Jutro minie dokładnie tydzien odkąd poszlismy "na swoje". W zwiazku z tym wiele przemyslen jak to jest na swoim być. Duzo roboty, i chyba zła organizacja pracy, a moze wcale nie? Moze jak się chce idealnie to tyle pracy trzeba wlozyc? Mimo to usmiech z twarzy nie schodzi.
Atutów wiele, i chyba cos jest w powiedzeniu "panskie oko konia tuczy" bo konie naprawdę widac ze szczęsliwe.
A konie bo juz nie jeden a dwa. Nowy mieszkaniec stajni tez rudy, folblucik 10 letni. Wesoły, płochliwy. Holda zakochana przeokropnie, dogadują się bez problemow.
Teraz więcej undemanding time niz parelliozy takiej stricte. Gorąco okropnie i ludz po prostu nie da rady i czeka na deszcz jak na zbawienie.
Ale pląsac z nowym juz tez pląsalismy. I tak sama sobie mysle ze albo folbluty bystrzejsze, albo tak naprawdę od czasu moich początkow z Holdą mam wiecej strzal w kołczanie i więcej narzędzi, co powoduje ze lepiej idzie. A drebin reaguje dobrze, ma mniejszy "opposition reflex", jest mniej dominujący, słucha, uwaza, nie traci czasu na opór.
Ale jestem ostrozna, bo jeszcze go nie znam i cały czas sobie powtarzam ze L1 to jest bezpieczenstwo ponad wszystko. A kon wiem ze się odsadza, ze jak się płoszy to do ludzia się klei, na ręce chce by go uratowac. Miał tez pewne opory z wchodzeniem do boksu z padoku, stawał jak wryty i nie było szans go ruszyc. Jak ludz ciągnął kon się odsadzał. Po tygodniu doszlismy do momentu kiedy zdarza mu sie raz zatrzymac i po chwili idzie dalej. Dajemy mu czas by pomyslał ze jednak warto, ze w boksie nie ma potworow, ze kolezanka wroci.
Nawet nie wiedzialam kiedys ze PNH moze dac tyle narzędzi, tam mnie zmienic, dac tyle cierpliwosci.
Z Holdą z kolei jestem w zawieszeniu. Mam wrazenie ze jedynka z ziemi juz ją nuży. Z siodła nie mamy na razie warunkow by pracowac, więc dylematy natury czy zaczynac dwojkę z ziemi czy dac czas, az bedzie mozliwosc pracy z siodła, i dopiąc jedynkę do konca.
W sumie potrzebuję by ktos mi powiedział - zrob tak i tak, idz dalej albo zostań. Mogę liczyc na Was?
Chcę wyslac nagranie z zaliczeniem L1 i jak sie uda z koniem na L2 przyjechac, taki jest plan, czy wypali? nie wiem
6 komentarzy:
zaczynac 2 z ziemi:) bo inaczej nie idziecie do przodu, tylko sie cofacie - po prostu nudzisz konia, a prawdziwy lider musi byc kreatywny i interesujacy.
Co do folblutow - w imieniu Menia nieskromnie powiem super konie:)naprawde inteligentne i chetne do wspolpracy, lekkie na pomoce i delikatne. Super dla ludzi, ktorzy wiedza jak te cechy wykorzystac. W zlych rekach - pozytywy zmienia sie w negatywy niestety. Ale im bedziesz wiecej wiedziala tym bedziesz miala wiecej satysfakcji z pracy z folblutem:)ale prawda jest tez to, ze ty wiecej umiesz, niz kiedy zaczynalas
Mój głos zdecydowanie za zaczynaniem dwójki z ziemi :) Campi jest mi wdzięczna, że się na to (po długich wahaniach) zdecydowałam, relacja podskoczyła do góry.
Tak naprawdę dwójka to żadna czarna magia, tylko lepsze, bardziej świadome, lepiej wcelowane w czas i ciekawsze zastosowanie tych samych zabaw. Jaki może być powód, żeby tego nie robić?..
W każdym razie koń jest gotowy na dwójkę, jak tylko "zajarzy" w ogóle, że się do niego mówi, zdaje sobie sprawę, co oznaczają fazy i plusminus odpowiada w oczekiwanym kierunku na wszystkie zabawy (to może być bardzo "mniejwięcej").
Zaczęcie dwójki na pewno ułatwi Ci zaliczenie jedynki -- szybciej, wydajniej i przyjemniej dla Was obu doprowadzisz do tego, że podstawowe zabawy będą wyglądać lepiej.
Przy okazji mam pytanie: co robisz przy koniach? Bo hmmm... miałyśmy w zeszłym roku nasze dwa na wakacjach na działce i wydawało mi się, że czasu mało schodziło na opiekę (zabaw i przebywania z koniem nie liczę). Było: codzienne sprzątanie boksów i wybiegu, karmienie 3 razy dziennie (trzymanie wiadra pod końską paszczą, bo się jeszcze żłobów nie dorobiłyśmy), pojenie (ani automatycznych poideł), wyprowadzanie rano na dwór i zabieranie wieczorem do stajni. W sumie -- może godzina? A może tak szybko mi czas schodził? ;)
Pozdrowienia od mojego rudego dla Twoich rudych :]
Mi łącznie schodzą 4 godziny, moze jakas "dziwna" jestem?
Rano przyjezdzam, zmieniam wodę, daję moczone siano, owies na sniadanie, podłączam pastucha i wypuszczam, w międzyczasie po sniadaniu czyszczę konie i tak mija pierwsza godzina.
Konie zabieram koło 12 jak zaczyna się skwar, znow moczone siano, karmię owsem - jakies poł godziny i tak sjestują do 15-16 w zaleznosci od pogody.
Przyjezdzam wypuszczam - i tu jakies 15 min schodzi.
Koło 18 sprzątam boksy - wybieram co mokre, poprawiam sciołkę, wywoze jakies 4 taczki, doscielam, szykuje siano na kolację, owies, w międzyczasie sprzątam boby z padoku, myję wiadra, żłoby i koło 20/21 zabieram konie. Wieczorem schodzi jakies 2 godziny.
I tak prawie 4 h dziennie na obsługę mi schodzi... Więc podejrzewam ze cos nie tak robię.
A ja tak się zastanwiam, czy koń potrzebuje codziennego czyszczenia, jeśli nie idzie pod siodło (poza kopytami). Ja nie czyszczę, ale nie wiem, może robię mu źle?
Mi się wydaje ze nie potrzebuje, robię to w czasie po owsie, kiedy i tak chwilę muszą poczekac az pojdą padokować.
Dla mnie to jakas "dodatkowa" chwila z koniem, masaż, bliskosc.
Zwłaszcza z tym nowym, ktorego słabo znam.
Tyle ze przez taki plan dnia i upały na pnh brak czasu i sił
Hmm... no tak, myśmy miały boksy w stodole -- siano było blisko (świeże, niepylące, więc nie było potrzeby moczyć), podobnie słoma.
Czyszczenie też wliczałam raczej do zabaw niż do obsługi (raczej buduje więź, niż jest potrzebne koniowi, jak zauważyłaś).
Mycie żłobów odpadało, bo nie ma żłobów, zresztą nikt nie myje żłoba lepiej niż ruda -- Twoje zostawiają brudny?.. Wiadra wystarczyło przepłukać odrobiną wody, były te same na owies i wodę, na jabłka czasami też.
OK, żłób w poprzednim pensjonacie czasem nadawał się do mycia (pobrudzony od ocierania się), ale na pewno nie codziennie...
Mimo że był sierpień, najczęściej nie zabierałyśmy koni na południe do domu -- dostawały owies z wiader na padoku i biegały dalej. Nie przegrzewały się chyba, bo miały wygrodzony kawałek z większymi drzewami, ale nie korzystały z cienia -- najczęściej spały sobie na słońcu, jeśli akurat nie skubały trawki.
Nie "meldowały" się też przy bramie (tylko wtedy kiedy padało, ale byłyśmy twarde -- koń jest nierozpuszczalny w lekkim letnim deszczyku ;)), więc chyba były zadowolone, że się wietrzą.
Ściółka poprawiana rano po wyjściu koni albo wieczorem przed powrotem (chyba nie więcej niż 15 minut... wywiezienie całego boksu gnoju raz w tygodniu w poprzednim pensjonacie zajmowało mi 20 minut) plus drugie tyle na zwiezienie kup z padoku.
A może to dlatego, że myśmy jednak dwie były -- raz, że rączki cztery, dwa, że zawsze się pogada i milej-szybciej upływa czas...
Oby się w tym roku udała powtórka :)
Prześlij komentarz