30 lip 2007

Ropa w kopycie, czyli chwilowo wyłączeni

Nie piszę, bo walczymy z Czarnym z ropą w kopycie, która mu je strasznie zdewastowała. Teraz już sytuacja ponoć opanowana, Czarny nie kuleje i odbudowuje się, ale zdecydowałam się odstawić go na jakiś czas, co oznacza - ze względu na moje wakacje - że wsiąde na niego pewnie dopiero we wrześniu. No i dobra, i tak pogoda chałowa, niech się pasie i wraca do zdrowia. Jak zwykle okazało się, że nie ma jak wyczucie właścicieli, a weterynarze dobrzy są do leczenie, jak już wiadomo, co leczyć, ale z diagnozowaniem bywa różnie. I wszystkie "ależ proszę pani, takie przypadki się nie zdarzają" należy traktować sceptycznie. (Chodziło o to, że Czarnemu ta ropa nie chciała wyleźć przez wiele dni, co skłoniło wetów do twierdzenia, że to wcale nie ropa i trzeba prześwietlać nogę, a ona tam jednak była, Czarny ma twarde kopyta i wylazła mu dopiero po tygodniu, kiedy kopyto było już mocno spustoszone, żeby ich pogięło...) No ale nic, teraz już z górki.

O sesji Ride with Your Mind napiszę może innym razem... Olo zachwycony, ale ja średnio. Nie jestem w stanie znieść kursów, na których nikt nie patrzy na emocje mojego konia. Może to dla mnie za wcześnie... Diabli wiedzą. Bardzo się cieszę, że Elaine zmodyfikowała mój dosiad, wyprostowała mnie, przechyliła bardziej do przodu, usadziła bardziej na kroczu (bo siedziałam pogarbiona na ogonie), odsunęła mi łydki w tył, to wszystko ewidentnie ma sens i zaczęłam to wyczuwać już jakiś czas temu, że tak wlaśnie trzeba jeździć (pisałam o tym, że przez kilka chwil w czasie jednej z jazd zyskałam poczucie, jakby to było, jakbym jeździła prawidłowo i elegancko), więc Elaine potwierdziła te moje intuicje, ale to było wszystko, co byłam w stanie od niej wziąć, na tym poziomie komunikacji z moim koniem. Myślę jednak, że to wcale nie było mało
, że to dużo zmieni w naszym stylu jazdy, pomoże mi i Emiterowi.

Nie chciałam już iść na drugi dzień kursu i lubię myśleć, że Czarny to wyczuł i dlatego okulał z soboty na niedzielę, żeby nie stawiac mnie w niezręcznej sytuacji :) Taka końska telepatia. Choć drogo go to kosztowało...

19 lip 2007

Don’t push, czyli na błędach człowiek się uczy

______

Rozwijam temat Małgosi, ale niestety moja wersja nie jest taka miękka.

Rozpoczęliśmy z Duszkiem wyjazdy w teren i chłopak zachowywał się super dzielnie. Owszem, były momenty, ze zatrzymywał się i patrzył, a potem albo ruszał do przodu, albo zawracał. Wtedy robiliśmy kilka kroków w kierunku wybranym przez niego, a potem wracaliśmy do pierwotnego kierunku. Byłam bardzo skupiona, pamiętałam, że rozszerzamy jego CZ i że muszę dać mu czas, żeby mógł pokonywać kolejne progi. Bardzo byłam z niego dumna, że tak dzielnie sobie radzi. Praktycznie nie było problemu z oddalaniem się od stajni, mimo że jeździliśmy sami, bez innych koni.

A potem ogarnęło mnie kompletne zaćmienie umysłowe. Jeździliśmy na ujeżdżalni i złudne bezpieczeństwo tego miejsca uśpiło moja czujność. Był tam jeden punkt, gdzie Duszek się czegoś bał. Raz ominęliśmy to miejsce, potem objechaliśmy z przeciwnej strony i ja głupol uznałam, że to już wystarczy. Przy kolejnym kółku zaczęłam go pchać, żeby tamtędy przeszedł. Niestety, jak się okazało, nie wystarczyło, Duszek rzucił się w bok, ja zostałam w miejscu i wylądowałam na nadgarstku. Efekt: złamanie kości promieniowej z przemieszczeniem; najpierw jeden doktor wsadził w gips, ale źle nastawił; drugi doktor zadecydował, ze trzeba poprawić to operacyjnie.

Jestem już po operacji, mam druty wystające z górnej części dłoni oraz nauczkę
- DON’T PUSH
- Nigdy nie ignoruj tego, co koń mówi
- Nie ma takiego miejsca, gdzie powyższe zasady przestają obowiązywać.

Bolesna nauczka, ale przynajmniej wiem, ze będę ją pamiętać. A zdarzyło to się w piątek, 13 ....

15 lip 2007

Don't push - allow and wait!

----
To mój ostatni OBOP – parę dni temu wybrałam się z panem koniem w teren. Mocno pouczający:) Dla niewtajemniczonych – Menio to koń terenowy, mało co go zwykle rusza. Zwykle, ale tym razem było dokładnie odwrotnie Najpierw znienacka przejechał nam po zadzie traktor z rozklekotana przyczepą, co według konia było wielkim zagrożeniem dla naszego życia, następnie krowy pasły się nie tam, gdzie zdaniem M powinny, potem okazało się, że rolnik skosił łąkę (w sumie sianokosy są), co wywołało niepohamowany strach w moim końskim autystycznym dziecku a później to już wszędzie były duchy, wilki i niedźwiedzie. Zupełnie, jakbym z padoku wzięła innego konia. Wracałam sobie z tej mocno niefajnej wycieczki i próbowałam sobie wytłumaczyć przyczyny – że na burze się zbierało, że muchy rozeźlone jakieś, że ten traktor przerażający, że dawno u konia nie byłam. Dopiero po całej litanii uświadomiłam sobie swój błąd. Ani przy traktorze, ani przy krowach, ani niestety przy łące nie dałam mu tyle czasu, ile akurat dzisiaj potrzebował – mówiłam – to tylko traktor, przecież znasz, krowy też widziałeś tysiąc razy, jesteś dzielny koń, a jak chcesz żreć siano, to musisz się pogodzić z tym, że trzeba je kiedyś skosić i prosiłam o ruch dalej. Efekt był taki, ze straszne stawały się rzeczy dotąd niestraszne.

Kiedy już mnie olśniło, i postaliśmy i pogapiliśmy się więcej niż by wypadało na rolnika na rozklekotanym rowerze, potem długo poanalizowaliśmy amplitudę ruchu i odchylenie od standardu fruwających na wietrze wstążek przy kapliczce, i wszystko wróciło do normy. Cóż nie dość, że ze mnie blondynka, to jeszcze w gorącej wodzie kompana…

A tak przy okazji – wreszcie mam zdjęcia z wyklikanych całusów

I na dokładkę Rita – strasznie się zmieniła odkąd jest z nami

13 lip 2007

Znowu teren, czyli bierzemy na wstrzymanie...

W stajni przy deszczowym lipcu zrobił się totalny koszmar. Nie ma jednego względnie suchego miejsca, na którym można by cokolwiek poćwiczyć. Tak więc stwierdziłyśmy, że nie będziemy koni i siebie dręczyć tupaniem w te i z powrotem po tym paskudztwie, tylko myjemy nogi, wyczesujemy resztę i tupiemy w teren... program na razie odwieszony na haczyk, od maja zero progresu. Byle do nowej stajni... i byle siodło przyszło :>

A na razie krótkie wrażenia z terenu:
Campinie las zdecydowanie się podoba. Kiedy tylko weszłyśmy między drzewa, ustawiła uszka do przodu i zaczęła zasuwać równym, energicznym, ale jednocześnie rozluźnionym stępem. Parskała. Naprawdę miło było to obserwować. :) Może i pod siodłem będzie lubiła tereny? :) Nawet wiatr szumiący straszliwie w gałęziach nie był straszny. Pastwisko w środku lasu przez dwa lata zrobiło swoje :]
Za to krowy były fascynujące. Konia mi wryło w miejscu. Gapiła się na nie tak, że chyba miała później zakwasy w uszach, i prychała. Ale widać, że to raczej zaciekawienie niż strach, bo szybko zakaceptowała obecność dziwnych, biało-czarnych stworów (które równie ciekawie gapiły się na nią) i całkowicie wyluzowała.
Otwarta przestrzeń ogromnych łąk też jest fascynująca. Samochodzik, albo co dziwniejsze -- konik, zasuwający jako maleńka figurka na horyzoncie, to widok jej (konikowi leśnemu) właściwie nieznany. Potrafi się takiemu dziwowi przyglądać pięć minut... Dobrze, że oswaja się i z przestrzenią...

PNH a klasyka - rozważania

-----
Czytam sobie "Wszechstronne szkolenie koni". IHMO dość wartościowa książka, ale wiele jej brakuje. Nie ma w niej prawie nic o emocjach konia, tylko mechaniczne rady - przyłóż łydkę tu, napnij lewą wodze itp. Ale zdarzają się fragmenty perełki, np. wczoraj przeczytałam, że z młodym koniem to jak najmniej pracy w stępie, tzn jak stęp to na luźnej wodzy, niczego nie wymagać. Że praca nad chodami powinna się zaczynać od kłusa, żeby konia nie popsuć. Hmm, no dobra. Kurcze brakuje mi jakiegoś guru w postaci książki czy osoby, która pomoże mi z "robieniem" młodego konia. Od czego zaczynać, czego wymagać, a czego jeszcze nie. Tak naprawdę to uczę się na własnych błędach, a to niedobrze, bo popełniam je na Diakonie. Rozwiązaniem jest oczywiście realizowanie programu PNH, ale nie wyobrażam sobie, że do L3 czyli jakieś jeszcze 2 lata nie będę pracować nad fizycznym rozwojem Diakona. Nie mówiąc już o własnym rozwoju jako jeźdźca. A ten jest mi potrzebny w takim samym stopniu chyba jak Diakonowi. Muszę pracować nad swoim dosiadem, stabilnością ręki i łydek. Chcę na RWYM!!

A ze spraw bardziej codziennych to za każdym razem jak przyjeźdżam do stajni wita mnie uroczy błotny trol, ja nie wiem jak to jest, ale mój koń jest zawsze utytłany, a inne wcale. Błoto ma wszędzie - nawet nad oczami i w uszach. Jak on to robi? Czyszczę go jakieś pół godziny za każdym razem. Po niedzielnej kąpieli, po której byłam tak samo mokra jak i on, po której do tej pory nie wyschły mi buty i kiedy go zobaczyłam w poniedziałek jeszcze bardziej ubłoconego niż przed kąpielą stwierdziłam, że myć go nie będę dopóki nie wyschnie błoto na padokach.

Apropos czyszczenia. Diakon w trakcie trochę się cofa, na początka myślałam, że to z niepewności i szłam razem z nim, ale teraz wiem, że cfaniak mnie sprawdza. On się cofa dwa kroczki, więc ja nie ruszając nogami przestawiam go 2-3 do przodu. To on na to jeszcze pół kroczku jednak do tyłu. Spryciarz. Nie mam jeszcze patentu co zrobić żeby nie ruszać się z miejsca jak stanie przodem. Póki co wygrywa tą grę.

Oprócz tego nurkuje pyskiem w dół wąchając pozostałości z kopyt kolegów i koleżanek, ja wtedy grzecznie mówię eeej, potem lekko ruszam liną, potem coraz mocniej - aż do 4 fazy. Działa - czasem na 1, czasem na drugą fazę. Potrafiliśmy tą sekwencję powtarzać nawet kilkanaście razy w trakcie 1 czyszczenia. Doszłam jednak do wniosku, że w tym przypadku on mnie też robi w jajo. Więc teraz za pierwszym razem jestem grzeczna i pozwalam mu zareagować dopiero na drugą fazę. Ale jak nurkuje po raz drugi to stosuję 4 fazę uprzedzoną bardzo krótkimi pierwszymi trzema. Działa na dłużej.

Mój koń to dominant i tester, ale wiecie co? Uwielbiam go za to. Ma w sobie tyle młodzieńczej zadziorności, wesołości, ciekawości świata a przy tym łagodności i cierpliwości. Ciągle kombinuje a ja cieszę się, że to zauważam. Takie cofanie podczas czyszczenia na przykład dla klasyka pewnie nie ma znaczenia a dla parellowca to wyzwanie:)

4 lip 2007

Naturalna klasyka?

------------------------------------
Mój koń mnie ciągle zaskakuje...

Naczytałam się wczoraj o szkodliwości wędzidła i na psychikę i fizyczną stronę konia. Poczytałam sobie o hacamore. Diakon za każdym razem niechęcią reaguje na widok wędzidła. Moja ręka nie jest idealnie spokojna...

Więc wczoraj postanowiłam sprawdzić jak będzie się Diakon zachowywał na luźniej wodzy. Byłam w szoku!! Szedł równo, rozluźniony, w zastępie nie przyspieszał i nie wpadał na inne konie (no chyba, że tak wooolnoo biegł przed nim ten srokacz:)), nie zbaczał z drogi, nie wchodził do środka, zagalopowywał bez problemu... Największy szok przeżyłam na drążkach takich 30cm nad ziemią. Do tej pory zwykle zbaczał a wczoraj chętnie nad nimi przebiegał. Cała grupa wraz z instruktorem byli pod wrażeniem:)

Kłusował dopóki nie dałam mu sygnału do stępa, głowa na wysokości kłębu, chętnie galopował... Oferował mi sam różne rzeczy - o - kłoda, może chcesz, żebym przez nią przeszedł?:) Może też te drążki? Może przecisnąć się pomiędzy te dwa wystające z ziemii pałąki?:) Z konia, który albo powłóczył nogami albo się strasznie nakręcał zamienił się w lekkiego, który miał radość z jazdy. A jak się spienił, ile było przeżuwania:)

Teraz wierzę, że mogę mieć z moim koniem lepszy kontakt bez wędzidła, że mogę tak nawet jechać w teren! Jeszcze pół roku temu była to abstrakcja, bo przecież to młody folblut...

Ale nasunęły się też przykre wnioski - robię mu krzywdę wędzidłem. Mam niedelikatną rękę. Nie słuchałam swojego konia:-( Nie wiem kiedy się przerzucę na naturalne hackamore, na razie zamierzam zredukować do minimum jazdę na kontakcie. Może tylko volty? Młodego trzeba dużo wyginać, bo strasznie jest sztywny... A w ogóle długa wodza na początku każdej jazdy będzie standardem.

2 lip 2007

Jedziemy na wakacje

_____
Przed nami trzy i pół tygodnia intensywnego bycia ze sobą: jedziemy na wakacje!

Oto jakie mam dla Duszka zaplanowane nowości
1. Zaprzyjaźnić go z Truskawką (jeszcze się nigdy nie spotkali)
2. Jazdy terenowe połączone z wchodzeniem do jeziora

Okropnie się na te tereny nastawiłam. Jeśli nam się nie uda (Duszek nigdy w teren nie jeździł) powiem trudno, postaram się nie być drapieżnikiem, ale nie ukrywam, że będę bardzo rozczarowana.

W ramach przygotowań psychicznych do wyjazdu przemyślałam plan tych terenów i doszłam do wniosku, że chyba będę pewniej się czuła jeżdżąc na tereny samotne, nie z grupą. Oczywiście, niesie to niemal stuprocentową pewność, że zgubię się w lesie (wystarcza mi kępa pięciu drzew, a już nie wiem, gdzie jestem), ale od czego wsparcie technologiczne pod tytułem GPS.
Jeśli już nam te tereny wyjdą, to spróbuję dołączyć Truskawkę luzem, chociaż zdaję sobie, że jest to dość ryzykowny pomysł.

W ramach przygotowań fizycznych zakupiłam wyposażenie do Barefoota, na którym planuję te leśne wypady: popręg, pieluchy, zestaw pielęgnacyjny do nubuku (środek do impregnacji, środek do czyszczenia i fajną szczoteczko-skrobaczkę). Czyli jestem prawie gotowa, ale tu prawie robi kolosalną różnicę: wciąż nie mam najważniejszego, czyli siodła, a wyjazd pojutrze! Małgosia jest dobrej myśli, że będzie lada dzień i dośle kurierem, ale ja zaczynam panikować. BUUU!

W poszukiwaniu stajni idealnej...

...błoto w nowej stajni jest niestety nie do wytrzymania. Po każdym deszczu robi się prawdziwy horror, a konie brodzą. Wszystko wskazuje na to, że trzeba będzie się dalej bawić w Nomadów -- bo jeżeli tak tam wygląda latem, to wiosny/jesieni wolę sobie nie wyobrażać...
Padoczek, na który konie teraz chodzą (raczej symboliczny) jest już doszczętnie wydeptany, nie ma na nim źdźbełka trawy. Żaby można by tam trzymać (na środku jest urocza bagnista kałuża).

A jak wyglada mój koń?
Brudny jak nieszczęście. Grzywa w błotnistych strąkach, błoto na grzbiecie, brzuchu, zadzie, o nogach nie wspomnę. A przecież nie będę codziennie kąpać... Na grzbiecie, mimo wyszczotkowywania błota regularnie, zaczyna jej wyłazić sierść kępkami. Może to coś podobnego do grudy na nogach, tylko że na grzbiecie... no gruda na grzbiecie? lekka przesada, hmmm..? Na dodatek jest POTWORNIE wygłodzona na trawę. Nie oszukuję się, że ona ma do mnie galopujący szacunek, ale jednak podstawowy sygnał do niejedzenia/jedzenia mamy ustalony, do tej pory (poza samymi początkami) nie pamiętam, żeby próbowała sięgać po trawę w kłusie...

No i nie da się sensownie bawić. Od przeprowadzki właściwie nie robimy programu, poza codzienną obsługą. Wszystkie place są nieprawdopodobnie błotniste, nie nadają się do użytku. No i nie ma zabawek, które zgromadziłyśmy w pierwszej stajni. Brakuje mi ich...

Podsumowując... następna stajnia już na oku. Wygląda... lepiej. Nie ma błota. Konie na dworze. Płot mi się nie podoba. Na razie nie ma bieżącej wody ani prądu. Ale ludzie życzliwi -- i tak wygląda lepiej :P Czyli następna przeprowadzka w kolejce...