27 wrz 2012

Jak szybko trzeba biec, by ustać w miejscu?

Taką mam refleksję. Entropia atakuje, nic się samo nie naprawia. Pracuje się miesiącami, czasem latami, później na chwilę braknie sił i momentalnie wszystko trafia szlag.

Przez ostatnie braki czasu znowu zaniedbałam kopytnych podopiecznych. Wczoraj wizyta po 8 tygodniach u pewnego pacjenta. Wiele miesięcy był już ładny ruch z piętki, długie kroki, przednia ściana prawie już zrosła do ziemi, podeszwa ładnie się miskowała. Wczoraj oglądałam nartę do samej koronki, spękaną ścianę, dziurę w miejscu linii białej, płaską, zabetonowaną podeszwę i ruch oczywiście z palca, na deser krwiaki w kątach wsporowych. 8 tygodni. Jest stajnia, w której nie było mnie 3 miesiące. Boję się nawet tam zaglądać. Czy można, trzeba, powinno się w ogóle zaczynać, jeśli taki ma być koniec? Wydawało mi się, że robię coś dobrego. A to moje halo jest takie skromne, taki malutkie, raczej halka wiejskiej kobieciny, tuż wokół niej. Tak szybko znika ten mój "pozytywny wpływ", nic na stałe się nie poprawia. Jeśli zniknę, to w pół roku śladu nie będzie, jakbym nigdy nie istniała. Nasuwa się refleksja, czy warto walczyć o ten krótki czas.

Po co to wszystko?

21 wrz 2012

Przedmiot kontra podmiot

Ostrzegam: będzie filozoficznie.

Czym tak naprawdę powinno się różnić podejście tzw. "naturalne" od nieprawidłowego (nie chcę tu "tradycyjnie" przeciwstawiać "normalnemu", "drapieżnemu" czy czemuś podobnemu, bo te podziały moim zdaniem są bzdurne i, zamiast dotykać meritum, budują tylko bariery i budzą agresję)? Oczywiście są pewne zasady: Love, Language, Leadership, obowiązki obu stron, możliwe tematy konwersacji, zwane siedmioma grami. To wszystko jest opis drogi, którą trzeba iść.

Krzak po lewej, krzak po prawej, pośrodku brak krzaka, może być trawa, mogą być koleiny, ale nie muszą, człowiek się pochyla, patrzy - czy to krzak? Jestem za daleko na lewo, a może to już krzak po prawej? Z nosem w ziemi idzie, nie patrząc przed siebie, jest trawa, jest błoto, znaczy to koleina, koleina jest prawidłowa, krok do przodu... O, krzak na środku drogi, co teraz? A droga, dokąd prowadzi droga? Dlaczego właściwie to drogą trzeba iść, a może bokiem byłoby wygodniej?

...instrukcja na ścianie laboratorium: "wciśnij OK, naciśnij trzy razy enter, dwa razy strzałka w lewo, esc, enter, w prawo, enter" (to jest autentyk, z firmy, w której miałam praktyki). A co, jeśli pojawi się niezapowiedziany komunikat? A może można kilknąć prawym na ikonce w trayu, wybrać jakąś opcję i będzie prościej? Co my właściwie chcemy zrobić?

Zarzuć sznurek z prawej, zarzuć sznurek z lewej, przywal karotem w ziemię trzy razy z każdej strony... przesuń zad, przesuń przód, trzy kroki bokiem, cofnij, okrążaj...

Analogie...

Koń - przedmiot, taki, który musi słuchać, bezwarunkowo. Człowiek przecież wie najlepiej, co dla niego dobre. Pcha więc, ciągnie, krępuje, uniemożliwia jakąkolwiek akcję. Nie idzie? Czwartą mu fazę (dlaczego nie idzie?). Wylicza odskok co do centymetra (a mądry trener mówi: skacz z zamkniętymi oczami!), pcha łydką każdy krok w kłusie, żeby się nie skracał (a może kopyta bolą? może ten ruch nie jest wygodny?), na wszelkie objawy niesubordynacji daje z bata/karota, bo teraz idziesz tu, potem pójdziesz tam, ja Tobie pokażę kto tu rządzi. Co to znaczy "nie chcę"? Nie ma "nie chcę". Teraz odrobaczanie, daj tu ryja, teraz struganie kopyt, krzyżowe uwiązy, teraz zastrzyk, stajesz dęba? Dutkę na ryj. On ma podążać, BEZ PYTANIA, bo jest PRZEDMIOTEM. Jak nie działa, to z bata, albo fazami mu, karotem ze stringiem. W końcu łamie się, przyzwyczaja, uczy się, że jest przedmiotem i nie ma nic do gadania, nie mówi już (widziałam takie milczące konie, nie zauważają dłuuugo, że ktoś ich słucha, że ktoś PYTA, bo nikt tego nigdy nie robił).

No właśnie, dlaczego idziemy tą drogą, dlaczego akurat TĄ, co chcemy robić inaczej? Nie wiem, co to jest dla Was, drodzy czytelnicy. Dla mnie to właśnie to, ta różnica, tutaj koń to PODMIOT, a nie przedmiot. Droga - jest nieistotna, zwiedzamy (dla mnie, oczywiście to nic złego mieć określony cel). Czasem zmieniamy plany po drodze. Ale zawsze jest rozmowa. Zawsze jest WYBÓR. Zawsze jest wspólne uzgodnienie planu. Nawet jeśli ja już wiem, że nie ma innej opcji, i trzeba zrobić zastrzyk, zakropić oko, wejść do przyczepy. To nie jest monolog. To dialog. Staję przed moim PARTNEREM, przed tym PODMIOTEM i rozmawiam z nim, mówię: chodźmy razem tą drogą. Bo teraz tak trzeba. Bo są różne dni, takie kiedy jemy razem marchewki i biegamy po kałużach, takie, kiedy musisz mi zaufać i pozwolić mi zrobić to, co muszę. Bo tak będzie dobrze. Zgódź się. Chodź ze mną. Nie chcę Ciebie ciągnąć, pchać, partnerze. Chcę z Tobą iść. Piękną, słoneczną drogą i tą błotnistą, po kamieniach, tą, której prawie nie widać, i może na zakręcie będziemy znów się zatrzymywać i myśleć dokąd iść dalej. Ale zatrzymamy się. Razem, nie "zaciągnę Ci ręczny z zaskoczenia na ryju". Pomyślimy nad tym. Razem. Może zwrócisz nos w jakąś obiecującą stronę, może kawałek pójdziemy tam, gdzie Ty chcesz, może mnie przekonasz.

...a później przejdziemy tą chybotliwą kładką, na drugą stronę rwącego potoku, bo za nami płonie las i nic dobrego już nas tam nie czeka. Porozmawiajmy. Chodź, Przyjacielu.


...przecież i tak dochodzimy tam, gdzie tylko marzenia pozwalają, krok za krokiem. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby się nie udało partnera do tego namówić.

....Relationship First...

18 wrz 2012

La vita e' bella?...


Sopot
GPS z jakiegoś powodu bardzo dziś narzekał i włączył się od połowy...

17 wrz 2012

Życie po życiu

Niektóre misje naprawdę są beznadziejne. Poddałam się. I dostałam drugą szansę. Łatwo nie jest, ale być może realizowalnie. Teraz do grudnia muszę skupić się na dyplomie.



Raz w tygodniu planuję odwiedzać futra i wsiadać. Dużo mi to daje psychicznie. Oczywiście trudno się spodziewać jakichś szokujących postępów, skoro poświęcam koniowi 2-3 godziny raz w tygodniu, a poza tym wietrzy dupsko na padoku. Jak na pracę w takim wymiarze - uważam, że jest nieźle. Obserwuję u rudej rosnącą pewność siebie. Pierwsze wsiadanie, to na 10 minut, było dla niej wyraźnym stresem. Później 15, zsiadłam jak parskała i szła rozluźniona. Wczoraj było pół godziny. Szła bardzo dziarskim tempem, lekko się wkurzając na podchodzące z tyłu arabki :) Może chciała im zaimponować? Nie wiem. Ale efekt mi się podobał. Z siodła jeszcze TAKIEGO stępa nie prezentowała, a jak zsiadłam to tempo zostało i mogłam poobserwować - przekraczanie o półtora kopyta (zwykle dokracza, albo przekracza o kopytko). Jak na nią, to naprawdę niezły wynik. Na dodatek nie zauważyłam, żeby się zmęczyła (2h trasa, w tym pół godziny pod obciążeniem), więc kondycyjnie, mimo grubego dupska, daje radę. Myślę, że powoli czas na pracę na placu, żeby trochę szczegóły sterowania uzgodnić, bo ruch do przodu wreszcie MAMY!



Poprzednio pokonałyśmy też pewną psychologiczna barierę - wsiadłyśmy naraz z Młodszą na obie kobyłki. Stęp w zastępie. Mała rzecz, a cieszy. I kolejna ciekawostka - nie czułam się pewnie, jeżdżąc na szkółkowych koniach jako czołowa. A na tych naszych surówkach - może to szaleństwo - ale nie obawiam się wyjechać do przodu i jechać pierwsza. Dwa razy wczoraj, jak Bryś utknęła na trawce, wyprzedziłam ją i kawałek prowadziłam. Ogólnie to mało praktyczne, bo ruda jednak tempo ma takie, że Bryś jej wiecznie na zadzie wisi. Dlatego zwykle Bryś prowadzi. A Campi za nią, uczy się rozciągać giczały. Też dobrze.

Zaprzyjaźnionym arabkowiczom dziękujemy bardzo za zdjęcia! :)

11 wrz 2012

Powerless!...

Znacie taki sen: chcecie biec, szybko, jak najszybciej, a nogi nie chcą współpracować, jakby tkwiły w kisielu, coś idzie, ale wolno, za wolno. Krok i walka z nogą... błoto wciąga... za plecami ryczą potwory, zboczem idzie lawina. Krok, jest! tak wolno, a czas płynie. Za wolno!!!...

...czy to koniec?
...

10 wrz 2012

Niebo, trawa - moze byc Truskawkowa?

7 wrz 2012

Paradise Lost – ciąg dalszy następuje

Z Truskawką w raju

Najpierw portret mojej bohaterki:


Z Truskawką proporcje teren-hala były odwrotne. W teren bałam się na niej pojechać, więc jeździłam na hali. Miałam też na niej lekcje z trenerką Uli (Ula – właścicielka ośrodka). Kilka zdjęć z lekcji:






Bałam się terenu, bałam, aż pewnego dnia coś się stało, że przestałam się bać. Osiodłałam, wsiadłam, coś w głowie mi przeskoczyło i pojechałam do lasu na stępa. Pierwszy wyjazd, pierwsza przygoda - na stępie się nie skończyło ...

Idziemy sobie, zabijam na niej muchy, a nagle ona rzuciła się do przodu, w momencie dla mnie niezbyt dobrym, bo w poszukiwaniu tych much siedziałam w pozycji dziwaczno-pokręconej. Pędzimy, a ja kątem oka widzę, że coś za nami biegnie. Myślę – niedobrze, pewnie zdziczały pies nas goni. Nie mogłam się obrócić, żeby ten domysł zweryfikować, bo najmniejsza zmiana położenia pewnie by spowodowała rozstanie z siodłem. Jak wyhamowałyśmy, okazało się, że to tylko joggujący facet, który nagle zza krzaków wyskoczył. I tu po raz drugi odezwało się to coś, co mi w głowie przeskoczyło – bo nie zawróciłam, nie zsiadłam, żeby koić moje skołatane serce, lecz pojechałam dalej.

Potem byłam jeszcze kilka razy na stępowym spacerku (sama i z mężem na jego własnych nogach) i dwa razy na „prawdziwym terenie” z Ulą. Strefa komfortu na Truskawce bardzo się rozszerzyła.

Zdjęcia z jednego ze spacerków:



3 wrz 2012

Paradise Lost

John Milton nie jestem, ale jakoś najbardziej on mi pasuje do tej notki. Bo byłam w raju, który musiałam opuścić i wrócić do prozy dnia codziennego. Mój raj to były Mazury, konie i czytanie. Najeżdziłam się za wszystkie czasy: przez cztery tygodnie codziennie minimum dwa razy, raz na rudym, raz na czarnej. Konie też miały swój raj, 24h na pastwisku. Ich raj niestety zakłócały muchy, jusznice deszczowe, których było zatrzęsienie i które gryzły bez opamiętania.

Teraz czekam, kiedy będę mogła napisać Paradise Regained.

Z Duszkiem w raju

Na Duszku głównie jeździłam w teren, sporadycznie na hali czy placu. Zaczęłam od hali, ponieważ chciałam sprawdzić, czy nie będzie się bał (w żadnej z dotychczasowych stajni nie miałam hali). Poszło gladko - jakby całe życie nic nie robił tylko na hali nosił na sobie czlowieka. Potem wganiały nas tam muchy, od których wytchnienie dawała tylko hala.

Terenowo nowością dla Duszka była jazda w zastępie. W całym swoim życiu konia wierzchowego Duszek jeździł sam. Jedna czy dwie próby jazdy w zastępie zakończyły się porażką, Duszek gonił, żeby wyprzedzać, a ja wtedy rezygnowałam i odłączałam się od grupy. W tym roku miałam towarzysza do regularnych wspólnych terenów i determinację, żeby nauczyć rudego, że koń idący przed nim ma być przed nim, a nie za nim.

No i nauczył się. Co prawda zastęp był tylko dwu-konno-osobowy, ale ponieważ z konia za swoim zadkiem Duszek wcześniej nie robił problemu, sądzę, że posiadł tę umiejętność i zasłużył na marchewkowo-jabłkową odznakę Poruszającego-się-w-zastępie. 

Zrobił mi też wielki prezent: był bardzo odważny, jak nie Duszek. Wielokrotnie przejmowaliśmy prowadzenie, gdy koń czołowy powiedział, że się boi i dalej nie pójdzie. Duszek szedł: przez straszny mostek, obok strasznego psa, obok strasznego balotu, obok strasznych ściętych pni brzozowych ... Spłoszył się poważnie tylko raz. Zresztą miałam wtedy farta, bo kłusowaliśmy fajną drogą (byliśmy sami), miałam zamiar zagalopować, a on czegoś się przestraszył i dał dyla w bok w krzaki. Gdybyśmy galopowali pewnie bym zglebiła.    

c.d.n.

UWAGA, UWAGA - ciąg dalszy będzie ze zdjęciami: Introducing A. on T. - czyli po raz pierwszy zademomonstruję siebie na Truskawce.