...czyli dlaczego boję się zastrzyków.Chronologicznie - najpierw Campina. Krótko o tym, jak wyglądał ten zastrzyk, który miałam sama podać.
Bardzo bezpieczna substancja (według trzech wetów, do których potem w panice dzwoniłam), piątek wieczór (co zupełnie tłumaczy, dlaczego wet prowadzący nie odbierał), dostała dzień wcześniej dożylnie i było zero reakcji (może poza wyszczerzeniem zębów na weterynarza, który wchodzi do boksu tylko po to, żeby dziabnąć). Na dożylny się nie czułam, domięśniowe "w dupsko" wcześniej im robiłam, no ale tym razem uslyszałam, że "dupsko jest pod ochroną" ze względu na mięśniochwat i podać mam w szyję. -Gdzie? -Tu. -OK...
Pierwsze podejście - strzykawa w ręce, po PNHowemu, czyli koń na luźnej linie i pokazuję, co mam. Na początek igła zakryta - dotykam szyi, nawet się nie odsunęła, ale usztywniła mięśnie. Pogłaskałam, dotknęłam jeszcze raz, zero reakcji. No to zdjęłam osłonkę, wbiłam igłę - lekko się odsunęła, przy samym zastrzyku minimalnie uginała szyję. Czyli - zaufanie 100%. Tym gorsze było to, co było później.
Zaczęła napierać na mnie łopatką, kręcić szyją, trzepać głową - puściłam ją z liny, zakręciła się po boksie, grzebnęła nogą parę razy, potem drugą i pac - składa się do leżenia. Moja adrenalina skoczyła gdzieś do 150% normy, jedną ręką ją głaszczę i próbuję uspokoić, drugą wybieram numer do weta - telefon wyłączony. Potem była seria panicznych telefonów, dostałam zdalne porady od znajomej wetki, a rude wyglądało, jakby miało zaraz sobie spokojnie odejść z tego świata. Położyła się, oparła paszczę o ziemię, ciężko dysząc i zamknęła oczy. Trwało to wszystko może z dziesięć minut, to było cholernie długie dziesięć minut - nie życzę takich nikomu z Was - czy to przy koniu, czy przy psie, czy dziecku, brrr... a już na pewno nie po własnej akcji, tak jak w moim przypadku. Straszne było to, że zaufała mi i bez problemu pozwoliła zrobić ten zastrzyk...
W końcu wstała, dalej trzepiąc głową, mnóstwo memłania i ziewania, potworny stres... w ciągu około pół godziny pozbierała się na tyle, że byłam w stanie na spokojnie ją oprowadzać po korytarzu stajni (za radą wetki). Jakieś półtorej godziny później zachowywała się normalnie.
Wniosek był taki, że pechowo musiałam trafić w jakiś nerw, czas reakcji był zbyt szybki, żeby mogła to być reakcja na sam lek - raczej na miejsce podania.
Dzień później poprosiłam o zastrzyk znajomą - też domięsniowy. Sama się bałam... Reakcja - senność, machanie głową, grzebanie - ale nie położyła się i od razu mogłam ją oprowadzać. Kolejny zastrzyk - uprosiłam wetkę z okolicy o dożylny. Jedno machnięcie głową. Za jej radą ostatniej dawki nie podałam...
Drugi horror ostatnich dni - Brytania już wychodziła z biegunki, antybiotyki fajnie podziałały. Dostaję wieczorem telefon - spocona, kładzie się, oprowadzana słania się na nogach, koszmarna biegunka. Rewelacja... oczywiście nasz wet znowu na wyjeździe. Telefonów do weterynarzy wykonałam chyba z 10, może 15, zanim udało mi się ubłagać jednego, żeby przyjechał. Jechał 1,5h, a w międzyczasie oprowadzaliśmy naszego smoka, przykrytego wieśkową derką i za małą derką Campiny, mierzyliśmy tętno (60 - dla niezorientowanych, normalne tętno u konia to 20-30 uderzeń na minutę). Wcale nie było łatwo znaleźć miejsce, w którym tętno będzie wyczuwalne - praktyki wet ciąg dalszy (a Wy potraficie wyczuć tętno sierściuchom? w jakim miejscu?).
Skracając - kroplówka, leki rozkurczowe i przeciwbólowe, do północy koń do nas "wrócił"... Weterynarza mam ochote ozłocić za tę akcję w środku nocy. Szkoda, że stacjonuje tak daleko, bo rozważałabym "zdradzenie"
naszego... ma dla nas coraz rzadziej czas.
Także, jak widzicie, ciekawie było ostatnio. W tej chwili obie panny mają areszt boksowy i dietę samo-siano. Szczęśliwe nie są, ale wracają do siebie. W weekend powoli będę je wyprowadzać, na początek oczywiście w ręku i pod kontrolą. Tylko czemu takie lodowisko w okolicy...