niby z cukru nie jestem, ale absolutnie nie chce mi się w taką pogodę koniować.
Wyszperane w sieci, z dedykacją dla wszystkich leniuch :)
Każdy z nas pracuje z końmi. Każdy z nas ma coś wspólnego z PNH - niektórzy idą ściśle z programem, inni łączą naturals z najlepszymi elementami szkoły tradycyjnej, niemniej wszyscy uznają, że Pat Parelli wymyślił coś niezwykłego, co otworzyło nam drogę do współpracy z koniem na zupełnie nowym poziomie. Jeśli pracujesz z koniem metodą Pata Parellego i chcesz zostać współtwórcą tego bloga, napisz krótki e-mail w tej sprawie na adres dorota.konowrocka@gazeta.pl
28 lip 2010
26 lip 2010
Małe conieco
Przytłoczona długą listą zadań, jakie otrzymałam w komentarzach pod "bojowym" postem normalnie nie wiem w co ręce włożyć... A tak serio, psze państwa, to ja się spodziewałam po was czegoś więcej - inwencji twórczej, kreatywności, a nawet czystej zawiści ("mnie nie wycodzi, to niech ona spróbuje i się pomęczy, a co tam!"). A wy nic, normalnie ani mru mru.
Cóż, postanowiłam ciszę jakoś odczytać i dokonując pewnej, drobnej nadinterpretacji zrozumiałam ją jako "undemanding time". Siedząc z koniem w roundpenie trochę porozmyślałam o naszych relacjach i niedopasowaniu. W efekcie postanowiłam wrócic do tego co i tygryski i osiołki lubia najbardziej. Małe conieco, czyli kliker. Dla mnie szybka akcja bez nudy, a dla niego mocna motywacja w postaci marchewki.
Odkurzyłam kliker, pocięłam marchew w talarki, zabrałam wielką piłkę i zaczęliśmy się uczyć kopania. Piłka do tej pory była generalnie ignorowana przez M - można było grać w siatkówkę wykorzystując jego grzbiet jako siatkę, w piłkę nożną z zadkiem jako bramką, w koszykówkę z aktywnym kozłowaniem przed nosem, za ogonem i między nogami konia. M znosił wszystko ze stoickim spokojem, ale żeby choć raz się sam zainteresował okrągłym obiektem, włączył do zabawy, co to, to nie. Maksimum jego uwagi poświęconej piłce to muśnięcie od niechcenia nosem. Na więcej w mniemaniu konia obiekt nie zasługiwał. Do teraz. Po 2 piętnastominutowych sesjach i 6 marchewkach jesteśmy na etapie energicznego pacania w piłkę przednimi nogami. Z tak dużym wymachem, że zastanawiam się, czy następnym wyzwaniem nie powinien być stęp hiszpański. Jak szaleć to szaleć.
Cóż, postanowiłam ciszę jakoś odczytać i dokonując pewnej, drobnej nadinterpretacji zrozumiałam ją jako "undemanding time". Siedząc z koniem w roundpenie trochę porozmyślałam o naszych relacjach i niedopasowaniu. W efekcie postanowiłam wrócic do tego co i tygryski i osiołki lubia najbardziej. Małe conieco, czyli kliker. Dla mnie szybka akcja bez nudy, a dla niego mocna motywacja w postaci marchewki.
Odkurzyłam kliker, pocięłam marchew w talarki, zabrałam wielką piłkę i zaczęliśmy się uczyć kopania. Piłka do tej pory była generalnie ignorowana przez M - można było grać w siatkówkę wykorzystując jego grzbiet jako siatkę, w piłkę nożną z zadkiem jako bramką, w koszykówkę z aktywnym kozłowaniem przed nosem, za ogonem i między nogami konia. M znosił wszystko ze stoickim spokojem, ale żeby choć raz się sam zainteresował okrągłym obiektem, włączył do zabawy, co to, to nie. Maksimum jego uwagi poświęconej piłce to muśnięcie od niechcenia nosem. Na więcej w mniemaniu konia obiekt nie zasługiwał. Do teraz. Po 2 piętnastominutowych sesjach i 6 marchewkach jesteśmy na etapie energicznego pacania w piłkę przednimi nogami. Z tak dużym wymachem, że zastanawiam się, czy następnym wyzwaniem nie powinien być stęp hiszpański. Jak szaleć to szaleć.
21 lip 2010
O matko....
Wychodzi na to, że mój macierzyński kop nie pozostał niezauważony - moja droga Inspiracja do wyprowadzki na wieś z końmi i po trochu do posiadania dzieci (ha, o tym nie wiedziałaś, co?) stwierdziła że jestem jej idolką (niestety na razie od dosadnych stwierdzeń, ale co tam, dobre i to), mąż zapytał czy dobrze się czuje (nie wiem czy czytał, czy raczej odebrał jakieś wibracje, bo na własne oczy nie widział, skoro od poniedziałku przebywa w kraju papryki i salami), a operka, bojąc się, że to zaraźliwe, uciekła na kolejną randkę.
Wczoraj byłam na mieście, zrobiłam zakupy, poszłam na zabieg, obiad ugotowałam, posprzątałam w stajni, napełniłam sianem siatki, nakarmiłam 7 niekoptynych stworzeń (dobrze, że kopytne karmią się same), odrobaczyłam psy, nalałam wody na padok i podlałam roślinki wokół domu. Wszystko w temperaturze powietrza przekraczającej 30 stopni i pełnym słońcu. W końcu postanowiłam zajrzeć do koni. Dziewczyny jadły a M rozmyślał - jak prawdziwy, klasyczny Kłapouchy:
"Poczciwy, bury osioł Kłapouchy stal sobie samotnie w zaroślach ostu na skraju Lasu, ze łbem zwieszonym do ziemi, i rozmyślał o sprawach tego świata. Od czasu do czasu smętnie zapytywał samego siebie: "Dlaczego?" - to znowu: "Na co i po co?", a czasem znów myślał: "O tyle, o ile", a niekiedy sam nie wiedział, o czym właściwie rozmyślał."
I wtedy mnie tknęło. OBOP spadł na mnie jak grom z jasnego nieba.
O matko, jęknęłam, jestem Tygryskiem dla mojego Kłapouchego... Brykającym, rozwydrzonym, skaczącym po przyszłym śniadaniu, ciągnącym za ogon małym wulkanem niepohamowanej energii. Gorszym od natrętnej muchy usilnie próbującej usiąść na nosie w czasie drzemki pod drzewem w upalny dzień. I bardziej przerażającym niż całe stado Hefalumpów.
"- Co to jest, co powiedziałeś?- zapytał Kłapouchy.
- Tygrys.
- Aha - powiedział znów Kłapouchy.
- On właśnie przyszedł - wyjaśnił Prosiaczek.
- Aha - powiedział znów Kłapouchy.
Milczał przez dłuższy czas i wreszcie zapytał:
- A kiedy on sobie pójdzie?"
Wczoraj byłam na mieście, zrobiłam zakupy, poszłam na zabieg, obiad ugotowałam, posprzątałam w stajni, napełniłam sianem siatki, nakarmiłam 7 niekoptynych stworzeń (dobrze, że kopytne karmią się same), odrobaczyłam psy, nalałam wody na padok i podlałam roślinki wokół domu. Wszystko w temperaturze powietrza przekraczającej 30 stopni i pełnym słońcu. W końcu postanowiłam zajrzeć do koni. Dziewczyny jadły a M rozmyślał - jak prawdziwy, klasyczny Kłapouchy:
"Poczciwy, bury osioł Kłapouchy stal sobie samotnie w zaroślach ostu na skraju Lasu, ze łbem zwieszonym do ziemi, i rozmyślał o sprawach tego świata. Od czasu do czasu smętnie zapytywał samego siebie: "Dlaczego?" - to znowu: "Na co i po co?", a czasem znów myślał: "O tyle, o ile", a niekiedy sam nie wiedział, o czym właściwie rozmyślał."

I wtedy mnie tknęło. OBOP spadł na mnie jak grom z jasnego nieba.
O matko, jęknęłam, jestem Tygryskiem dla mojego Kłapouchego... Brykającym, rozwydrzonym, skaczącym po przyszłym śniadaniu, ciągnącym za ogon małym wulkanem niepohamowanej energii. Gorszym od natrętnej muchy usilnie próbującej usiąść na nosie w czasie drzemki pod drzewem w upalny dzień. I bardziej przerażającym niż całe stado Hefalumpów.
"- Co to jest, co powiedziałeś?- zapytał Kłapouchy.
- Tygrys.
- Aha - powiedział znów Kłapouchy.
- On właśnie przyszedł - wyjaśnił Prosiaczek.
- Aha - powiedział znów Kłapouchy.
Milczał przez dłuższy czas i wreszcie zapytał:
- A kiedy on sobie pójdzie?"
20 lip 2010
Rzucam rękawicę
Doprawdy nie wiem co mnie tak bojowo nastroiło - czy te dwa kleszcze, które znalazłam na moich spodniach po wieczornym zciąganiu koni z łąki, czy niesubordynowany na spacerze pies, który zrugał niewinnego rowerzystę (bo niby skąd miał facet wiedzieć, że jedzie skrajem naszej łąki, a nasze psy mają mocno rozbudowane poczucie własności i dodatkowo sporą niechęć do pojazdów jednośladowych), czy też ciągnący się na re-volcie chyba już przez 90 stron wątek o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą i padające tam propozycje udowadniania tejże w formie medialnej. Nie wiem. Może raczej trzymajmy się wersji, że chcąc empirycznie stosować teorię wstrzemięźliwości, należy mieć sporą inwencję twórczą. A tą, w moim przypadku, eksperta od cyferek i kasy, lepiej nie grzeszyć, bo kreatywność może prowadzić wprost za kratki.
Zatem - szukam inspiracji, podejmę wyzwanie, stanę do walki.... na zadania on line na poziomie 3/4.
A na rozluźnienie atmosfery - Mleczko czyli Maksi, który dziś skończył swoje pierwsze półrocze:
Zatem - szukam inspiracji, podejmę wyzwanie, stanę do walki.... na zadania on line na poziomie 3/4.
A na rozluźnienie atmosfery - Mleczko czyli Maksi, który dziś skończył swoje pierwsze półrocze:
19 lip 2010
Just checking....
Wszyscy chyba odsypiają minione upały - i najmłodszy w rodzinie ucina sobie od dwóch dni jedną drzemkę za drugą, i psy głośno chrapią na tarasie, i koty wylegują się na fotelach z wikliny, a konie zaparkowane w cieniu drzew jedynie omiatają się wzajemnie ogonami, ignorując trawę na łące za rzeczką. Sielsko-anielsko jednym słowem.

W takim właśnie dniu wyciągnęłam M na ujeżdżalnię - koń generalnie ledwo się tam doczłapał, więc postanowiłam zacząć od rzeczy niewymagających dużo energii (po co prosić o coś, czego bez walki się nie dostanie...). Na tapetę ruszyła nie dotykana od jakiegoś czasu paleta - czyli podest. Były przednie nogi na, 4 nogi na, tylko tylne nogi na i na koniec cofanie od tylnych nóg na do przednich nóg na (nazewnictwo skomplikowane, ale kto paletuje, ten wie co chodzi). Przy ostatnim zadaniu M, jako największa ciapa w naszym domu, oczywiście się potknął i w rezultacie ... obudził. Sprawdziłam zatem czy możemy poruszać się czymś więcej niż człapiący stęp - mogliśmy, stąd z pewną dozą nieśmiałości sprawdziłam przejścia w dół na kole. Wiem, wiem - miałam nie dotykać, ale jak tu nie dotykać jak korci. Na całe szczęście działało bez pudła, na sugestię, samą energię, idealnie. Potem krótki sprawdzian zmian kierunku w galopie - też o wiele lepiej niż ostatnio kiedy dotykałam. Fajnie.
Myślę, że coraz bardziej staję się zwolennikiem teorii wstrzemięźliwości. Nie, nie w sensie seksualnym, alkoholowym czy jakichkolwiek innych używek (choć jako żywiciel* najmłodszego kawy nie piłam od ponad roku...), ale w sensie końskim. Żeby nie molestować, nie męczyć, nie przynudzać - zrobić swoje i zakończyć we właściwym momencie. A za jakiś czas wrócić, tak przy okazji, bez wielkiego halo, tak zwyczajnie, just checking...
* mały off-top - jeśli jesteśmy przy żywicielach to zaczytana jestem w "Intruzie". Zdecydowanie muszę powiedzieć, że od czasów Bastarda jestem fanką narracji pierwszoosobowej. A co u Was w tematach niekońskich słychać?
W takim właśnie dniu wyciągnęłam M na ujeżdżalnię - koń generalnie ledwo się tam doczłapał, więc postanowiłam zacząć od rzeczy niewymagających dużo energii (po co prosić o coś, czego bez walki się nie dostanie...). Na tapetę ruszyła nie dotykana od jakiegoś czasu paleta - czyli podest. Były przednie nogi na, 4 nogi na, tylko tylne nogi na i na koniec cofanie od tylnych nóg na do przednich nóg na (nazewnictwo skomplikowane, ale kto paletuje, ten wie co chodzi). Przy ostatnim zadaniu M, jako największa ciapa w naszym domu, oczywiście się potknął i w rezultacie ... obudził. Sprawdziłam zatem czy możemy poruszać się czymś więcej niż człapiący stęp - mogliśmy, stąd z pewną dozą nieśmiałości sprawdziłam przejścia w dół na kole. Wiem, wiem - miałam nie dotykać, ale jak tu nie dotykać jak korci. Na całe szczęście działało bez pudła, na sugestię, samą energię, idealnie. Potem krótki sprawdzian zmian kierunku w galopie - też o wiele lepiej niż ostatnio kiedy dotykałam. Fajnie.
Myślę, że coraz bardziej staję się zwolennikiem teorii wstrzemięźliwości. Nie, nie w sensie seksualnym, alkoholowym czy jakichkolwiek innych używek (choć jako żywiciel* najmłodszego kawy nie piłam od ponad roku...), ale w sensie końskim. Żeby nie molestować, nie męczyć, nie przynudzać - zrobić swoje i zakończyć we właściwym momencie. A za jakiś czas wrócić, tak przy okazji, bez wielkiego halo, tak zwyczajnie, just checking...
* mały off-top - jeśli jesteśmy przy żywicielach to zaczytana jestem w "Intruzie". Zdecydowanie muszę powiedzieć, że od czasów Bastarda jestem fanką narracji pierwszoosobowej. A co u Was w tematach niekońskich słychać?
14 lip 2010
Leniucha*, czyli jak się nie spocić
___________
M to LBI, jeśli nie musi to się nie rusza ("a po co?"), na padoku parkuje się w cieniu i albo przysypia, albo gromi wzrokiem harcujące po łące dziewczyny ("młode to to i głupie..."), do domu z łąki, kiedy reszta wraca galopem, on wyciąga tylko kłusa ("jeszcze się poślizgnę na zakręcie..."), nawet kiedy postanawia kogoś w stadzie przywołać do porządku, robi to tak, jak na zwolnionym filmie ("najważniejsze, żeby się nie przemęczać").
Jednym słowem wielka, klasyczna LENIUCHA. Ma jednak wielką zaletę - MYŚLI. Oczywiście intensywnie myśli jak się nie spocić, ale myśli - rozważa czy należy się ruszyć, czy może jeszcze poczekać, jak się dostać z punktu A do punktu B najmniej męczącą drogą i co zrobić, żeby ona (czyli ja) w końcu dała odpocząć, najlepiej z pyskiem pełnym nagródek lub nosem w trawie. Do naszych historii rodzinnych przeszła opowieść o tym jak M uczył się przeciskać nad przeszkodą. Póki było nisko - przełaził przez nią najwolniejszym z możliwych stępem, kiedy zrobiło się wyżej i trzeba było skoczyć, bo przejść się nie dało - M pomyślał, westchnął, po czym obszedł przeszkodę dookoła i z uśmiechem na końskim pysku zameldował się w postawie wyczekującej nagrody po drugiej stronie. Efekt końcowy był jak najbardziej zgodny z moim oczekiwaniem, sposób wykonania - już niekoniecznie...
W poniedziałek M znów dowiódł, że całe jego życie obraca się wokół "aby się nie spocić" - pasażerujemy sobie w kłusie, jedna, druga, trzecia, piata, dziesiąta minuta - koń się zmęczył, sapnął i zaczął myśleć. Po chwili miałam propozycje przyspieszenia kłusa, potem skok przez przeszkodę (jak dobrze, że ostatnio obniżyłam...), kłus przez zawsze omijane drągi oraz zagalopowanie (to dopiero desperacja...). Uśmiałam się szczerze i koniec końców zsiadłam. Dlaczego? Bo w odróżnieniu pewnie wielu innych jeźdźców dowody na myślenie cenie sobie bardziej od prawidłowego wykonania zadania. W końcu kupiłam konia a nie rower :)
*leniucha - wersja żeńska od leniuch, stworzona początkowo przez męża Czecha na potrzeby naszej leniwej suki, obecnie używana w polsko-czeskim domu dla wszystkich leni, także tych rodzaju męskiego i nijakiego
M to LBI, jeśli nie musi to się nie rusza ("a po co?"), na padoku parkuje się w cieniu i albo przysypia, albo gromi wzrokiem harcujące po łące dziewczyny ("młode to to i głupie..."), do domu z łąki, kiedy reszta wraca galopem, on wyciąga tylko kłusa ("jeszcze się poślizgnę na zakręcie..."), nawet kiedy postanawia kogoś w stadzie przywołać do porządku, robi to tak, jak na zwolnionym filmie ("najważniejsze, żeby się nie przemęczać").
Jednym słowem wielka, klasyczna LENIUCHA. Ma jednak wielką zaletę - MYŚLI. Oczywiście intensywnie myśli jak się nie spocić, ale myśli - rozważa czy należy się ruszyć, czy może jeszcze poczekać, jak się dostać z punktu A do punktu B najmniej męczącą drogą i co zrobić, żeby ona (czyli ja) w końcu dała odpocząć, najlepiej z pyskiem pełnym nagródek lub nosem w trawie. Do naszych historii rodzinnych przeszła opowieść o tym jak M uczył się przeciskać nad przeszkodą. Póki było nisko - przełaził przez nią najwolniejszym z możliwych stępem, kiedy zrobiło się wyżej i trzeba było skoczyć, bo przejść się nie dało - M pomyślał, westchnął, po czym obszedł przeszkodę dookoła i z uśmiechem na końskim pysku zameldował się w postawie wyczekującej nagrody po drugiej stronie. Efekt końcowy był jak najbardziej zgodny z moim oczekiwaniem, sposób wykonania - już niekoniecznie...
W poniedziałek M znów dowiódł, że całe jego życie obraca się wokół "aby się nie spocić" - pasażerujemy sobie w kłusie, jedna, druga, trzecia, piata, dziesiąta minuta - koń się zmęczył, sapnął i zaczął myśleć. Po chwili miałam propozycje przyspieszenia kłusa, potem skok przez przeszkodę (jak dobrze, że ostatnio obniżyłam...), kłus przez zawsze omijane drągi oraz zagalopowanie (to dopiero desperacja...). Uśmiałam się szczerze i koniec końców zsiadłam. Dlaczego? Bo w odróżnieniu pewnie wielu innych jeźdźców dowody na myślenie cenie sobie bardziej od prawidłowego wykonania zadania. W końcu kupiłam konia a nie rower :)
*leniucha - wersja żeńska od leniuch, stworzona początkowo przez męża Czecha na potrzeby naszej leniwej suki, obecnie używana w polsko-czeskim domu dla wszystkich leni, także tych rodzaju męskiego i nijakiego
Huśtawka czyli nie tylko Małgosia zaskoczona
__________
Z Duszkiem na huśtawce
Duszek jest koniem bardzo żarłocznym. W jego opinii widzieć trawę znaczy jeść trawę. Mamy ustalony sygnał przyzwalający i sygnał nakazujący przerwanie jedzenia. Oba sygnały Duszek rozumie znakomicie, natomiast na pierwszy reaguje z prędkością światła, z drugim różnie bywa. Dodatkowo próbuje wykorzystać każdą okazję, żeby rzucić się na trawę poza „rozdzielnikiem”, czyli bez sygnału „tak” albo ignorując sygnal „nie”. Ostatnio tak bardzo to się nasiliło, że przestałam chodzić na dużą ujeżdżalnię,która jest porośnięta trawą. Cała moja jazda polegała na próbach udaremnienia jedzenia trawy.
W zeszły weekend pojechałyśmy z koleżanką do lasu i było to porażka całkowita. Nie dość, że konie były bardzo podminowane z powodu ataków owadów, Duszek przeszedł sam siebie w atakach na kępki trawy. Byłam załamana. Do tego stopnia, że zaczęłam się zastanawiać, czy na jazdę nie wkładać mu kagańca (pomysł Sylwii).
W ten weekend w stajni objawił się mój mąż, żeby popatrzeć, jak mi idzie na Duszku (ostatni raz oglądał nas w zeszłym roku podczas urlopu). Chcąc nie chcąc pojechałam na tę nieszczęsną trawiastą ujeżdżalnię. I co? Trawa jakby nie istniała. Kłus, galop – żadnych gwałtownych stopów, żeby coś złapać do pyska. Po drążkach prościutko, nogi wysoko. Nie wiem, co spowodowało tę nagłą odmianę. Wczoraj to samo. Poza tym, że spłoszył się, jak jakieś kwaczące ptaszysko wyleciało z mijanej kępki zielska, było to powtórzenie soboty. Czyżby nie musiał jeść?
Z Truskawką na huśtawce
Truskawka jest koniem o zdecydowanie wyższym poziomie energii niż Duszek. Czasami energia ją aż roznosi i uskutecznia dzikie galopy na padoku. Któregoś dnia poszłyśmy na round-pen i ledwo zamknęłam wejście, ona rzuciła się do galopu. Przebiegła pewnie ze dwadzieścia kółek, a ja stałam w środku i starałam się „sflaczeć” jak najbardziej, żeby swoją energią jej jeszcze dodatkowo nie pobudzać. Nic to nie zmieniło, już przymierzałam się do rozpłaszczenia na ziemi jako do najwyższej (w mojej opinii) formy „sflaczenia”. Na szczęście zakończyła turkę i podbiegła do mnie. Z ulgą pogłaskałam ją po pysku, myśląc, że to koniec jej indywidualnej wersji wydarzeń. Tymczasem zrobiła zmianę kierunku i rzuciła się w drugą stronę na kolejne dwadzieścia kółek. Nawet się nie spociła.
To samo widać przy squeeze game w kłusie czy galopie: niskie przeszkody przeskakuje z podwójnym lub nawet potrójnym zapasem. Do wysokich wolę jej nie dopuszczać.
Wykorzystując stajenną wizytę męża chciałam mu pokazać, jaka ona energetyczna i jak powinien mi współczuć, że muszę zmagać się z tym huraganem. I co? I nagle w CG ledwo kłusowała, galop też mocno ospały, przez rurę owszem, przeskoczyła, ale zahaczyła tylnymi kopytami. Tak też potrafi?
Z Duszkiem na huśtawce
Duszek jest koniem bardzo żarłocznym. W jego opinii widzieć trawę znaczy jeść trawę. Mamy ustalony sygnał przyzwalający i sygnał nakazujący przerwanie jedzenia. Oba sygnały Duszek rozumie znakomicie, natomiast na pierwszy reaguje z prędkością światła, z drugim różnie bywa. Dodatkowo próbuje wykorzystać każdą okazję, żeby rzucić się na trawę poza „rozdzielnikiem”, czyli bez sygnału „tak” albo ignorując sygnal „nie”. Ostatnio tak bardzo to się nasiliło, że przestałam chodzić na dużą ujeżdżalnię,która jest porośnięta trawą. Cała moja jazda polegała na próbach udaremnienia jedzenia trawy.
W zeszły weekend pojechałyśmy z koleżanką do lasu i było to porażka całkowita. Nie dość, że konie były bardzo podminowane z powodu ataków owadów, Duszek przeszedł sam siebie w atakach na kępki trawy. Byłam załamana. Do tego stopnia, że zaczęłam się zastanawiać, czy na jazdę nie wkładać mu kagańca (pomysł Sylwii).
W ten weekend w stajni objawił się mój mąż, żeby popatrzeć, jak mi idzie na Duszku (ostatni raz oglądał nas w zeszłym roku podczas urlopu). Chcąc nie chcąc pojechałam na tę nieszczęsną trawiastą ujeżdżalnię. I co? Trawa jakby nie istniała. Kłus, galop – żadnych gwałtownych stopów, żeby coś złapać do pyska. Po drążkach prościutko, nogi wysoko. Nie wiem, co spowodowało tę nagłą odmianę. Wczoraj to samo. Poza tym, że spłoszył się, jak jakieś kwaczące ptaszysko wyleciało z mijanej kępki zielska, było to powtórzenie soboty. Czyżby nie musiał jeść?
Z Truskawką na huśtawce
Truskawka jest koniem o zdecydowanie wyższym poziomie energii niż Duszek. Czasami energia ją aż roznosi i uskutecznia dzikie galopy na padoku. Któregoś dnia poszłyśmy na round-pen i ledwo zamknęłam wejście, ona rzuciła się do galopu. Przebiegła pewnie ze dwadzieścia kółek, a ja stałam w środku i starałam się „sflaczeć” jak najbardziej, żeby swoją energią jej jeszcze dodatkowo nie pobudzać. Nic to nie zmieniło, już przymierzałam się do rozpłaszczenia na ziemi jako do najwyższej (w mojej opinii) formy „sflaczenia”. Na szczęście zakończyła turkę i podbiegła do mnie. Z ulgą pogłaskałam ją po pysku, myśląc, że to koniec jej indywidualnej wersji wydarzeń. Tymczasem zrobiła zmianę kierunku i rzuciła się w drugą stronę na kolejne dwadzieścia kółek. Nawet się nie spociła.
To samo widać przy squeeze game w kłusie czy galopie: niskie przeszkody przeskakuje z podwójnym lub nawet potrójnym zapasem. Do wysokich wolę jej nie dopuszczać.
Wykorzystując stajenną wizytę męża chciałam mu pokazać, jaka ona energetyczna i jak powinien mi współczuć, że muszę zmagać się z tym huraganem. I co? I nagle w CG ledwo kłusowała, galop też mocno ospały, przez rurę owszem, przeskoczyła, ale zahaczyła tylnymi kopytami. Tak też potrafi?
13 lip 2010
Tak, jeżdżę...
... bo ja odważna kobieta jestem i żadnej pracy się nie boję - odpowiadam Truskawkowej. I mało tego - mam na ten temat pewne przemyślenia, a co tam!
Z ziemi za cel ostatnio postawiłam sobie poprawę jakości przejść w dół w CG, bo w górę wychodzą na fazę 1 a dół, mimo, że koń leniucha to już niekoniecznie. Stosowałam różne strategie, od przyspieszenia faz, po pozwalanie na przebiegniecie przez fazę 4 (nie chcesz stępem? proszę bardzo, poczekam jak się zmęczysz i sam się zaczniesz prosić). Skutki były, ale jakośtakoś krótkotrwałe, co nowa sesja, to musiałam kopytnemu przypomnieć delikatniej lub dobitniej nasz cel.
Aż tu proszę zaskoczenie - po rozgryzaniu tematu miliona przejść w siodle (gdzie i w górę, i w dół, i po trzech krokach, i po trzydziestu trzech koń działał jak szwajcarski zegarek) nagle przejścia z ziemi uległy samo-naprawie.
Czy to ja zanudziłam wcześniej konia, czy też ciężar mojej pupy dodał swoje trzy gorsze do przemyśleń M (o jezu, jak nie zrobię teraz ładnie, to zaraz wsiądzie i mi z siodła pokaże), jak by nie było - zadziałało. I niech tak zostanie.
Z ziemi za cel ostatnio postawiłam sobie poprawę jakości przejść w dół w CG, bo w górę wychodzą na fazę 1 a dół, mimo, że koń leniucha to już niekoniecznie. Stosowałam różne strategie, od przyspieszenia faz, po pozwalanie na przebiegniecie przez fazę 4 (nie chcesz stępem? proszę bardzo, poczekam jak się zmęczysz i sam się zaczniesz prosić). Skutki były, ale jakośtakoś krótkotrwałe, co nowa sesja, to musiałam kopytnemu przypomnieć delikatniej lub dobitniej nasz cel.
Aż tu proszę zaskoczenie - po rozgryzaniu tematu miliona przejść w siodle (gdzie i w górę, i w dół, i po trzech krokach, i po trzydziestu trzech koń działał jak szwajcarski zegarek) nagle przejścia z ziemi uległy samo-naprawie.
Czy to ja zanudziłam wcześniej konia, czy też ciężar mojej pupy dodał swoje trzy gorsze do przemyśleń M (o jezu, jak nie zrobię teraz ładnie, to zaraz wsiądzie i mi z siodła pokaże), jak by nie było - zadziałało. I niech tak zostanie.
2 lip 2010
Spotkanie z parasolką czyli it’s not about …
_________
W ramach urozmaicenia zabaw z Duszkiem wróciłam do parasolki. Jego ostatni kontakt z tym strasznym przedmiotem był w zeszłym roku podczas mazurskiego wyjazdu. Bał się – otwierania parasolki, otwartej parasolki, zamkniętej parasolki. Już nie pamiętam, jaki malutki kroczek na drodze do jej zaakceptowania pozwolił mi wtedy zakończyć zabawę z parasolką, albo na pewno nie było to nic spektakularnego. Od tamtej pory parasolka nie wystąpiła w naszych zabawach, bo jakoś wyleciała mi z głowy.
A teraz ... Teraz w pierwszej chwili wybałuszył oczy i zrobił żyrafę, ale momentalnie „zmiękł”, podszedł, obwąchał i zaczął przymierzać się do gryzienia. Chcąc ją ocalić (nowa i śliczna) musiałam błyskawicznie pokazać mu coś, co by by skutecznie odwróciło jego uwagę, a jednocześnie nie było krytyką jego zainteresowania. Akurat z Dusiaczkiem to łatwe – marchewka wszystko załatwi.
Nie muszą mówić, że Truskawka od pierwszego wejrzenia potraktowała parasolkę jakby się pod nią urodziła. Otwieranie-zamykanie, machanie nad-obok-z przodu-z tyłu, a nawet wkładanie pod brzuch – dla niej normalka. Ale z drugiej strony nie jest łatwo znaleźć coś, co ją zainteresuje. Po Duszku widać, że on angażuje sę w to co się dzieje – anagażuje się różnie, strachem, zainteresowaniem, okazywaną chęcią lub niechęcią, zadawaniem pytań, ale anagażuje się całym sobą - a ona wszystko, mowiąc brzydko, olewa i robi to, o co ją poproszę na tak zwane „masz i odczep się”. Zdaję sobie sprawę, że to moja wina, że nie potrafię z niej wykrzesać zainteresowania, niemniej jednak ta świadomość nie przekłada się na ocieplenie jej wizerunku w moich oczach. „It’s not about ...” widziane z drugiej strony.
W ramach urozmaicenia zabaw z Duszkiem wróciłam do parasolki. Jego ostatni kontakt z tym strasznym przedmiotem był w zeszłym roku podczas mazurskiego wyjazdu. Bał się – otwierania parasolki, otwartej parasolki, zamkniętej parasolki. Już nie pamiętam, jaki malutki kroczek na drodze do jej zaakceptowania pozwolił mi wtedy zakończyć zabawę z parasolką, albo na pewno nie było to nic spektakularnego. Od tamtej pory parasolka nie wystąpiła w naszych zabawach, bo jakoś wyleciała mi z głowy.
A teraz ... Teraz w pierwszej chwili wybałuszył oczy i zrobił żyrafę, ale momentalnie „zmiękł”, podszedł, obwąchał i zaczął przymierzać się do gryzienia. Chcąc ją ocalić (nowa i śliczna) musiałam błyskawicznie pokazać mu coś, co by by skutecznie odwróciło jego uwagę, a jednocześnie nie było krytyką jego zainteresowania. Akurat z Dusiaczkiem to łatwe – marchewka wszystko załatwi.
Nie muszą mówić, że Truskawka od pierwszego wejrzenia potraktowała parasolkę jakby się pod nią urodziła. Otwieranie-zamykanie, machanie nad-obok-z przodu-z tyłu, a nawet wkładanie pod brzuch – dla niej normalka. Ale z drugiej strony nie jest łatwo znaleźć coś, co ją zainteresuje. Po Duszku widać, że on angażuje sę w to co się dzieje – anagażuje się różnie, strachem, zainteresowaniem, okazywaną chęcią lub niechęcią, zadawaniem pytań, ale anagażuje się całym sobą - a ona wszystko, mowiąc brzydko, olewa i robi to, o co ją poproszę na tak zwane „masz i odczep się”. Zdaję sobie sprawę, że to moja wina, że nie potrafię z niej wykrzesać zainteresowania, niemniej jednak ta świadomość nie przekłada się na ocieplenie jej wizerunku w moich oczach. „It’s not about ...” widziane z drugiej strony.
Subskrybuj:
Posty (Atom)