25 mar 2012

Gapię się w niebo ;)

Dziś u koni byłyśmy krótko. Na chwilę na rudą wsiadłam, ale musze dopracować taktykę tłumaczenia jej o co mi chodzi. Trochę chaotycznie było, pewnie jej się w związku z tym ta sesja mniej podobała. Zawsze tak jest. Lubi wiedzieć o co mi chodzi, rozumieć mnie - nawet jesli zadanie jest trudne i wymagające. Dziś dodatkowo było dość późno, wiał wiatr, konie już były w stajni - więc jestem zadowolona, że mnie nie zbrykneła po takiej przerwie, razem z moim mętnym przekazem ;) Poprzednia jazda była fajna, ale w terenie (tam kierunek jest określony drogą, więc jest dużo prościej). Ostatnio na placu siedziałam na niej hmmm... wieki temu. Zmiana taka, że ogólnie zwierz się pewniej toczy do przodu, ale jest co robić, oj jest. Poza wsiadaniem na rudzielca zrobiłyśmy serwis Czarnej - kopytka podstrugane, wyczyszczona i chwilę pobawiona z ziemi przez Młodszą. Niesamowite, jeden weekend, obsłużone 5 koni i nie siedziałyśmy w stajni całe dwa dni 8|

Poza stajnią dziś dzień zwierzaków.

Rano odwiedziłam zoo. W zoo była zdesperowana żyrafa, usiłująca dorwać się do Liścia, Który Wyrósł. Było stadko z nagła pojawiających się surykatek. Foki. Małpy (człekokształtne i nie tylko). Zresocjalizowane rezusy z laboratoriów. Słonie (afrykański z krzywym kłem lewym). Na koniowate lepiej nie patrzeć - jeden z osłów ze szczególnie spektakularnym ochwatem. Tygrysy. Serwale. Nawet gepard był. Nie było lwów.

...a wieczorem zadarłam łepetynę do góry i spojrzałam w niebo. Czas najwyższy zacząć rozpoznawać swój gwiazdozbiór, pomyślałam. No i jak pomyslałam, tak zrobiłam. Lew zlokalizowany. Ależ wielkie z niego bydlę! Do tego gości w sobie Marsa. Obiecywałam zdjęcia, zdjęć nie ma jednak, to chociaż wrzucę schemat z Lwem:

Mars dorysowany, tam gdzie go widziałyśmy.

W nowej stajni jest fajnie i jest fajnie ;) oby tak dalej!

24 mar 2012

Pierwszy weekend w nowej stajni

Przeprowadzka koni miała efekt uboczny - rozłożyłam się dokumentnie na ponad tydzień. Pierwszy raz od wieków byłam konkretnie chora. Może dlatego, że.. mogłam ;)

Pierwszy raz odwiedziłam futra w zeszłą środę wieczorem (po półtora tygodnia - przeżyły! i nie wyglądały źle ani nieszczęśliwie). Odwiedziny wieczorne i raczej symboliczne, skrobnęłam kopytka Campi i Wieśkowi - trzeba pilnie obserwować kuce, w końcu wiosna jest. Nie chciałabym przegapić pierwszych objawów ewentualnych problemów ochwatowych. Póki co wygląda dobrze - u Campi ściana elegancka i prosta, miska jest, tylko strzałki słabowite - błagają o pracę. Koń też błagał o pracę. Jak mnie zobaczyła z liną, to od razu pakowała dziób w kantar. U Wieśmina ściana przednia trochę popłynęła, więc znowu golimy pazur na zero :( ale chodzi dobrze. Aż za dobrze. Tłuką się z Akordem o Sekwanę. No, takiego przebiegu wypadków nie przewidziałam. Przewidywałam różne konfiguracje tłukących się między sobą bab, a baby akurat stuprocentowo zgodne. Ruda kocha obie duże, Czarna spokojna, Bryś... podobno wymienia okolicznościowe kopniaki z Akordem przy okazji sprowadzania do boksów. Hierarchia się przestawia? A chłopaki się regularnie piorą ;) Trochę są poobijani, ale nic groźnego, póki co, tylko dziury w futrze (liniejącym na potęgę!).

O tak, wiosna przyszła. Ciepło dziś było bardzo. Miła odmiana - przyjechałyśmy do stajni ok. 13 i zdążyłysmy tyyyyle zrobić... Ja się pobawiłam z rudą i glutkiem, wystrugałam Bryśkowe kopytka, Aga wsiadła na Bryś - i jeszcze było jasno. Wrażenia: plac jest fantastycznie duży! Jest ogrodzony, ma fajną, zamykaną bramkę. Konie są na nim SPOKOJNE - byłam zaskoczona, pierwsze zabawy dzisiaj, więc spodziewałam się furkotania w wydaniu obu gorącokrwistych rumaków, nic z tych rzeczy. O tym jak doceniłyśmy spokój koni świadczy wsiadanie na Brysiątko :) Podłoże też lepsze niż w poprzedniej stajni. Może jutro na rudą wsiądę?

A dzisiaj z ciekawszych zadań ćwiczyłyśmy z Campi jeża hula-hopem na szyi (ot, taki spontan) - na boki działało od razu idealnie, chwilę trzeba było porozmawiać o cofaniu, ale w końcu koń załapał. Może się przyda do jazdy z cordeo :) Drugie zadanie: podest z europalety i praca nad świadomością nóg. Głównie z glutkiem mam to zapisane jako TODO, ale i z rudą trzeba dopracować, szczególnie zad. Faktycznie, przodem weszła na podest bez wahania. A zad?... Zatrzymanie się zadem po przejściu przodem dalej - niemożliwe. Kilka razy ją przeprowadziłam, dochodząc od etapu ledwie dotykam czubkiem kopyta i panicznie zeskakuję do przejścia. Stwierdziłam, że nie będę jej zmuszać do zatrzymania, podeszłam od drugiej strony - cofanie na podest. Tego jeszcze nie robiła. W pierwszym odruchu zad oczywiście spłynął na bok, ale po chwili udało mi się wyprosić u niej stanięcie z tylną nogą tuż przy podeście. Poczuła, że go dotknęła, odwróciła się, żeby zobaczyć, skojarzyła... i dostała kawałek marchewki. Taaa... żarcie ją motywuje do skupienia ;) Stoi i gapi się - co dalej? Proszę o cofnięcie - noga w górę i dotknięcie czubkiem kopyta. Po chwili koń stał elegancko wcofany obiema nogami na podeście, bardzo zadowolony z siebie :) Następnym razem spróbujemy (po sprawdzeniu, że cofanie nadal działa) zatrzymać się podczas przechodzenia na etapie "zad na podeście" - to w Łapinie wychodziło, ale tam podest był sporo większy. A późniaj? Na później jest wyzwanie, czy koń mi się cały na tym podeściku zmieści. Będzie się musiał postarać i stanąć jak słonik na piłce, a już tego (całe szczęście!) nie praktykuje :P Rudy pomnik PNH, to byłby już drugi na tym blogu ;)

Z glutkiem za to, po krótkim przypomnieniu, że na człowieka jednak czasem należy zwracać uwagę i nie histeryzować, tylko odpowiadać, zabraliśmy się za realizację celu "mam cztery nogi i wiem gdzie jest każda z nich". W stajni są bardzo sympatyczne "drągi" z miękkiego, piankowatego materiału. Nie wiem jakie jest oryginalne zastosowanie tego, ale dla sieroty potykającej się o własne przeszczepy było jak znalazł. Na początku "drąg" fruwał po całej okolicy, przeciągany w te i z powrotem. Zakończyłam na przestawieniu jednej nogi nad nim, przerwa (na przemyślenie), drugiej nogi... a potem wycofanie się - jedna noga, druga noga i UWAGA - to jest najtrudniejsze - żadna nie zahacza. Trzeba je podnieść. To było TRUDNE. Ale folblut dał radę. Ciąg dalszy nastąpi, mam nadzieję :)

Wieczorem podjechałyśmy jeszcze do Łapina, strugnąć kopytka - jak się cieszę, że nas tam już nie ma... Ogólnie jestem pozytywnie zmęczona po dzisiejszym dniu. Zobaczymy co przyniesie jutro. Może jakieś zdjęcie przyniesie :)

20 mar 2012

Wiosna zapukała

Zapukała do mnie tak głośno, że dopukała się potrzeby czegoś nowego. Tym razem nie była to standardowa potrzeba nowej fryzury, ale potrzeba nowego końskiego. Tzn. nie nowego konia, ale zrobienia czegoś zupełnie nowego z końmi. I tak wróciłam do niezrealizowanego pomysłu z zeszłorocznego wyjazdu wakacyjnego: jazdy na Duszku z Truskawką jako luzakiem.

Pukanie usłyszałam, jak bylam już w stajni i było za późno na odświeżenie wskazówek, o które kiedyś poprosiłam na forum. Nie pozostało nic innego jak popłynąć z prądem.

Pierwsza trudność - wsiadanie. Przyznaję, że tu poszłam na łatwiznę i poprosiłam kogoś o przytrzymanie Truskawki. Przejęłam ją, jak już siedziałam na Duszku. Muszę przemyśleć, jak przeprowadzić ten manewr samodzielnie.

Początkowo oba konie były lekko skołowane, nie bardzo wiedziały, o co chodzi, ale jako tako poruszaliśmy się do przodu. Gorzej było przy zmianach kierunku. Duszek wyraźnie nie dowierzał, że ma skręcić w kierunku żywej przeszkody czyli Truskawki i proponował chody boczne od Truskawki. Truskawka z kolei wolała iść za jego zadkiem niż obok niego. A ja miałam problemy z manewrami liną, która jakoś po skróceniu szybko się wydłużała pozwalając jej iść z tyłu. Raz nawet przeszła za zadkiem Duszka na drugą stronę, co Duszka zupełnie zbiło z tropu, bo lina opasała mu zadek. Zbiło z tropu w sensie pozytywnym, nie spanikował, tylko spokojnie czekał na wskazówki, co ma robić. Ciekawe, co by było gdybym nie przełożyła tej liny na drugą stronę. Może by zareagował tak, jak podczas podobnej zabawy z ziemi, czyli okręcił się i stanął twarzą w twarz z Truskawką?

Ogólne podsumowanie: jak na pierwszy raz - pierwszy raz dla całej naszej trójki - było super. Żadnej nerwowości, cały czas kombinowanie o co chodzi i co zrobić. Na tyle się w tym trio dotarliśmy, że odważyłam się na eksperymentalne zakłusowanie, które w niczym nie zmieniło nastawienia koni do nowego zadania. Najlepiej wychodziło cofanie.

13 mar 2012

Nowy rozdział


Cztery ogony i jeden pysk - komplet naszych futer na nowym wybiegu


Pierwszy raz naprawdę wierzę, że wrócę tu z sensownymi wpisami. Coś się kończy - osobista codzienna tyrka przy koniach, sprzątanie, siano, woda, aż do utraty sił i chęci na cokolwiek innego... Coś się zaczyna - mam nadzieję, że w tej stajni będzie można konie zostawić bezpiecznie bez osobistego doglądania, przyjeżdżać do nich rzadziej, ale spędzać czas z nimi, nie z ich pożywieniem i produktami przemiany materii.

Zabaw w sensie sesji nie praktykowałam od wieków, tylko przy okazji, na dodatek najczęściej nie z naszymi końmi (pomijając kilka sesji naprawczych z Akordem, kiedy mu przejściowo odbiło) - a to poskramianie (kochanego!!) złośnika w sąsiednim boksie przy okazji codziennych porządków, a to skupianie kopytnego podopiecznego na trudnym zadaniu trzymania nóg spokojnie w górze, bez wyrywania i prób zabicia strugacza. Mam ostatnio w sobie jakiś spokój, to pomaga. To i skupienie na odczytaniu emocji i pasującej odpowiedzi. It's simple, but not easy... coś jak przepis na ciasto drożdżowe :-)

Mimo więc braku praktyki w ścisłym tego słowa znaczeniu, z zaladunku naszych futrzaków jestem dumna. Obawiałam się, jak po ostatniej traumie transportowej będą wsiadały. Odrobina wahania była, ale ostatecznie ruda weszła zupelnie na spokojnie, dojechała sucha. Glutek zdecydowanie bał się o zadnie nogi. Najpierw trząsł się i robił wszystko, żeby zadu na trap nie wstawić - pomogła nieoceniona sister, wspierając go z lepszego końca dobrym słowem i głaskaniem po zadnich nogach. Kiedy doszedł do połowy trapu zadem, powziął był decyzję, że zamieszkowywuje oto w przyczepie i nigdy z niej nie wyjdzie - do wyprowadzania na nowym miejscu podszedł z dużą niechęcią i ogólnym dygotem. Widać u niego poza tym brak świadomości kończyn. Prosi się nieco ćwiczeń z podestami i wstawianiem łap w różne miejsca, z drążkami. Zabawne było wrażenie, jak zmieniałam konia przy ćwiczeniach (rano miałysmy chwilę na rozgrzewkę). Ruda zdecydowanie wiedziała, gdzie stawia przeszczep, nie obawiałam się, że zaraz stanie na krawędzi i zrobi sobie krzywdę. Glutek - no cóż... ;-) ale przynajmniej mamy pracę domową. Praca domowa z rudą? Nie ma co się oszukiwać, czas na serio brać się za wsiadanie. Koń jest zdecydowanie ogarnięty i skomunikowany. Nasze najwieksze braki są NA GÓRZE! Panna robiła tylko za kucyka dla dzieci ostatnio.

Pozostałe trzy futerka bohatersko, skutecznie i równie spokojnie wprowadziła Młodsza :-)
Czarnulka na zdjęciu jeszcze osobno, po stajennej kontuzji z Łapina (zablokowana w kracie noga :-/ jakby jeszcze przez te parę dni nie mogła sobie darować wskazania na niedostatki poprzedniego lokum), ale niedługo dołączy do naszego stadka. Z rudą-szefową jechała przyczepą, stoją w sąsiednich boksach i nie spodziewam się spięć. Może z Brysią się mogą docierać, ale mam nadzieję, że krzywdy sobie nie zrobią. Obie ostatnio wycierpiały swoje... Chłopaki to się zapewne tradycyjnie zwyczajnie ucieszą z kolejnego obiektu kultu w haremie :-)

...no to jak, będzie dobrze?...