcę siedzieć na Promyku a Indiego prowadić jako konia podręcznego :)


A w prezencie dostałam nowiutką przyczepę do przewozu dwóch koni. Jak tylko ją odbiorę i koniki będą się z nią zapoznawać to umieszczę kilka zdjęć! Dziękuję Mikołaju!!!!








4 sty 2009

Playday: urodziny Wiedźmina


Dokładnie cztery lata temu, gdzieś pod Warszawą, urodził się pewien mały hucułek z czupurnym charakterkiem. Nie wiedzieliśmy wtedy, że trafi do nas, on też nie wiedział, że zamieszka nad morzem, jak na prawdziwego hucuła przystało. Jest u nas już ponad rok, każdym dniem dowodzi, że nie jest prawdą, jakoby hucuły nie poddawały się PNH :)

W ramach parellitycznej celebracji zgromadziliśmy co nieco zabawek - przywiozłyśmy posylwestrowe balony, a Ania z Mateuszem dostarczyli wielką niebieską piłkę, pachołki i spory kawałek folii.
Przygotowanie ulepszonego carrot sticka - Campina podchodzi z wyrozumiałoscią do dwunogów, którym odbiło. Happens.

Brysiątko, pozostawione samo sobie na chwilę, we właściwy sobie, majestatyczny sposób, zainteresowało się piłką...


Sprawdzamy, czy koniowi da się zainstalować pod brzuchem balony...


...przepchnąć piłkę??


Największym problemem było... cóż, niskie zawieszenie tego modelu. Ale rude z ciężkim westchnieniem podjęło współpracę i wciągnęło nieco brzuchol.
Pierwsze przetaczanie lekko ją zaniepokoiło, szczególnie, kiedy okazało się, że piłka zajmuje całą przestrzeń podbrzuszną i zaklinowała się między przednimi a zadnimi nogami - Campi wykonała kilka kroków z uszami na wszystkie strony naraz, po czym stwierdziła, że to dziwadło nie wygląda, jakby chciało ją zjeść. Natomiast ona niewątpliwie może zjeść trawę. O czym więc mówić? Później już tylko wciągała brzuchol i wyrównywała nogi, żeby mi ułatwić przepychanie potwora pod podwoziem. Jaką miałam z tego radochę, chyba widać ;)
Zarówno piłka jak i balony wylądowały też w innych punktach konia, żeby nie było, że się ufixowałam na brzuch. Reakcja była podobna.

Brysiek też był zapoznawany z piłką ze wszystkich stron - dla odmiany ujęcie odgórne:

...myśliiimyyy...


Żeby choć na chwilę oderwać myśli od trawy, cofanie między pachołkami - Campina świetnie się skupia na moim prowadzeniu, wystarczy, że patrzę cały czas w lukę, w którą ma trafić, jeśli usunie zad na którąś stronę i mi zasłoni, to "wyglądam" zza niej i ona od razu to zauważa - poprawia, jest niesamowita :) Przypominam sobie to spływanie zadem na boki i lęk przed cofaniem w nieznane, później etap oglądania się za siebie co krok. A teraz? Zaufanie.
Mówisz, że się da? Bardziej w prawo? OK, idziemy.


Pachołki można też wykorzystać do ósemkowania - niestety krótka lina, więc musiałam trochę pochodzić z rudzielcem. Bardzo ładnie już zapamiętała schemat.


...później sprawdzałysmy jeszcze friendly w ruchu z balonami na grzbiecie i na szyi...


...na głowie. (ciekawe co ten dwunóg jeszcze wymyśli..?)


Przeszłyśmy do zabawy z folią - w międzyczasie posypało mi konia cukrem pudrem:


Heeej, chcesz to na mnie zakładać?...


Poczekaj: nie możemy ominąć tego etapu, co? Nie?..


...a gdybym tak na przykład, kopytkiem! O! Nieźle mi idzie, prawda?


Koń zapakowany. Mina lekko zrezygnowana.


To jest to? W tym znaczy byłam pod tym? Zemszczę się, ugryzę, o.


Koń spakowany po raz drugi - a marchewkę chociaż dostanę? :)


Wiedźmin vs. piłka:


Dajemy radę.... :)


Ogólnie w zabawach bardziej lub mniej aktywnie brało udział 7 koni!! Niezły wynik, prawda? :)

3 sty 2009

Kopytna masakra, kopytna euforia...


...czyli robimy Bryśce tyły i oglądamy pierwsze efekty na przodach.

Na początek - krew :( Patrzcie jak wygląda noga, przy której "nic nie trzeba było robić" - żałuję, że nie zrobiłam zdjęć przed, ale tak bardzo chciałam już coś z tym zrobic, że nie pomyślałam o dokumentacji... uwierzcie, wyglądało koszmarnie. Zresztą to widać po efekcie...

Nie chce mi się bardziej komentować. Mam nadzieję, że to przeszłość - co tydzień będę zaglądać do tych kopyt. Tylko jeszcze jeden szczegół: kowal powiedział, że przy tych kopytach nie było nic do roboty 2 tygodnie temu. Ja już widziałam że jest, i to dużo. Tak się skończyło czekanie z tym dwa tygodnie - to dla tych, co sie cieszą z komentarzy kowali - spada mi drastycznie szacunek do tych fachowców :(

...a teraz euforia :) czyli pierwsze efekty. Nie zauważyłam tego na żywo, ale dzisiaj jak wrzucałam zdjęcia, to "zahaczyło mi się oko"... spójrzcie sami na porównanie, lewy przód Brysieńki równo od trzech tygodni pod moją opieką (13. grudnia pierwsze struganie przodów) - po kowalu i dzisiaj:
2008-11-202009-01-03


Powiedzcie, wygląda odrobinę lepiej?.. :)

Będzie jeszcze później druga notka z dzisiaj - PNHowa ;) bo się zbyt kopytnie zrobiło ostatnio :P