Przeprowadzka koni miała efekt uboczny - rozłożyłam się dokumentnie na ponad tydzień. Pierwszy raz od wieków byłam konkretnie chora. Może dlatego, że.. mogłam ;)
Pierwszy raz odwiedziłam futra w zeszłą środę wieczorem (po półtora tygodnia - przeżyły! i nie wyglądały źle ani nieszczęśliwie). Odwiedziny wieczorne i raczej symboliczne, skrobnęłam kopytka Campi i Wieśkowi - trzeba pilnie obserwować kuce, w końcu wiosna jest. Nie chciałabym przegapić pierwszych objawów ewentualnych problemów ochwatowych. Póki co wygląda dobrze - u Campi ściana elegancka i prosta, miska jest, tylko strzałki słabowite - błagają o pracę. Koń też błagał o pracę. Jak mnie zobaczyła z liną, to od razu pakowała dziób w kantar. U Wieśmina ściana przednia trochę popłynęła, więc znowu golimy pazur na zero :( ale chodzi dobrze. Aż za dobrze. Tłuką się z Akordem o Sekwanę. No, takiego przebiegu wypadków nie przewidziałam. Przewidywałam różne konfiguracje tłukących się między sobą bab, a baby akurat stuprocentowo zgodne. Ruda kocha obie duże, Czarna spokojna, Bryś... podobno wymienia okolicznościowe kopniaki z Akordem przy okazji sprowadzania do boksów. Hierarchia się przestawia? A chłopaki się regularnie piorą ;) Trochę są poobijani, ale nic groźnego, póki co, tylko dziury w futrze (liniejącym na potęgę!).
O tak, wiosna przyszła. Ciepło dziś było bardzo. Miła odmiana - przyjechałyśmy do stajni ok. 13 i zdążyłysmy tyyyyle zrobić... Ja się pobawiłam z rudą i glutkiem, wystrugałam Bryśkowe kopytka, Aga wsiadła na Bryś - i jeszcze było jasno. Wrażenia: plac jest fantastycznie duży! Jest ogrodzony, ma fajną, zamykaną bramkę. Konie są na nim SPOKOJNE - byłam zaskoczona, pierwsze zabawy dzisiaj, więc spodziewałam się furkotania w wydaniu obu gorącokrwistych rumaków, nic z tych rzeczy. O tym jak doceniłyśmy spokój koni świadczy wsiadanie na Brysiątko :) Podłoże też lepsze niż w poprzedniej stajni. Może jutro na rudą wsiądę?
A dzisiaj z ciekawszych zadań ćwiczyłyśmy z Campi jeża hula-hopem na szyi (ot, taki spontan) - na boki działało od razu idealnie, chwilę trzeba było porozmawiać o cofaniu, ale w końcu koń załapał. Może się przyda do jazdy z cordeo :) Drugie zadanie: podest z europalety i praca nad świadomością nóg. Głównie z glutkiem mam to zapisane jako TODO, ale i z rudą trzeba dopracować, szczególnie zad. Faktycznie, przodem weszła na podest bez wahania. A zad?... Zatrzymanie się zadem po przejściu przodem dalej - niemożliwe. Kilka razy ją przeprowadziłam, dochodząc od etapu
ledwie dotykam czubkiem kopyta i panicznie zeskakuję do przejścia. Stwierdziłam, że nie będę jej zmuszać do zatrzymania, podeszłam od drugiej strony - cofanie na podest. Tego jeszcze nie robiła. W pierwszym odruchu zad oczywiście spłynął na bok, ale po chwili udało mi się wyprosić u niej stanięcie z tylną nogą tuż przy podeście. Poczuła, że go dotknęła, odwróciła się, żeby zobaczyć, skojarzyła... i dostała kawałek marchewki. Taaa... żarcie ją motywuje do skupienia ;) Stoi i gapi się - co dalej? Proszę o cofnięcie - noga w górę i dotknięcie czubkiem kopyta. Po chwili koń stał elegancko wcofany obiema nogami na podeście, bardzo zadowolony z siebie :) Następnym razem spróbujemy (po sprawdzeniu, że cofanie nadal działa) zatrzymać się podczas przechodzenia na etapie "zad na podeście" - to w Łapinie wychodziło, ale tam podest był sporo większy. A późniaj? Na później jest wyzwanie, czy koń mi się cały na tym podeściku zmieści. Będzie się musiał postarać i stanąć jak słonik na piłce, a już tego (całe szczęście!) nie praktykuje :P Rudy pomnik PNH, to byłby już drugi na tym blogu ;)
Z glutkiem za to, po krótkim przypomnieniu, że na człowieka jednak czasem należy zwracać uwagę i nie histeryzować, tylko odpowiadać, zabraliśmy się za realizację celu "mam cztery nogi i wiem gdzie jest każda z nich". W stajni są bardzo sympatyczne "drągi" z miękkiego, piankowatego materiału. Nie wiem jakie jest oryginalne zastosowanie tego, ale dla sieroty potykającej się o własne przeszczepy było jak znalazł. Na początku "drąg" fruwał po całej okolicy, przeciągany w te i z powrotem. Zakończyłam na przestawieniu jednej nogi nad nim, przerwa (na przemyślenie), drugiej nogi... a potem wycofanie się - jedna noga, druga noga i UWAGA - to jest najtrudniejsze - żadna nie zahacza. Trzeba je
podnieść. To było
TRUDNE. Ale folblut dał radę. Ciąg dalszy nastąpi, mam nadzieję :)
Wieczorem podjechałyśmy jeszcze do Łapina, strugnąć kopytka - jak się cieszę, że nas tam już nie ma... Ogólnie jestem pozytywnie zmęczona po dzisiejszym dniu. Zobaczymy co przyniesie jutro. Może jakieś zdjęcie przyniesie :)