28 kwi 2008

Popiołek

Ostatni weekend miałam okazję pobawić się z konikiem polskim, o którym wspominałam (w kontekście gryzienia Campiny w zadek przy jedzeniu ;)). Konik ten nosi wdzięczne imię Popiołek i mieszka w wiacie z naszymi trzema kopytnymi.
Ma też dosyć ciekawą przeszłość (jako ogier stał przez parę lat uwiązany na sztywno, nie wychodził na dwór, ludzie się go bali). Efektem tej przeszłości jest to, że panicznie boi się sznurków/łapania/wiązania. Mimo starań i ładunku dobrej woli obecnej opiekunki sytuacja nie poprawiła się dramatycznie odkąd jest u nas - odrobinę lepiej jest, nauczył się gdzie ma boks i wchodzi na wieczór do wiaty. Ale na polu nadal jest problem z łapaniem. Strategia - "maaaasz tu marcheweczkę cabas za grzywę" - jednak ma krótkie nogi, misiek wyszedł na nieco bujniejszą trawkę ze stadem i stwierdził, że człowiekowatemu się dotknąć nie pozwoli (trudno mu się dziwić, ma trawę i kumpli, a co proponuje mu człowiek? niestety, mimo woli, strach i napięcie...).

Widząc lekką załamkę opiekunki i sympatię ku temu stworzeniu czując, stwierdziłam, że spróbuję go przekonać do sznurków - zadanie, kurka, ambitne. Przyznaję, ze był moment, że myślałam, że zbyt ambitne... Bo nie mam do dyspozycji małego wybiegu i konika na wyłaczność, tylko jakoś na oko 1,5ha wybieg, pełen drzewek, gdzie mały może wmieszać się w stado koni. KOrzystał z tej możliwości gęsto.
Na dodatek jest... uwaga... hiperwrażliwy. Niby konik polski kojarzy się z topornym małym twardzielem, coś takiego jak nasz Wiesiek - czasem człowiekiem zamiecie, a ogólnie ma go w głebokim poważaniu - a tu jest inaczej. Jakikolwiek gwałtowny ruch wyprawia Popiołka w kosmos. Żeby go odpędzić, jeśli nie życzymy sobie jego towarzystwa, wystarczy ostro na niego spojrzeć - już go nie ma. Żeby było zabawniej, w stosunku do koni jest dosyć pewny i rozstawia po kątach nawet olbrzymie wałachy.

Krótka charakterystyka reakcji na widok sznurków - na wolności ucieczka paniczna (ekstrawertyczna prawopółkulowa), w boksie wciśnięcie się w kąt i zastygnięcie bez ruchu, nawet bez mrugania (introwertyczna prawopółkulowa). Jest co robić :D

Acha, od człowieka mały ucieka, jak tylko wykuma, że zjadł już wszystkie smakołyki, na które jest "nęcony" (z szyją na żyrafę).

Jak widać interesująca koniobowość.

Moje podejście - catching game trzeba poćwiczyć i przede wszystkim friendly ze sznurkami (approach and retreat). Wariant podstawowy - odpędź, im bardziej tyłem, tym mocniej odganiaj - nie sprawdził się ze względu na duży teren i to, że koniowaty coraz bardziej się wkręcał (a mnie bolały nogi). Spróbowałam tego przez krótką chwilę w środku pierwszej sesji i uzyskałam pogorszenie (nie pozwalał się zbliżyc nawet bez sznurków na odległość 10m). Podejście alternatywne - upierdliwość, przybliżanie i oddalanie, maaała presja. Tak więc - chodziłam za nim. Jak się zatrzymywał i patrzył na mnie (ufff ile to trwało, zanim pierwszy raz spróbował!), odwracałam się tyłem, czasem odchodziłam krok-dwa. Na początku była paniczna ucieczka galopem/kłusem, jak tylko widział, że na niego patrzę!
Kręciłam się dokoła niego, plusminus spiralnie, zmieniając kierunek okrążania go i oddalając się jak był niepewny, przysiadałam na trawie przy nim, w odległości kilku metrów (już to było stresujące - przestawał jeść i łypał na mnie jednym okiem). Wreszcie, jak byłam w miarę niedaleko, przysiadłam na trawie, zaczęłam rozgryzać marchewkę... zainteresował się odgłosem... od niechcenia rzuciłam mu kawałek. Odskoczył, ale zaraz wrócił. Chwilę później mogłam go pogłaskać ale... nawiał jak tylko zobaczył linę (nie, nie chciałam jej ukrywać - pokazałam mu, załamując opiekunkę).

Kilka godzin kręciłam się za nim, stres cały czas wysoki. Jakiekolwiek podniesienie energii - tracę chłopaka na dłuższy czas. Jedzenie, przyznaję się do drugiego błędu - użyłam go - nie zadziałało dobrze. W końcu wróciłam do chodzenia mu za zadem, czymś w stylu "opadającego liścia" (takie zbliżające się półkola). Stając z boku, patrzyłam na zad - po chwili robił lekkie odangażowania na wolności (za to nagradzałam go zdjęciem presji)! Podeszłam, położyłam linę na ziemi obok niego, za trzecim podejściem udało się go pogłaskać. Później podeszłam z liną w ręce, pogłaskałam drugą ręką. Jak dotknęłam ZADU liną, odleciał na księżyc. Najbliższe pół godziny było nudnym odbudowywaniem ;)

W końcu jakoś udało się pogłaskać go, lina leżała tuż obok niego, ale leżała. Wygłaskałam, wydrapałam go porządnie, aż odrobinę wyluzował (bo był totalnie sztywny). Uznałam, że wystarczy i odeszłam szybko, zabierając linę (zdziwił się ostro :)).
To był pierwszy dzień - parę godzin, obolałe nogi i duuużo żucia z jego strony i z mojej też ;)

Wczoraj był drugi - na dzień dobry reakcja taka sama - zobaczył mnie, linę (NIE ukrywam nic przed nim) i prysnął gdzie trawa rośnie. Ale - uwaga - w 10 minut udało mi się dojść do podejścia do niego, i wydrapania po grzbiecie. Stwierdziłam, że w związku z tym robimy krok w przód - niech powącha sprzęt. Nie muszę chyba pisać, że nie chciał? :P Jak zobaczył, że podchodzę z wyciągniętą ręką z kantarem, od razu się odwrócił - ale jak tylko zaczał się odwracać, uciekłam (approach and retreat). Aaale się zdziwił! Trochę podchodów, w międzyczasie rzucałam mu kantarek przed paszczę i głaskałam, i udało się - wyciagnął ryjek i powąchał, oczy wieeeelkie jak talerze, każdy mięsień napięty. Odeszłam natychmiast. Wrociłam po paru minutach, już bez kantara, wygłaskałam raz jeszcze i poszłam sobie. Z pewnej odległości zobaczyłam potężnie ziewającego konika. Hmmm... :)
Jedzenia zero drugiego dnia, i to była bardzo dobra decyzja. Popiołek połknął haczyk i się bawi - jeszcze niepewnie, ale wyraźnie myśli nad regułami i na nowo kalkuluje opłacalnośc postępowania :)

Później wróciłam po Campinę (która zupełnie nie rozumiała, dlaczego nie chcę wziąć jej tylko ganiam za tym pajacem :P kilka razy próbowała mi pokazać, że przecież tu jest!! no!!), wzięłam ją na chwilę do zabawy, kiedy wróciłam z nią na pole i puściłam przy kastrach z wodą, Popiołek pojawił się na horyzoncie. Patrzył i wahał się - podejść się napić, czy nie. Stał, patrzył - a tu ludzie, czwórka ludzi, każdy ma sznurki, niektórzy nawet karoty (siostra bawiła się ze źrebakiem, oswjając go ze sprzętem) - co prawda niby są daleko (jakieś 10-15m) i konie od nich nie uciekają, ale nigdy nic nie wiadomo... Podeszłam do niego powoli, pokazując ręce, tylko lekkie zawahanie, nie uciekł. Wydrapałam, wygłaskałam, odeszłam. Podszedł do wody, wypił dwa łyki. I został. Stał, patrzył na nas, nie zrobił tak jak dotąd (napić się/zjeść i zwiać, zanim ktoś założy sznurek). Duuuża satysfakcja.

Teraz będziemy dążyć do głaskania kantarkiem - dużo undemanding time, przebywania wśród koni na pastwisku (tworzę niewygodną sytuację - łażę za nim, patrzę na niego, aż mi pozwoli podejść, wtedy ma wygodę, przysiadam na trawie, "jem" z nim, czasem podejdę i poskrobię, potem znowu "jem"...). Co jakiś czas dostaje stracha do skonfrontowania - ale JAK trzeba uważać! Centymetr za blisko, moment za szybko i już po chłopaku zostaje tuman kurzu :)

Fascynujący jest :)

Poprosiłam o wyłączność na zabawy z nim, żeby mi go nikt nie oszukał, teraz, kiedy powoli wraca mu zaufanie. Przekonam go do kantara, wierzę w to. Teraz zobaczymy ile czasu mi to zajmie. No chyba, że ktoś przyjdzie, złapie go podstępem jak wcześniej, i znowu będzie robić z nim "niby nic", ale jednak stresujące... Mam nadzieję, że nie, bo czułabym się podle, właczając się w oszukiwanie go... Obietnicę współpracy ze strony dwunożnych mam w każdym razie.

A nauczyciel z niego niesamowity :)

Trzymajcie kciuki.. :]

20 kwi 2008

W Isabelce

_______
Dziś już kompletnie namieszałam Duszkowi urozmaiconym planem zajęć. Najpierw pojeździliśmy na ujeżdżalni, potem pojechaliśmy na spacer do lasu, w drodze powrotnej pozwoliłam mu pojeść trawę (zeszłam i rozluźniłam popręg: wciąż mam blokadę na jedzenie z dopiętym popręgiem), a potem wróciliśmy na ujeżdżalnię. Zauważyłam, że na ujeżdżalni po powrocie z lasu Duszek jest bardziej sterowny i chętnej się rusza, ma więcej „go”. Wykorzystałam tę jego chęć, zakłusowałam, usiadłam w siodło, dałam sygnał i … ZAGALOPOWALIŚMY. Nasze pierwsze planowane zagalopowanie! Zanim zgasł poprosiłam o przejście do kłusa. Powtórzyliśmy, znowu do kłusa, zatrzymałam, zsiadłam, w nagrodę zakończyliśmy zajęcia.

A wszystko to odbywało się w Wintecu Isabelce. Dobrze mi się w niej siedziało i między innymi to było powodem, dla którego odważyłam się zagalopować.

17 kwi 2008

Przygoda Sylwii

______
Tym razem nie o mnie a o Sylwii. Dziś Sylwia jadąc na jednym roślinożercy spotkała innego roślinożercę. I to nie byle jakiego, nie jakąś pospolitą sarnę. Spotkała łosia! A co najdziwniejsze nie było to w jakiejś głębokiej głuszy, a zaraz po wyjeździe ze stajni. Po prostu niesamowite. (Sylwia, może coś tu dopiszesz na temat tego spotkania?)

Pewnie prawdopodobieństwo, że znów się tam pojawi, nie jest wielkie, ale na wszelki wypadek nie będę ruszać się poza stajnię bez aparatu fotograficznego.

14 kwi 2008

CG i zdrowie...

Z postępów Campiny: "męczymy" nadal CG.
Przejścia w dół raz wychodzą, raz nie - biorę się za nie na solidnie. Do tego cały czas ćwiczymy powrót na przyciąganie strefy 1. - to już się ładnie ugruntowuje. Od ostatniego udanego przybiegnięcia kłusem boję się przywoływać ją w klusie ;) ale w stępie robi to już prawie bez wahania, więc czas by znów spróbować kłusa.

Ostatnio, zainspirowana filmikami podlinkowanymi na stronce SPNH spróbowalam FG w ruchu (CG + zarzucanie karota). Zarzucanie karota przy DG ze strefy 3. działa (rude było trochę zdezorientowane, ale się nie zatrzymywało), natomiast przy CG totalny opad szczęki. Pierwsza reakcja na w ogóle ruch karota, podczas kiedy jest na kółku - dziki kłus, aż myślałam, że się przewróci (poganiają!!!), później stwierdziła - może to friendly?? - zatrzymała się. Pogłaskałam, poprosiłam o ruch. Zarzucam karota - zatrzymała się. Ojjj... długo to trwało i ubaw był po pachy :) skończylysmy na lekko niepewnym stępowaniu z rzadkim zarzucaniem karota. Następnym razem idziemy dalej :)
A ile ziewania później.... nawet trawy nie chciała jeść, stała nad nią z zamyślonym pyskiem.
Ogólnie pozytywnie. Na dodatek zarżała na mój widok w stajni, mimo, że nie mialam garnka ;P Pewnie dlatego, ze kojarzy mnie też z wyprowadzaniem, a teraz siedzą w boksach (odrobaczanie).

No właśnie, odrobaczanie zbiegło się z "operacją" Brysi. O tyle dobrze, ze sama stała tylko dwa dni, teraz ma towarzystwo. O tyle źle, że jak stado wyjdzie po 2 dniach stania, na dodatek na nowe pastwisko, to bedzie rozszalałe - boję się, że znów może się coś stać, niby rana się zarasta, ale jak mała bryknie albo galopnie, to może jeszcze trzasnąć :( Kombinuję, żeby pojechać we wtorek rano na wypuszczanie koni, najpierw przeprowadzić na nowy wybieg ją i Wiedźmina, poczekać aż przejdzie im ewentualna "radość z wolności" i dopiero dopuścić resztę stada. Ze sprowadzaniem też może być ciekawie - mała powinna być sprowadzana osobno i pierwsza, ale jak to zrobić organizacyjnie - nie wiem :| Także proszę o trzymania kciuków ciąg dalszy :)

Jeszcze jedna nowość wykryta przeze mnie przy okazji wzmożonego miziania z Brysią - mała ma niesamowitą ilość wszołów w grzywie i na rzepie ogonowym :( Wiedźmin też ma, choć nieco mniej. Pozostałe konie, póki co, wyglądają na czyste, ale z tymi dwoma - czeka nas pularyl, a może też golenie grzyw :( no i wszystkim wiosennie grzyb wyłazi...

Zastrzyki domięśniowe podałam - zaliczam szkolenie weterynaryjne ;)

13 kwi 2008

Nowości, nowości

_______
Dzisiejszy dzień był pod znakiem nowości.

1. Nozdrza. Podczas czyszczenia oczu Duszka (to mamy oswojone po leczeniu rannego oka) wymyśliłam, że warto sprawdzić, jak zareaguje na czyszczenie nozdrzy. Minę miał bardzo zdziwioną, ale zaakceptował od razu. On w ogóle lubi, jak mu się coś robi w okolicach głowy. Czesanie grzywki czy czyszczenie pyska powoduje, że głowa jedzie niżej, niżej, oczy się zamykają – czasami mam wrażenie, że za chwilę położy się i zaśnie.

2. Skracanie puślisk z siodła. Niby nic nadzwyczajnego, ale kto używa puślisk Barefoota wie, że to nie takie hop do przodu: jak okazało się, potrzebowałam do tego dwóch rąk. Wspominam o tym dlatego, że Duszek wykazał się cierpliwością końskiego anioła. Mocowałam się z tymi puśliskami, bo dziurki były niewyrobione, a on stał z luźno rzuconymi wodzami i tylko od czasu od czasu oglądał się jakby pytał, co ja tam majdruję.

3.Teren w towarzystwie. Po raz pierwszy pojechaliśmy w teren w towarzystwie innego konia. Znalazła się dobra dusza, której nie przeszkadzało, że my nie z tych, którzy "im szybciej tym lepiej". Byłam ciekawa, czy Duszek będzie szedł za innym koniem. Wątpliwość moja brała się stąd, że parokrotnie spotkaliśmy w lesie innych jeźdźców i Duszek nigdy nie próbował iść za nimi. Ale chłopak pokazał, że rozumie, że są konie swoje i obce. Ten był swój, w dodatku z tego samego stada (u nas konie stoją w 3 stadach), więc szedł za nim ochoczo. Co nie przeszkadzało, że w kłusie łatwo regulowałam jego tempo, tzn. ładnie zwalniał, gdy kłus wydawał mi się za szybki.

4. UWAGA, UWAGA, teraz wydarzenie dla mnie prawie epokowe: po raz pierwszy na Duszku galopowałam! Nie będę udawać, że był to galop planowany. Nasz dzisiejszy koń-przewodnik był dużo większy od Duszka i Duszek bardzo zostawał w tyle. W pewnym momencie zaczął galopować, żeby go dogonić. Powiem szczerze, że tu już przestałam myśleć o kontroli tempa. Zresztą nie był to jakiś galop szalony, a punkt docelowy nie był zbyt daleko, więc poszłam na łatwiznę i zostawiłam go z jego pomysłem. W sumie mieliśmy trzy takie galopy. Galop Dusio ma bardzo przyjemny. Zresztą kłus też ma przyjemny. Czyli można powiedzieć, że mam farta, bo jak się kupuje konia niezajeżdżonego, to nie wiadomo, co się dostaje.

Ale najważniejsze okazało się na koniec. Nasz koń-przewodnik był dziś po siodłem po przerwie. Poza tym on w ogóle pokazuje, że lubi wracać do stajni. Więc wystarczyła zmiana na „kierunek stajnia”, a on zaczął być bardziej dynamiczny. Oczywiście dziewczyna, która na nim jechała, dawała sobie bez problemu radę, niemniej jednak koń był mocno podminowany. A Duszek? Spokój stoicki. Luźna wodza, idzie spokojnie, nastrój kolegi w ogóle mu się nie udzielił. Duszek coraz częściej pokazuje mi, jaki jest zrównoważony.

Ha, może czas spróbować, jak wyjdzie planowane zagalopowanie?

12 kwi 2008

Zrobić coś inaczej

_______
Z powodu braku samochodu przez cały tydzień nie udało mi się odwiedzić konia. Dziś pełna planów pojechałam. Ponieważ nie widzieliśmy się tyle czasu, czyściłam go długo i dokładnie – nie dlatego, że był jakoś specjalnie brudny, ale w ramach fg i ponownego nawiązywania kontaktu. Wyczyściłam, osiodłałam, przeszlismy dziesięć kroków w stronę ujeżdżalni ……. lunęło. Wróciliśmy, schowaliśmy się pod daszek i czekaliśmy, czekaliśmy ….. Nie przestało. Rozsiodłałam, dałam Duszkowi przekąskę - przestało padać. Zaczynam siodłać – znowu lunęło.

Odprowadziłam Duszka na padok i pomyślałam sobie, że jeszcze niedawno byłabym wściekła z tego powodu. A teraz? Teraz widzę to jako nowe doświadczenie dla konia: osiodłanie wcale nie nie musi oznaczać, że będziemy jeździli. Wyszło mi takie niezamierzone „zrobić coś inaczej”.

Przy okazji nauczka dla mnie, żeby w stajni trzymać pelerynę.

9 kwi 2008

Brysia ranna :(

Właśnie dostałam telefon ze stajni, że prawdopodobnie któryś koń przykopał Brytanii. Ma ranę na piersi, oderwaną skórę i uszkodzony mięsień. Weterynarz wezwany, ma być niedługo, ja też lecę... Trzymajcie kciuki za małą smoczycę :(