27 sie 2007

Lekcja pokory

Czasami przydarza się taka sejsa, kiedy stwierdzamy, że wcale nie jest tak dobrze, jak nam się zdawało. Koń nagle zaczyna "odfruwać", nie jest skupiony ani rozluźniony. Pewnie przydaje się i taka lekcja od konia -- z jednej strony zapobiega popadnięciu w niezdrowy samozachwyt nad relacją ;) z drugiej -- wskazuje punkty, nad którymi trzeba popracować.

A jak było?
Było wietrznie i samotnie.
Tym razem przyjechałam do stajni sama, żaden inny koń nie "pracował" -- miały dzień odpoczynku po szczepieniu. Poszłam po Campinę na wybieg -- podeszła do mnie na wołanie, pozytywnie. Wyszła za mną z pastwiska, aczkolwiek nie w jakichś podskokach, raczej "wysnuła się". Poszłyśmy sobie obwąchać przygotowane wcześniej siodło, zjeść kilka marchewek. A później stwierdziłam, że skoczę po cośtam do siodlarni i zostawiłam ją na moment samą na padoku, służącym za ujeżdżalnię. Już jak zdejmowałam kantarek, głowa poszła w górę i włączył się tryb lekko paniczny. A kiedy wyszłam za ogrodzenie, tryb paniczny był odpalony na cały regulator: rżenie, nerwowe tupanie przy płocie. Stwierdziłam, że to niezła okazja do przećwiczenia catching game i podążania na wolności. Weszłam na padok i ruszyłam w stronę "dalszego końca". Campina wytrzymała może 5 kroków, a potem zwrot na zadzie i pędem w kierunku bramy i stada. Pogoniłam ją, podeszła, udało się dojść do połowy padoku, wróciłyśmy serpentynkami po nierównym podłożu, skupienie trochę wzrosło, miło. Trochę esów-floresów, zanowu zakręciłyśmy w stronę dalszego końca -- w tamtym kieruku szła nieco za mną, w przeciwnym ze mną w strefie 3, widać było kiedy jest bardziej "do tyłu", a kiedy "do przodu" myślami. Ćwiczyłysmy zatrzymania, cofnięcia, niby skupienie było, ale takie "ulotne". W końcu udało się nam zrobić rundkę w strefie 3 z różnymi manewrami, więc uznałam, że czas na wyzwanie: stanęłysmy na "dalszym końcu" i obniżyłam jej głowę, pozwalając jeść trawę. Raz skubnęła, poderwała głowę, spojrzała na "coś" (aaa! koniożerny liśc zaszeleścił!) przysiad, zwrot na zadzie i w dłuuugą do bramy...
Wróciłam po nią, poszłyśmy jeszcze raz, udało się doleźć, poskubać chwilę, wrócić "pod kontrolą" do bramy, potem się chwilę pobawiłyśmy -- niby odpowiadała, niby skupiała się, na te parę seknud potrzebne, żeby skumać "czego ona ode mnie chce" i to zrobić, ale potem znowu: rozglądanie się, głowa w górze... Powiedzmy, ze gdybym w ogóle rozważała taką opcję, nie byłby to dzień na wsiadanie ;)

Na koniec podczyściłam, wrzuciłam siodło i poszłyśmy poskubać nieco bujniejszą trawę tuż przy ogrodzeniu pastwiska, na którym było stado. Nawet tutaj była nerwowa, niespokojna, rozglądająca się i przytupująca.

No i teraz nie wiem -- załamać się? Właściwie nie wiedziałam co robić. Tak naprawdę, nie udało mi się jej skupić -- dopóki była na linie i blisko mnie, było OK (w miarę, nawet chwilami opuszczała głowę), ale jednak -- jak odprowadziłam ją na pastwisko, poleciała natychmiast do swojej nowej miłości (już sobie przygruchała z wzajemnością gniadą klaczkę ;)). Co mogłam zrobić, żeby chciała ze mną zostać? Żeby wyluzowała całkowicie? Nadal brakuje strzał... :(
Jedyny pomysł jaki mam, to przyzwyczajanie do samotnych sesji -- przyjeżdżanie w tygodniu, kiedy mniejszy ruch w stajni i zabawy "sam na sam", bez towarzystwa Bilona, od którego wyraźnie się mocno uzależniła (mimo że w stadzie nie trzymają się wcale razem!).

18 sie 2007

Szczęśliwy powrót po wypadku

Nie myślałam, że pierwszy mój wpis na wspólnym blogu przypadnie na okres, w którym wrócę do jazd na Himku po straszliwym majowym wypadku.
A było to tak:
w piękny niedzielny, majowy poranek ( 13-go maja, żeby nie było) postanowiliśmy z mężem i koleżanką pojechać do lasu oddalonego od stajni 10 km. Wybraliśmy sie przed śniadaniem, co w konsekwencji okazało sie zbawienne, jako że byłam na czczo i można mnie było zoperować w tym samym dniu.
Jechaliśmy na luzie, konie zadowolone po drodze skubały trawkę. Zastęp prowadziła spokojna klaczka, za nią mój Himek , za nim jego nowy kumpel. Pogoda była piękna, las kipiał zielenią a leśny dukt zapraszał do galopu. I zagalopowaliśmy..... Spokojnym galopem. Żadne wyrywanie do przodu i dzikie wyścigi. Takie patataj, patataj, patataj..... Można było rozglądać się na boki i podziwiać przyrodę. I podziwiałam :). Do czasu....Klaczka bryknęła radośnie, wyciągajac się przy tym maksymalnie a ja mimo, iż widziałam jej nogę, zbliżającą się jak na zwolnionym filmie w moim kierunku, nic nie zrobiłam. Zgubiła mnie rutyna i pewność siebie. Stwierdziłam, że mnie nie dosięgnie bo bezpieczny odstęp był zachowany. Nie wzięłam pod uwagę, że Rustika jest długa jak jamnik (ta wada jakoś tam się nazywa, nie pamiętam jak) i te jej15-20 cm za dużo mnie zgubiło. Dostałam w goleń kantem podkutego kopyta, więc w zasadzie podkową. Doznałam wieloodłamowego złamania kości piszczelowej i spiralnego złamania kości strzałkowej. Dzięki temu przeleciałam się helikopterem ( boję sie latać !) i zobaczyłam jak wspaniała drużyna krakowskich chirurgów poci się przez 2 godziny aby mnie poskładać.
W stajni nie było mnie 5 tygodni a potem zaczęłam kicać koło Himka na jednej nodze i o kulach. Wózek inwalidzki nie dawał rady w piasku na ujeżdżalni.
Teraz, kiedy stuknęły 3 m-ce od operacji a noga zrasta się wreszcie jak należy ( bo cały czas się jeszcze zrasta) mam na swoim koncie kilka jazd na ujeżdżalni i pieszych wypraw z Himkiem w teren! Kulę ciągle gdzieś zostawiam i szukam potem po stajni i okolicy:). Hippoterapia jak widać działa:):):). Mimo, iż lekarze wróżyli mi co najmniej półroczne bycie kaleką, mój Himek tak mnie zdopingował, że śmigam na własnych nogach, nosząc siodło i gramoląc się na zwierza ( zwierzę się, że z ławki- z ziemi jeszcze nie dam rady). Mam swoje małe lęki jeżdżąc po ujeżdżalni z chorą noga od strony ogrodzenia. Mam wrażenie, że nią o nie zahaczę. Jeździmy więc z Himkiem generalnie ciągle w prawo lub robiąc LPP w kłusie po całej ujeżdżalni. Musze uważać bo Himcio jest młody i niewybiegany, konieczne jest więc spuszczenie z niego energii w czasie zabaw z ziemi albo wsadzanie męża na pierwszego żeby się ogoniasty trochę zmęczył :). Pierwszy teren planuję odważnie na wrzesień, po wynikach RTG tj. jeśli noga porządnie się zrośnie. Mąż z psem pójdzie piechotą a ja za nim na Himciu. Wszystko zostanie cyfrowo udokumentowane a zdjątka na pewno umieszczę na blogu:). We wrześniu stawiam się też jako słuchacz na L2 wiec z niektórymi się osobiście zobaczę:):):).
Sciskam wszystkich!

15 sie 2007

Szczypta liberty czyli korzyści ze złamanej ręki

_____
Dzisiejszy undemanding time jakoś samoistnie przekształcił się zabawę. Ponieważ liny w lewej ręce utrzymać nie mogę, postanowiłam spróbować pobawić się na wolności.. Było FG, potem cofanie przy pomocy DG: wprawdzie na minę teściowej Duszek jeszcze nie reaguje, ale już wystarcza, że poruszam palcami, a on idzie prosto i płynnie. Dobrze też wychodziło prowadzenie ze strefy 3, zatrzymywanie i cofanie, na razie tylko w stępie, w kłusie jeszcze nie. Jak biegłam, on nadal szedł stępem i zostawał mocno z tyłu. Spróbowałam tez chodów bocznych, ale z efektem mizernym, a właściwie żadnym.

Bardzo mnie rozśmieszył sposób, w jaki Duszek poradził sobie z moja prośbą o przejście nad przeszkodą przy pomocy jojo. Ja go wołam jojem, a on stoi i wącha drążek. Myślę, nie rozumie o co mi chodzi, ale nadal cierpliwie go jojuję. Skończył wąchać, zrzucił drążek nosem, dostojnie go przekroczył i stanął przede mną z dumną miną. Bardzo sprytne konisko! Przeciskanie na tym samym drążkiem odbyło się już standardowo.

A na zakończenie Dusiaczek zrobił mi ogromną niespodziankę. Odesłałam go kłusem wokół ujeżdżalni, potem przejście do galopu i postanowiłam spróbować go przywołać. Odaangażowanie zadu i on galopem przybiega do mnie! W pierwszej chwili miałam lekkiego bojca jak zobaczyłam, że tak na mnie galopuje, ale wytrzymałam i pięknie przy mnie się zatrzymał. Robiliśmy to na dużej ujeżdżalni – naprawdę był daleko, gdy prosiłam go o to odangażowanie. Powtórzyliśmy dwa razy w każdą stronę i w nagrodę pasionko na trawie. A najlepsze było to, że gdy do mnie przybiegał, to wyraźnie było widać, że pyta, czy ma jeszcze pobiegać.

Jak widać nawet złamana ręka do czegoś się przydaje.

PS: POPRAWKA dot. przywołania
Spojrzałam na zadek i przywołałam, ale to nie było odaangażowanie.

14 sie 2007

Brunetka i blondyn

_______
Niestety, ręka jest na tyle niesprawna, a w dodatku boję się, że wystające druty mogą spowodować jakiś dodatkowy uraz, że nawet z ziemi się nie bawimy. Pozostał nam tylko undemanding time. Skoro nic nie robimy, postanowiłam zaprezentować nowe zdjęcia mojej pary.







13 sie 2007

Odruchy pozytywne

_______________

Tasiemiec niedzielny ;)

Na dzień dobry przywitał nas deszcz, więc po przywitaniu z paszczakami, pokornie schowałyśmy sprzęt i zostawiłyśmy je na dworze.
Tutaj ciekawa sprawa -- koń mający wybór: stać w ulewnym deszczu na dworze, czy schować się do wiaty, wybiera możliwość numer 1. W wiacie stała jedna kobyłka (z 18 koni, które miały wybór... jeśli dobrze liczę ;)), nawet jej źróbka stała na zewnątrz i radośnie sobie mokła. Lało naprawdę konkretnie (jakaś godzina albo i więcej solidnej burzy). Tak więc, jeśli to Wy decydujecie o tym, czy koń zostaje na dworze, czy się chowa do stajni... nie zabierajcie go z pastwiska podczas deszczu. Będzie szczęśliwszy :] Za to w upalne słońce dużo większe jest obsadzenie wiat. Choć są też wielbiciele przeczekania upału w krzakach/pod drzewami albo wygrzewania futra na słońcu (np. wylegujące się na trawie źrebole). Baaardzo interesujące :)

Efekt uboczny był taki, że konie nam totalnie wyprało (zamiast szczotek do czyszczenia był ściągacz do wody). Zanim wyschły dokładnie, trzeba się było zbierać do domu, więc z zabaw z siodłem wczoraj nitki.

Zamiast tego przypomniałyśmy sobie symulację zapinania popręgu przy użyciu długiej liny: przewleka się przez kółko końcówkę liny, oczywiście lina ma opasać konia w miejscu popręgu, a następnie dociąga się, zgodnie z zasadą przybliżania i oddalania, lekko przekraczając granicę tolerancji konia, czeka się na rozluźnienie, odpowiada się odpuszczeniem liny. Reakcje Campiny: przy mocniejszym napięciu patrzyła w moją stronę, sięgała paszczą do liny, ale po krótkiej chwili odwracała się do przodu i "przemyśliwała". Po kilku takich próbach, kiedy odwrócenie w moją stronę było naprawdę nieznaczne i szybko odpuściła, stwierdziłam, że czas skończyć tę zabawę i rozluźniłam linę zupełnie (chciałam ją zdjąć) -- i wtedy Campina "wybuchła". Zaczęła tupać wszystkimi nogami, wykopywać nad ziemią z jednej tylnej, z drugiej, z minutę to trwało. Daaawno tego nie robiła. Kiedyś myślałam, że to jest jej bunt (bardzo często robiła to wtedy, kiedy zaczynałam jej pokazywać PNH w ogóle, później zrozumiała ideę, poczuła się pewniej i przestała). Teraz myślę, że to raczej reakcja na coś trudnego dla niej do zaakceptowania, czego nie rozumie -- coś jak ziewanie, tylko bardziej -- zejście z adrenaliny. Pozwoliłam jej się "wytupać" (tym bardziej, że to nie jest skierowane przeciwko mnie, nie chcę, żeby dusiła w sobie emocje, jeśli może się ich "pozbyć"), wygłaskałam ze szczególnym uwzględnieniem okolic popręgu, jeszcze raz delikatnie ścisnęłam i skończyłam. Żujżuj na koniec. Myślę, że będzie lepiej -- zobaczymy :)

Później poszłyśmy na lonżownik -- popadało, więc się nie kurzyło, miło. Ale z drugiej strony obawiałam się, że będzie ślisko, więc zabawy tylko w stępie. Na początek, żeby nie było, że jak lonżownik, to od razu circling, poćwiczyłyśmy chody boczne: przodem do ogrodzenia, tyłem do ogrodzenia, przez środek (bez ogrodzenia) -- wychodzi już całkiem ładnie :) na wolności też nieźle. Później jeszcze chody boczne przodem do mnie/wokół mnie. Też ładnie. W jedną stronę lepiej, druga jeszcze wymaga doszlifowania. Później circling -- odesłanie w stępie i przywołanie strefy 1 do mnie bez zatrzymania/złamania chodu. Duuuużo żucia znowu, łapała dużo szybciej niż poprzednio. Spróbujemy kłusem następnym razem.

Później drobny szczegół: uświadomienie, że kiedy człowiek majstruje przy otwieraniu/zamykaniu bramki, koń ma stać po dotychczasowej stronie, a nie przełazić. Trochę to zaniedbałam, teraz staram się zwracać na to uwagę.

Chwila zabaw z przyczepką: na poprzedniej sesji, poproszona o wejście (squeeze) weszła do 3/4 i... zwaliła kupkę-nerwówkę (przyczepka do mycia :P). Dzisiaj uświadomiłyśmy sobie, że niekoniecznie trzeba się rzucać na przyczepkę i natychmiast do niej wsiadać. Stałyśmy sobie przed, zwrócone rudym nosem do środka, na luźnej linie, czekając na rozluźnienie. Kiedy w miarę się rozluźniła, nie prosiłam o wejście, tylko poszłyśmy sobie się popaść - łamiemy schematy :>

Później chwila na schodki i sprawdzenie jak działa driving zadu do mnie. No i dwa razy "plus": podeszła do schodków spokojnie, ustawiła się przodem do mnie na schodkach, na driving zadu do mnie odpowiedziała na delikatne popukiwanie (gorsza strona!), przysunęła się do schodków i stała spokojnie bokiem (żując jak dzika). Duuużo friendly z góry i chwila na trawkę :]

..a później powrót do przyczepki. Odesłałam ją, weszła spokojnie prawie do końca (jedna zadnia noga na trapie), obwąchała okolicę. No to podniesiemy poprzeczkę: jojo do mnie, stojącej w środku. Weszła totalnie bez oporu i... znowu streskupka ;) pogłaskałam, podziękowałam, poczekałyśmy, aż nam sprzątną kupkę zza zadu, co by jej nie roznieść po całym trapie ;) i spokojne wycofanie. Przy okazji stanie, kiedy ktoś zamiata za zadem, też jest niezłym testem. Był moment, że chciała się wycofać, ale lekko zasugerowałam, żeby poczekała, i została -- na luźnej linie, z nieco tylko większymi oczami :P

Po przyczepce wróciła na pastwisko do stada. Nie odeszła od razu, stała przy mnie, wyciągała głowę w moją stronę, pozytywnie :)

Gdzieś tam w środku sesji przewinęła się jeszcze opona, zahaczona przednią nogą ("to mnie trzymaaa... ale staram się nie panikowaaać...")

Przy okazji stwierdzam, że bydlica się naprawdę stara dla mnie. Widać to zarówno przy przyczepce, jak i przy "popręgu" (najbardziej), ale wszędzie widzę, że raczej się skupia, niż odwala beleco, mówiąc wzrokiem "ale pooo cooo.." -- na pewno są to dla niej wymagające emocjonalnie zadania, a jednak nie ma odruchów oporu, bardzo, bardzo doceniam! Tylko tego nie zmarnować...

12 sie 2007

Konie mowią :)

...a mówią, że im się stajnia podoba. Jak mówią?..

Ruda powiedziała, że chce się poganiać po pastwisku.
Może powiem, jak było w poprzednich stajniach, co by było tło ;)
Kłusem do mnie nie przylatywała, nie ukrywam. Ale jak pojawiałam się w zasięgu wzroku, to po kilku kęsach trawy ruszała majestatycznie w moim kierunku, parkowała obok mnie i czekała, aż ją zabiorę. Nawet jeśli odwracała się, żeby odejść, to lekkie spojrzenie na zad wystarczało, żeby stwierdziła "nieważne, idę z tobą". A tu?...
Podeszła do mnie na przywitanie, tylko odrobinę z większym ociąganiem niż zwykle. A później odwróciła się i odtuptała do stada, nie reagując na próby odangażowania zadu. Stado ruszyło galopem, zrobiły piękne, przyprawiające mnie o zadyszkę, kółko, aż wreszcie, jak już je prawie dognałam... zaczęłam szukać mojego konia. No cóż, na tym pastwisku można go zgubić. Szukałam dobre 5 minut -- reszta stada jest, zaparkowana z nosami w trawie, mojej blondynki ani śladu... no i Bilona też. Wreszcie coś mnie tknęło i spojrzałam w stronę wiat. A tam, od dobrych pięciu minut zapewne, stoi i gapi się na mnie, moje szczęście. Wolę nie wiedzieć, co o mnie pomyślała. W każdym razie ja myślałam, że padnę ze śmiechu. Campi: punkt dla Ciebie! :) Później już potuptała za mną, choć jeszcze trochę różki pokazywała (a może Cię wyprzedzę..? A może zjem sobie trochę tej tu trawy?.. A może tu sobie pójdę w innym kierunku?..). Widać, że "ma swoje stado, przestrzeń, trawę, po co ci ludzie się plączą?".

Dzisiaj już nie zwiała, ale jakoś tak wooolniej przychodzi, kręci. Przynajmniej dopóki warunki jej trochę nie spowszednieją -- jakoś to muszę przeżyć, i stać się na tyle interesująca, żeby wygrać ze stadem, trawą, przestrzenią. To jest wyzwanie :)
...Ale mnie to cieszy. Głupia jakaś jestem, czy co -- koń nie przybiega, a ja uchachana ;)

Bilon też wypowiedział się wymownie. Trochę Anię wyręczę i wrzucę tu też małą notkę o tym, bo jego opinia o stajni jest bardzo znacząca. Mam nadzieję, że Ania wybaczy :]
Otóż Bilon ma w zwyczaju na wszelkie frustrujące go zagadnienia odpowiadać machaniem głową. Zatacza takie dosyć energiczne kręgi. Raz, dwa razy -- nie ma problemu. Ale jeśli włączy mu się "kręcioł" i macha trochę gęściej (a powód frustracji nie ustępuje), to robią mu się potwornie trudne do rozplątania "warkoczyki" z długiej, arabskiej grzywy. Walka z tymi warkoczykami trudna jest, zwykle wyglądało to tak, że z pół godziny przy każdej wizycie schodziło na "fryzjera". Tak, czas przeszły jest nieprzypadkowy -- od dwóch tygodni spędzonych w stajni po warkoczykach nie ma śladu! Tak właśnie Bilon komentuje nowe lokum. Laski są, wyżerka jest, powietrze jest, można wychodzić z wiaty, kiedy się chce i wracać, kiedy się chce. Tylko na karmienie są zamykane.

Czy mówiłam już, że ta stajnia jest idealna? Po raz pierwszy nie myślę, że zrobiłabym coś inaczej, "gdyby to było u mnie". Nawet jeśli tak myslę, to idę, pytam, robię ;) Aż się chce włączyć w pomaganie...

No dobrze, czas zejść na ziemię. Co dzisiaj robiłyśmy?
Powoli wprowadzamy zmiany kierunku w CG. Najpierw tworzymy schemat przyjścia z circling game bez zmiany chodu, do człowieka, który się cofa. Dawno nie widziałam tyle tak intensywnego żucia, co dzisiaj na ten temat. Dużo czasu na to nie poświęciłyśmy, ale zauważyłam, że pierwsza "sygnalizująca" sesja na 5-10 minut, do momentu pierwszego w miarę załapania, działa dużo lepiej niż wałkowanie tematu godzinami. Zobaczymy czy i teraz tak będzie.
Poza tym trochę sideways przodem do mnie (wokół mnie). Bardzo ładnie już załapała.
Do tego w ramach wykorzystania faktu, że koń stoi i myśli, rytualne ściąganie gzich jaj z nadgarstków. Wybitnie się cieszyłam, że udało mi się je pościągać, kiedy później widziałam, jak zębami drapie się po tych miejscach, brrr...

A później etap 2, czyli tworzenie pozytywnych skojarzeń z siodłem. Popręg sobie kupiłam "na przeczekanie" zwykły neoprenowy, na razie i tak nie będe wsiadać, dopóki ruda nie zaakceptuje samego siodła i popręgu właśnie. A z tą akceptacją jest różnie. Samo siodło znosi rewelacyjnie, nie ma momentu odsuwania się, stoi jak aniołek i daje się "obrzucać". Pewnie mają w tym swoje zasługi różne zabawy pt. wrzucamy na grzbiet przedmiot X, ktorych przećwiczyłyśmy już baaardzo dużo. Przekładanie popręgu pod brzuchem też jest OK. Za to przy zapinaniu wyraźnie się niepokoi. Friendlujemy sobie z napięciem, zawsze na koniec takiego FG odpuszczam do momentu, kiedy siodło trzyma się na tyle stabilnie, żeby jej nie zjechać na brzuch. Na razie dwie sesje siodłaniowe, więc cudów trudno się spodziewać, ale już jest lepiej. A pozytywne skojarzenia tworzymy... idąc z siodłem na grzbiecie na trawkę (lekko bujniejszą niż pastwiskowa, teraz już jakabądź nie wystarczy ;)). Dzisiaj jeszcze przeszłyśmy się kawałek na spacer po lesie, driving z 3 strefy też już rewelacyjnie (stęp, kłus, zatrzymania, cofania po kilka kroków, nawet trochę reakcji na tempo chodu jest). Wyraźnie jej pasuje takie chodzenie obok mnie, bardziej niż za mną. Sama się chętnie ustawia w tej pozycji. Jednak niepewność jej wyraźnie wzrosła z tym "nowym tygrysem na plecach". Tuptanie terenowe z siodłem to nie to samo, co tuptanie bez siodła -- to będzie nasz sposób na oswajanie tego "strasznego pasażera". Później dołożymy wymagania jakiegoś żywszego ruchu.

No ale bryków żadnych, odpukać, nie było jeszcze. Lekkie niezadowolenie, ale bez gorących protestów. Oby się nie okazało, że bryki zachowała na okoliczność ludzia na grzbiecie :P
Póki co, idziemy do przodu :) i jest coraz ciekawiej :)

Echh... to miała być krótka notka... a jest 1AM ;)

6 sie 2007

Ride with Your Mind w praktyce

Wet twierdzi, że skoro Czarny nie kuleje, a kopyto suche, to nie ma powodu dalej go urlopować. Bardzo delikatnie zaczęłam więc wsiadać na 20-30 minut stępa i kłusa po łące. I próbuje wprowadzać w praktyce to, czego nauczyłam się w lipcu. Prostuję się, siadam na kościach kulszowych i kości łonowej, łydki automatycznie odchodzą mi w tył, napinam mięśnie brzucha i krzyża i jadę. Bardzo to męczące na razie, umysłowej koncentracji też starcza mi na może 20 minut, ale staram się, ciekawa, co z tego wyjdzie. Kłusa wysiadywanego, który tak świetnie mi wychodził :), uczę się w tej nowej pozycji w zasadzie od nowa, pomaga mi wyrzucanie od czasu do czasu nóg ze strzemion, a potem łapanie strzemion na nowo. Próbuje też anglezować bardzo wysoko i wyraźnie, jak Elaine przykazuje. Na razie czuję się dość głupio, ale nie jest to niewygodne... Wszystko razem staje się mniej leniwie-relaksacyjne, a bardziej zwarte i energiczne. Ciekawa jestem, dokąd nas to zaprowadzi.

5 sie 2007

Nowa stajnia -- zdjęciowo :)


Jak obiecałam -- napstrykałam kilka fotek z dzisiejszego dnia. Na początek ogólny widok na bezkresne pastwisko ze stadem ;)

Nasze bestie dołączają do wypasu...:


Bilon zdecydowanie zdradził Campinę, na rzecz Pepity obecnej na zdjęciach poniżej (oraz drugiej klaczy). Podobnoż dziś w nocy wykopał rudą z wiaty, nie dając jej wejść. Sam siedział z najnowsza wybranką :P
Pepi idzie do nich...:


...ale tym razem jednak się nie udało, po krótkim obwąchaniu we troje, oraz zapewnieniu ze strony Pepity, że nadal się grzeje, jakby co, "nowi" odchodzą razem ;)


Widok ogólny na wiaty od strony pastwiska (otwarte dla koni cały czas). Ruda jeszcze nie wchodzi do wiat. Mam nadzieję, że szybko sobie znajdzie opiekuna... jak Bilon :>


Przychylam się do opinii Ani: duża przestrzeń na pastwisku bardzo ułatwia łączenie stada. Mimo moich sporych obaw, przebiegło ono właściwie bez problemów... jak do tej pory. Kolejnym krytycznym punktem są wiaty (dość mała, zamknięta przestrzeń), jak już będę widzieć, że ruda daje radę wejść do wiaty kiedy chce i hmmm... nikt jej w środku nie próbuje kopać, to będę spokojna.

Przymierzałyśmy też dzisiaj siodło, jeszcze bez popręgu. Koń akurat wziął i zasnął po chwili zabaw i dłuuugim seansie zdejmowania gzich jaj z nadgarstków. Siodło jej nie obudziło specjalnie (,,a wrzucaj na mnie co chcesz, tylko nie budź...'' :P)

Leży wreszcie fajnie :) Teraz intensywnie szukam popręgu, koniecznie elastyczny, koniecznie nieobcierający i wygodny dla konia, marzy mi się Wintec elastic, ale mała szansa, że dostanę taki w Polsce bez czekania... a może macie typy na jakieś fajne modele miękkich, elastycznych popręgów?

...,,śpię i już, rób ze mną co chcesz.''


,,to może uszy do przodu trochę?..''



Na rozbudzenie trochę zabaw z przyczepką od różnych stron -- przechodzenie przez trap z boku na bok:

...cofanie w kierunku trapu:

Standardowe wchodzenie wychodzi "aż za szybko", mam wrażnie, że robi to tak, jakby chciała mieć to już za sobą, więc niepewnie. Na potwierdzenie były dwie kupki nerwówki na trapie oraz potężne ziewanie po skoczeniu zabaw z przyczepką. Trzeba będzie często nawracać do tego ćwiczenia, żeby jej trochę spowszedniało -- do tej pory wiązało się faktycznie z wyjazdem prawie zawsze (poza pierwszą sesja przygotowującą), a teraz jest przyczepka na terenie stajni i można ćwiczyć :D

Zapoznałyśmy się też ze schodkami do wsiadania:

...powoli zaczynamy ćwiczyć przyparkowywanie do nich i stanie spokojnie.
Do tego driving zadu do mnie. Nie wiem dlaczego założyłam, że to zadziała, ot tak. Okazuje się, że jeśli stoję przy lewej łopatce konia, przełożę karota na jego prawy bok i postukam w prawą stronę zadu, to zad... odsuwa się ode mnie! Hmmm... how interesting! :> Zmieniamy tę jakże intuicyjną reakcję na zupełnie nielogiczne ustąpienie od nacisku... w moją stronę! :)

Nareszcie można się bawić, nie tonąc w błocie... Nareszcie można siedzieć cały dzień w stajni i jest na czym usiąść :) Albo po prostu poobserwować konie, bez wyrzutów sumienia, że "dzisiaj nie da rady ich umyć"... Wygląda to jak sen, mam tylko nadzieję, że się zaraz nie obudzę, z koniem zanurzonym w gnoju albo w błocie :P

No dobra, idę spać naprawdę, czas już na to...

Po wakacjach

____
Bardzo się przed wyjazdem wahałam się, czy jest sens jechać z koniem na stosunkowo krótki czas. Obawiałam się, że nie zdąży się oswoić z nowym miejscem na tyle, żeby normalnie funkcjonować. Obawy okazały się niepotrzebne. Bardzo szybko się dostosował, chociaż zdecydowanie bardziej się do mnie kleił niż w swojej stajni.

Drugie, czego się bałam, to włączanie go do stada. Wciąż mam w pamięci poranioną szyję po przyjeździe z Orki. Tymczasem obeszło się bez ani jednej rany. Zastanawiałam się, co, poza innymi osobnikami, było tego powodem. I doszłam do wniosku, że były dwa: dużo większe pastwisko (miał gdzie uciekać) oraz trawa – konie miały ciekawsze zajęcie od wzajemnych zaczepek. Nauczka na przyszłość: starać się przenosić konia w „okresie trawiastym”.

Zdecydowanie zapunktowałam u Duszka jako przywódca naszego dwuosobniczego stada. Na początku , gdy wyżej stojące konie szczurzyły się na niego, dawał po prostu nogę. Ale wystarczyło, że raz czy dwa je odgoniłam (chwała twórcy carrot sticka!), a Duszek przy mnie kompletnie przestał reagować na ich pogróżki. Stał spokojnie i czekał, aż je pogonię. Kiedyś zdarzyło się, że przyszłam akurat jak uciekał przed klaczą numer 1. Jak mnie zobaczył, podbiegł do mnie i spokojnie stanął, ja kobyłę odgoniłam, a Duszek miał minę „a nie mówiłem ...”.

Jak jest na swoich śmieciach to przychodzi do mnie wlokącym się stepem. Tam przykłusowywal i przygalopowywał. Wiem, że wynikało to też z tego, że czuł się tam mniej pewnie, ale w miarę upływu czasu, gdy już się ze stadem skumplował, a nawet przesunął się o dwa oczka w hierarchii, nadal to robił.

No i nie bał się chodzić w tereny. Tyle naczytałam się o koniach., które nie chcą odejść od stajni, że byłam pełna obaw, czy nam się to uda, Tymczasem było nadspodziewanie dobrze. Owszem, zatrzymywał się, myślał, czasami zawracał, ale tylko na kilka kroków. Niestety, terenowaliśmy tylko w kłusie i stepie, galopować nie zdążyłam. A jak fajnie było, jeśli udało mi się na tyle rozpoznać okolicę, żeby wiedzieć, że do domu niedaleko. Wtedy schodziłam z konia i szliśmy na wspólna wyżerkę: on wcinał trawę, a ja maliny.

Tak mi było dobrze, że teraz kombinuję, żeby, jak już zostanę rozdrutowana, jeszcze raz pojechać. Ponieważ urlop przekształcił się w L4, mam go jeszcze ponad dwa tygodnie. Tylko muszę znaleźć jakieś miejsce bliżej, bo koszt transportu jest jednak druzgocący.

2 sie 2007

W nowej stajni (deja vu)

Druga przeprowadzka stała się faktem -- konie od niedzieli są w nowej stajni. Dzisiaj pierwszy dzień wyszły ze swoim nowym, licznym i mocno różnorodnym stadem (oprócz naszych jest... 16 chyba koni, a nie mam kłopotów z rozpoznawaniem ich!). Łączenie ze stadem na razie przebiegło bez kłopotów, sąsiadowały od niedzieli przez płot z rezydentami, były wypuszczane z podgrupkami. Jednak przestrzeń robi swoje, miały gdzie zwiać na początku, jak je stado pogoniło trochę. Jedyny koń, który wyglądał, jakby mógł robić kłopoty, wyjechał na dwa tygodnie. Po powrocie będzie pewnie musiał zadbać o swoją pozycję w ogóle, więc może nie skupi się tak bardzo na naszych.

Dwie panny z miejsca zakochały się w Bilonie, chłopu oczy wyszły z orbit, tak go adorowały. Przestał świat dokoła zauważać. Musiałam go konkretnie strącić na ziemię, żeby zauważył, że mam dla niego witaminy -- a zwykle wystarczy spojrzenie na zad, o ile sam nie przychodzi :D
Ruda tak nie bardzo wie, jak znaleźć się w tej sytuacji. Na razie ucieka z potwornym kwikiem, kiedy ktorykolwiek koń zwróci na nią uwagę, raczej tupie za Bilonem niż narzuca się innym kopytnym, uważnie obserwuje okolicę. No i jeśli ludzie pojawiają się na padoku, to natychmiast do nich drepcze (bo Bilon przestał się nią zajmować... :P).

Mamy więc wreszcie duże pastwisko dostępne cały dzień, ze stadem, wiaty jako schronienie i miejsce zadawania paszy. Błota brak. Drzewka dające cień tu i ówdzie. Konie mogą chodzić bez kantarów, więc żegnajcie, obtarcia. Jest też po prostu miło i ładnie -- aż chce się tam siedzieć :] Cały dzień mija w moment...
Bardzo pozytywne jest to, że stajnia i ,,jej ludzie'' naturalsom (i, przede wszystkim, ich koniom) przyjazna :] No, jeśli teraz nie znalazłyśmy domu, to już nie wiem jak szukać ;)

Jeszcze dwa słowa o postępach parellitycznych: doceniam skupienie małej. Mimo nowego otoczenia i towarzystwa, które wyraźnie ją interesuje, bardzo ładnie odpowiadała na wolności. Dużo od niej nie wymagałam, ale kawałek prowadzenia z 3. strefy w zmiennym tempie, z zatrzymaniami, cofnięciami, tu jakieś kółko circling, tam odangażowanie -- wszystko działa, koń jest lekki, chętny... nic tylko iść dalej, podstawę mamy solidną :]
...a siodła nadal nie mam. Jutro ostatni dzień urlopu... trudno się mówi, będzie trzeba znaleźć czas popołudniami :)

1 sie 2007

Wielka przemiana czyli nareszcie z siodła



Od niedawna znów ma siodło - co jest przedmiotem mojego wielkiego zachwytu, czysty przypadek spowodował ze jest to Wintec Isabell ale jestem bardzo zadowolona z takiego obrotu spraw. Jeszcze cały czas czekamy na Cheyenne, choć ono bardziej dla męża niż dla mnie;]
Troszkę przyszło nam poczekać jeszcze na szeroki łęk ale w końcu przyszedł taki dzień gdy uzbrojona w siodło mogłam przypomnieć sobie jak to jest na koniu.
Szczerze powiedziawszy odkładałam pierwszą jazdę - bo to i pierwsza jazda w nowym siodle, a na sznurkach do tej pory tez za dużej kariery nie mam, bo siedziałam tylko raz...
Więc rozmyślałam, że może wsiądę na wędzidle, żeby zobaczyć jak siodło a przy tym nie zabić się na "dzień dobry". Koń nie był jeżdżony 2 miesiące, nie był lonżowany od stycznia - co kiedyś gwarantowało by mi niezapomnianą jazdę z ekstremalnymi przygodami poprzedzoną odpowiednio tygodniowym lonżowaniem konia.
Ale powiedziało się A, to trzeba było powiedzieć B. Zwłaszcza ze jakiś czas temu postanowiłam ze trzeba się na coś zdecydować, żeby robić coś porządnie i żeby tak naprawdę miało to sens. Decyzja ta równoznaczna była z tym że wsiadam na sznurkach.
Popląsałyśmy trochę, rude spokojne niesamowicie. Więc nastał moment wsiadania.
Ponieważ ciężko jest mi na razie przesiąść sie z wielokrążka czy pelhamu na sznurek jeden, w związku z tym tymczasowo mam dwie wodze, a jazda na 1 linie jest pod koniec sesji.
I jak było?
Teraz będzie sekciarsko - wiec uwaga;]
Nidy w życiu nie czułam sie tak na koniu, nigdy przez te 3,5 roku mój koń nie był tak rozluźniony pod siodłem, aż po prostu chciało sie krzyczeć ze szczęścia.
Naprawdę wierzę w PNH, bo dało mi już to o czym kiedyś nawet nie marzyłam bo wydawało mi sie zarezerwowane dla właścicieli spokojnych koni.
Na razie bez galopow, ale na wszystko przyjdzie czas, tak jak i przyszedł czas na jazdę.