27 gru 2006

Marzenia z przyczepą w roli głównej

Postanowiłam kupić przyczepę. Taką używaną, do siedmiu tysięcy złotych. Biorę na ten cel malutki, choć słono oprocentowany kredyt. I zaczynam snuć marzenia :) Będę zabierać Czarnucha nad morze, na kilkudniowe rajdy po Wigierskim Parku Narodowym, Jurze, Beskidach i innych przyjemnych miejscach, odwiedzać końskich znajomych... Nauczę go wchodzić do przyczepy bez kantarka, na wolności, a może nawet wgalopowywać ze mną na grzbiecie (patrz płyta Honzy nocny pokaz w Br.. , nie pamiętam nazwy miejscowości). Będzie cudownie :) Póki co, Czarny coraz zdrowszy, nogę podaje zawodowo i nawet zaczynam mu ją podginać i wyginać po kowalsku, bez protestów z jego strony. Do siódmego stycznia już zupełnie niedaleko, a potem samotne stępy w lesie... Spacerki w ręku... Odrobina kłusa tu i tam... I jak Lucky Luke w kierunku zachodzącego słońca :)

18 gru 2006

Małe radości

Cieszę się, kiedy wchodząc rano do boksu Czarnego widzę gnój po końskie uszy, kiedy Czarny w zdyscyplinowanym napięciu czeka na wiaderko owsa i kiedy po jego zjedzeniu od razu przechodzi do podżerania świeżo podanego sianka. Cieszy mnie brak śladów nerwowego chodzenia w kółko na mikrowybiegu i brak ziemi naniesionej do boksu. Cieszy mnie pytanie "tą nóżkę?", kiedy staję koło jego łopatki i schylam się po końskie kopyto do wyczyszczenia. Cieszy mnie, kiedy mogę wyczyścić kontuzjowaną i każdą inną nóżkę za jednym zamachem, trzymając ją w zgięciu przez 2-3 minuty, a nie w czterech nerwowych podaniach z wyrywaniem. Cieszy mnie, gdy mogę założyć i zdjąć kantar na kolanach, nie narażając się na nerwowe zadeptanie. Wygląda na to, że Czarny pogodził się z zamknięciem, powrócił do równowagi umysłowej i cierpliwie czeka na rozwój sytuacji. Jak dobrze.

17 gru 2006

R i M w terenie

Dużo się wydarzyło w ten weekend – po pierwsze mieliśmy wizytę Kasi, która pomogła mi zabrać Tołdiego vel czołg w teren. Nie było idealnie, ale jak na pierwszy raz całkiem całkiem. Na początku poszłyśmy spory kawałek w ręku. Potem początkowa koncepcja, że ja będę jechać na Meniu, a Kasia wsiądzie na Ricie, okazała się nietrafna, wiec zamieniłyśmy się końmi i dalej było ok. W sumie to nowa dla niej okolica – każda gałąź była warta obejrzenia, kupki gruzu trzeba było ominąć szeeeeerokim lukiem, konieczne prychnąć na papier leżący w zaroślach. Dużo w tym było takiej dzieciuchowatej ciekawości, nieznajomości świata. Ale wszystko generalnie pod kontrolą – przejechałyśmy w siodle jakieś 1,5 góra 2 km i potem piechotka w ręku do domku.

Dziś za to wzięłam Mentosia w długo odkładany i wyczekiwany teren, Z założenia miało być relaksacyjnie, na luzie, z dużą ilością popasów. W praniu wyszło trochę inaczej – bo owszem na początku ciągle słyszałam „czyyy muuuuszę?” ale potem, jak się rozharcował to co i raz pytał – „galopem?”. Not to pojechaliśmy dłuższy galopik z dodaniem na końcu. Bardzo ładnie i bardzo pod kontrolą. W ramach przerwy na odsapniecie robiliśmy „tropienie trawy” – ja pokazywałam z ziemi zielone kępki – a on je pożerał. Zupełnie jak z psem i „szukaj”. A na koniec bawiliśmy się w pławienie w kałużach kończąc trawersem przez ciek wodny nazywany szumnie rzeczką. Jak na Mentosia, który jeszcze nie dawno bał się wody jak ognia – super osiągnięcie.

W Dużym Lesie nie byliśmy już pewien czas, z różnych powodów. I co ciekawe odżyły stare strachy – nie to żeby się od razu bać – ale trzeba było przyjrzeć się dokładnie ziemiance gospodarza, sprawdzić czy burek nadal tylko szczeka i czy łańcuch dobrze go trzyma, czy pranie bujające się na wietrze na pewno nie odleci. Interesujące jest to, że przy regularnych terenach wszystkie te strachy i pseudo-strachy nie były nawet na tyle przerażające, żeby na nie spojrzeć. A dziś, niewidziane od jakiegoś czasu zdecydowanie zyskały na straszności.

Poza tym M jest nadal strasznie zazdrosny o Ritę – kiedy jestem u niego w boksie i R zagada do nas przez kraty to szczerzy się do niej i kładzie uszy po sobie. Dziś nawet posunął się do tupnięcia na nią nogą. Generalnie staram się pilnować postulatu „ chronienia stada”, ale nie jest to takie łatwe. Zresztą zupełnie nie wiem, jak zastosować ten postulat, kiedy jest się właścicielem dwóch koni. Bo w sumie nie chce ciągle odganiać tej biednej dziewczyny, ale M na razie nie daje mi wyboru.

13 gru 2006

Czarny w niewoli

Siódmego grudnia zamknęłam Emitera w boksie na amen. Nie był w stanie opanować emocji, zbierał się do zwariowanych galopów, staw nadgarstkowy raz puchł, raz szczuplał, znowu puchł, kulawizna malała i wracała, ja nie miałam serca trzymać go na błotnistym padoczku, gdy na pastwiskach trawa i ciepło jak wiosną, wreszcie wet na mnie nawrzeszczał, że tą metodą nigdy się nie wyleczy. Więc ogrodziłam mikroskopijny wybieg 3 na 5 metrów z wejściem do boksu, i zamknęłam Czanego.

W ciągu czterech dni zostało dwie trzecie konia. Czarny nigdy nie miał specjalnie mięśni, ale bardzo szybko dowiedziałam się, jak wygląda koń, który naprawdę nie ma mięśni, nie ma ciała, nie ma szyi, nie ma szynki, a skóra wisi mu na kręgosłupie i łopatkach. Zabiedzony folblut, ewentualnie młodziutki koń, tak mniej więcej wygląda obecnie Czarny. Plus ustawicznie spocona szyja. Tak Czarny zareagował na zamknięcie. Przyprowadziłam mu Emana sądząc, że bliskie towarzystwo kumpla nieco poprawi sprawę. Osiągnęłam tyle, że doła złapał też Eman. Moje chowane na otwartej przestrzeni konie bardzo źle znoszą zamknięcie.

Karmię go więc owsem w małych porcjach cztery razy dziennie, dokładam jablka, marchewki, otręby, w sobotę kupię siemię i inne smakołyki, patrzę ze smutkiem na nie znikające siano i odliczam dni. Ma stać miesiąc.

Undemanding time mamy po dziurki w nosie, ale widzę, że żadne masaże, czyszczenia, głaskania, siedzenia ze mną w boksie nie poprawiają mu nastroju. Wiem, czego chce, i wiem, że do 7 stycznia nie mogę mu tego dać. Staram się egzekwować zwykłe posłuszeństwo, spokojne stanie, podawanie nóg, nie łażenie po mnie w boksie, ale widzę, że on myślami i nastrojami jest zupełnie gdzie indziej. Już nawet nie próbuje wyleźć przez każdą szparę, ale każdy smętny ruch przypomina mi, że konie nie są stworzone do stania w boksie.

Boże, jakie chałowe życie ma większość polskich koni spędzających ponad 20 godzin dziennie w boksach! Jak fatalnie muszą się czuć! Jasne, do wszystkiego można sie przyzwyczaić, do boksowego życia też. Ale smutek moich koni pozbawionych zwykłego wyboru mówi prawdę - to koszmar.

11 gru 2006

Mam czołg zamiast konia

Zdumiewa mnie jak różne są moje dwa konie – Mentoś to inteligentny indywidualista, zawsze znajdzie dziurę w całym i ma 101 sposobów na wyrolowanie mnie (dopóki ja mam 102 na wyrolowanie jego, trwamy w tak zwanej symbiozie, nazywanej czasem harmonia i miłością), kiedy mówi „wojna!”, to walczy na śmierć i życie. Rita to taki dzieciuch –wszędzie wsadzi ryja, wszystko obejrzy, boi się jeszcze wielu rzeczy, a jak się boi to w odróżnieniu od M wrasta w ziemie (do tej pory nie wiedziałam, że koń może trząść się ze strachu w miejscu), jak się zapiera, to wkłada w to cale swoje 600kg i spokojnie bierze na przeczekanie.

Dzisiaj pierwszy raz wsiadłam na nią po ciemku – było trochę strachów, ale generalnie ok. Schody zaczęły się, gdy ja chciałam w prawo, a ona w lewo. Ja – faza 1,2,3,4, dołożona druga ręka na linie, stopniowo dodaje coraz więcej siły – koń nic – ze stoickim spokojem nadal podróżuje w lewo – łeb nie przesunął się w prawo nawet chyba o milimetr – mi zaczynają mdleć ręce (bo jak powszechnie wiadomo, parellioza powoduje brak mięśni w rękach – narząd nieużywany stopniowo zanika:). Z łydki spychającej rezygnuję, bo powoduje kłusa. Zaparłam się i czekam. Koń nic – nadal idzie w lewo. Gdyby nie słupek od ogrodzenia to pewnie trwałybyśmy tak do rana. Słupek przyszedł z pomocą i zepchnął nos w moją stronę. Skręciłyśmy w prawo. Uff. Po krótkiej wojnie dotyczącej tempa udało się wykonać follow the płot przez cały ring. I to piękne follow the płot – bez żadnej korekty z mojej strony. Czyli jednak można. Krotko zastanawiałam się nad wzięciem carrota, ale że ciągle friendly z ziemi nie jest takie, jakie bym chciała, decyduje się nie zabierać CS na górę. W drugą stronę też upór – ja w lewo, ona w prawo. Nie jestem w stanie przesunąć łba ani o milimetr. Trwam z konsekwencją i czekam. W końcu wychodzi na moje. Follow the płot w lewo. Jeszcze piękniejsze niż to w prawo.

Dziwne jest dla mnie to, że te "wojny" są z jej strony ze stoickim spokojem – żadnego brykania, baranów, rzucania łbem – tylko „nie, bo nie” i sunie w obranym przez siebie kierunku. Jak czołg. Mam nadzieje, że uda mi się z niej kiedyś zrobić motyla…

8 gru 2006

Nieoczywiste sensy Parellliego

Pewnie każda z nas kiedyś wpadła na takie nieoczywiste sensy zaleceń Pata. Są pewne zalecenia, które nie budzą gwałtownego protestu, ale jednocześnie właściwie nie wiadomo (na pewnym etapie swojego jeździeckiego rozwoju), dlaczego trzeba to robić tak, a nie inaczej. Dla mnie czymś takim było do tej pory popychanie konia zewnętrzną łydką do skrętu i odstawianie wewnętrznej, "otwieranie furtki". Oczywiście, starałam się to robić właśnie tak, ale ten ruch był dość wymuszony i nie miałam wrażenia, że kon na to jakoś czytelnie reaguje, raczej bez ostatecznego sygnału w postaci wodzy czy sugestii cs nie było co liczyć na taki skręt. Z czasem nauczyłam się jakby skręcać ciężarem ciała i to działało zdecydowanie lepiej, taki jakby dynamiczny przechył do wewnątrz skrętu, na lepszą stronę mojego konia działało bez wodzy i cs, ale w zasadzie wyeliminowało mi to tą zewnętrzną łydkę, bo jakoś się z tym kłóciło. Aż do dziś :) Po raz kolejny wsiadłam na Emana, na podkładce oklepowej, z postanowieniem poćwiczenia jego odpowiedzialności za utrzymywanie kłusa i mojego dosiadu. Łagodnie, po kołach i krótkich prostych kręciliśmy się kłusem po placu z przeszkodami, a ja eksperymentowałam z różnymi sposobami siedzienia: bardziej "na kieszonkach", bardziej na przodzie, z pedałowaniem nogami, bez pedałowania, symetrycznie, niesymetrycznie, ze świadomością opierania się na udach, na kolanach, przenoszeniem wagi itd. I bardzo szybko dotarło do mnie, że jedyną sensowną metodą siedzenia na zakrętach, zwłaszcza bardziej dynamicznych, jest wyprostowanie i obniżenie wewnętrznego kolana i delikatne podkurczenie i objęcie konia zewnętrzną nogą, co daje efekt... no właśnie, pchającej zewnętrznej łydki i otwierającej wewnętrznej furtki. OBOP.

Swoją drogą, przyszła mi do głowy zabawna refleksja na temat krótkości i długości naszych koni pod różnymi jeźdźcami. Kiedyś Olo wsiadł na Emitera i po pół godzinie stwierdził "Bardzo fajny koń, tylko się nie zatrzymuje w ogóle", na co ja wytrzeszczyłam oczy i wykrzyknęłam "Jak to sie nie zatrzymuje? Zatrzymuje się genialnie, za to w ogóle nie chce iść naprzód!". No więc Eman do tej pory uchodził w Cezarowie za długiego konia, co to do zatrzymania ostatni i do gwałtownych przyspieszeń pierwszy, natomiast ja z jazdy na jazdę mam coraz poważniejsze podejrzenie, że on jednak jest krótki... A może to tylko brak szacunku lub kombinowanie? W każdym razie zatrzymuje się (na placu) na moją myśl o zatrzymaniu, a rusza do kłusa z wielkim trudem... Fajne to wszystko razem :) Dzień, w którym znalazło się miejsce na chociaż 30 minut na końskim grzbiecie, jest dniem wygranym nawet wówczas, gdy nic innego sie nie udało :)

Zbieractwo

Odkad zaczęłam bawić się z Truskawką inaczej patrzę na otaczające mnie przedmioty i oceniam je pod kątem przydatności w FG. Stałam się „śmiecio-zbieraczką”. Chociaż tak naprawdę nie jest to właściwe określenie, bo w „świecie wg człowiekokonia” śmieci nie ma, są tylko potencjalne zabawki dla koni. Dziurawe plastikowe wiadro, arkusze papieru (jak różnorodnie szeleszczą), cerata, bąbelkowa folia do pakowania (jak fajnie strzela), worki i różne płachty (z materiału, papieru, plastiku), sflaczałe piłki, grzechotka „wyrośnięta” z niemowlęcia koleżanki (powstała nowa wersja c/s), materacyk, koło ratunkowe, miotła .... Jak widzę roboty drogowe, to wypatruję, czy nie mają uszkodzonych niepotrzebnych słupków (takich kolorowych stożkowych – byłby super slalom). Duszek bardzo boi się taśm i sznurków, więc ja powiększam swoją kolekcję tych eksponatów. Ostatnio udało mi się wyżebrać baaaardzo ciekawe taśmy Holloweenowe, teraz z niecierpliwością czekam na żniwa poświąteczne i różne błyszczące łańcuchy, girlandy, pomponiki i frędzelki.

Przede mną inwestycja - podest. Oszczędnościowa wersja, czyli opona wypełniona kamykami i zalana betonem, niestety nie ma u mnie racji bytu, bo nie mogę człowiekowi na jego terenie zafundować takiego stałego elementu krajobrazu. Oto co będę miała, może ktoś będzie chciał wykorzystać ten wzór.


6 gru 2006

Złe dobrego początki

Wywołana przez Dot do tablicy postanowiłam napisać trochę o moich początkach z Panem Meniem. Trudnych początkach....

Kiedy postanowiłam, że chcę mieć własnego konia jeździłam w pewnej podwarszawskiej stajni, w której 90% koni (jeśli nie 99%) stanowiły folbluty po wyścigach. Wiec decyzja, ze ma to być folblut przyszła samoistnie. Inne konie były jakieś takie ciężkie, grube, mało zwinne i z wielkimi nieproporcjonalnymi głowami.

Pierwszym źródłem były wyścigi. I tam pierwszy raz zobaczyłam Mentolińskiego. Oglądałam Bossa – pięknego ciemnego ogiera, wielkiego jak szafa trzydrzwiowa, ale nadal wyglądającego szlachetnie. Grzecznego, ale trochę zagubionego (stał na przykład sam z siebie z wywalonym na zewnątrz językiem i można go było za ten język bez problemu trzymać). Mentoń znał Gosię, z która byłam oglądać Bossa, więc kiedy weszłyśmy do stajni, stanął chyba na paluszkach, wyciągnął łepek na korytarz i zaczął nas wołać kłapiąc ryjkiem (dla tych, co nie znają M osobiście – robi dokładnie to samo, co Little George na płytce PP „My horse won’t go” – rozluźnia wargi i rusza głową w gore i w dół, tak jakby chciał powiedzieć ”tak, tak, tak”). To było nasze pierwsze spotkanie i jak się później okazało zauroczenie od pierwszego wejrzenia.

Potem dowiedziałam się, ze Mentoś ma jechać do Czech na stiple – czyli wyścigi płotowe. A jak płoty to i Wielka Pardubicka i połamane końskie karki i nogi. Nie mogłam pozwolić, żeby taki słodziach zrobił sobie krzywdę, więc go kupiłam.

Nasza pierwsza jazda jeszcze przed zakupem była super – ładnie chodził, żadnych fochów, tylko zamiast przekłusować przez drągi postanowił je przeskoczyć – co wówczas uznałam za znak, że lubi skakać ( co oczywiście okazało się później absolutna nieprawdą). Dziś śmieję się, że wiedział chłopak, że ważą się jego losy.

Na drugiej jedzie przy pierwszym zakłusowaniu strzelił z zadu z zaskoczenia i tak skutecznie, ze wyrzucił mnie z siodła, po czym przebiegł tyłem po mojej tylnej nodze (nie pytajcie jak to jest fizycznie możliwe, bo nie umiem tego wyjaśnić). Miałam podejrzenie pęknięcia kości, na cale szczęście skończyło się na wielkim krwiaku. Tak dużym, ze jeszcze pól roku po całym zajściu można było go wyczuć. Nie wsiadałam chyba przez trzy miesiące.

Potem okazało się ze M ma jeszcze kilka innych asów w rękawie – oprócz brykania potrafił doskonale walić szyją w zęby jeźdźca, celująco kopać przy czyszczeniu brzucha, przechodzić od stanu zupełnego olewania mnie do prób dominowania. I w to w ciągu nanosekundy. Kiedy się czegoś przestraszył to odwracał się o 180 stopni i cwałem leciał do domu. Zupełnie nie przejmując się czy jeździec został z nim, czy tez nie. Do prawej półkuli przechodził i bardzo szybko i na bardzo długo. Klasyczny przypadek rozhisteryzowanego folbluta.

Co ciekawe, kiedy człowiek nic od niego nie chciał, nadal bym tym samym słodziachem, którego spotkałam na wyścigach. Kiedy zaczynałam wymagać – wstępował w niego mały szatan. A czasem nawet duży szatan.

Wcale nie maiłam ochoty na niego wsiadać. Szczerze mówiąc to się go bałam. Jeśli wówczas ktoś powiedziałby mi, ze w ciągu pół roku będę na nim jeździć na kantarze, wyśmiałabym go. Ja – wieczny jeździec rekreacyjny i mój folblut-po-wyścigach-prawie-ogier. Wolne żarty!

Dziś nie zamieniłabym go na żadnego innego konia. To chyba miłość:)

Coś absolutnie przepięknego - polecam filmiki

www.lorenzo.fr a tam video. chyba nie potrzebuje komentarza, trzeba po prostu zobaczyć... mój dotychczasowy idol Honza chyba został zdetronizowany ;) Moja miłość do Lusitano i Andaluzów rośnie... warto poza tym zobaczyć filmiki z wspaniałą Jenny - można je ściągnąć z www.youtube.com wpisując w wyszukiwarkę "artistic dressage"

Spotkań z Emanem cd.

Na dzisiejszą randkę z Emanem wybrałam się z bareback padem pod pachą. Uznałam, że bliżej konia lepiej zrozumiem, jak on działa. I przy okazji zrobię coś dobrego dla swojego dosiadu. Nie miałam jeszcze okazji wypróbować padu, bo przyszedł tuż przed tym, jak Emiter zakulał. Hm, miodzio :) Brzoskwinka chroniona, nie wbijam się moją wyrazistą kością ogonową w kręgosłup konia, bardzo mi się podobało. Byłam zdumiona tym, że mimo dość wybijających, sprężynujących, chaotycznych chodów Emana siedziało mi się pewnie i wygodnie, lepiej niż w normalnym siodle, w którym często ulegam pokusie unoszenia się w strzemionach. Jedna z moich znajomych twierdzi, że boi się jeździć w siodle, dlatego jeździ na oklep. W książce "Dama w siodle" można wyczytać, że pewna matka zgodziła się na naukę jazdy swoich dwóch córek, które później zostały słynnymi amazonkami (nazwiska uzupełnię...), tylko pod warunkiem, że będą jeździć na oklep. Nie rozumiałam do tej pory tego paradoksu, ale dziś chyba mogę sobie wyobrazić logiczność tego toku myślenia, choć oczywiście ja nadal czuję się pewniej w siodle. W każdym razie ten oklep bardzo miły, rozwijający, rozgrzewający mięśnie i myśli i bardzo grzejący w pupę. Do Emana mam kawałek po łące, więc chyba na razie w obliczu tak zachęcające wstępu zamienię noszenie siodła na noszenie padu :)

Wracając do Emana, stwierdziłam dziś, że on ma problem z regularnością kłusa m.in. dlatego, że nie jest przekonany, że w ogóle powinien go utrzymywać. Zaczęliśmy więc od utrzymywania kłusa aż do komendy "już wystarczy". Próbował nurkować po trawę, stawać, strasznie mnie to irytowało, ale pilnowałam się, żeby nie zapraszać go z powrotem do kłusa, zanim go nie złamie, nie popadać w utrzymywanie chodu za niego. Udało się powiedzmy połowicznie, to jeszcze nie jest oczekiwana karność, ale wydaje mi się, że robimy postępy. Swoją drogą, następnym razem wypuszczę go przed zajęciami na pół godziny na Bardzo Trawiastą Łąkę, na której jeździmy, żeby zaspokoił pożądanie trawy. Może to coś zmieni? To na tle ostatnich dyskusji na forum :)

5 gru 2006

O rytmie

Dziś spotkanie z Emanem, ruszyłam gniadosza, żeby nie zardzewiał kompletnie. Nie mam do tego serca, ale może im częściej będę się z nim spotykać, tym więcej w tym będzie ciepłych myśli? Bardzo spokojnie, kręciliśmy się w okolicach domu, sprawdzaliśmy reakcje na pomoce i sygnały, w przeciwieństwie do dotychczasowego testowania osobowości w terenie. No rozpacz. Nawet nie te reakcje, po kilkunastu minutach dogadaliśmy się co do skręcania na ciało i lekkie przesunięcie palcami po wodzach. Największa rozpacz w związku z rytmem poruszania, a raczej jego kompletnym brakiem. Czarny jak idzie kłusem, to idzie kłusem - szybszym czy wolniejszym, ale stałym, jest w tym chodzie jakaś regularność i jest jakiś stały kierunek. Eman każdy krok stawia inaczej - każdy krok ma inną długość i każdy krok jest w innym kierunku. W ogóle nie wiadomo, jak to jechać, stosunkowo najlepiej wychodzi kłus wysiadywany, bo blisko niego jestem w stanie jakoś sie z nim zgrać, a im dalej, jak w anglezowaniu, tym bardziej zaskakuje mnie każdy kolejny ruch. Żeby on jeszcze miał jakiś plan w tym wszystkim! Ale nie, on sprawia wrażenie, że sam nie wie, o co mu chodzi, zaskakuje go nagłe pojawienie sie przed nim przeszkody, niczego nie planuje kilka kroków naprzód, nie ma wizji, że chce gdzieś dojść i coś osiągnąć, takie bezsensowne, niechlujne kręcenie się. Grrrr... Z ziemi wykonuje różne rzeczy bardzo ładnie, ale tak kompletnie machinalnie, widać, że myśli są gdzie indziej, jak uczeń złapany na bujaniu w obłokach, który na podstawie ostatnio usłyszanych słów nauczyciela mechanicznie formułuje oczekiwaną w takich sytuacjach odpowiedź. Już wolę takich, co broją, ale z przekonaniem i pewnością siebie! A ten jakis taki kompletnie pomieszany...

Na razie mój plan obejmuje jazdę po drągach w różnych wariantach (3 + 4 na prostej, 4 drągi na kole, ósemki z przekraczaniem drąga w środku itd.). Myślę, że jak mu dam konkretne zadania, coś, na czym będzie mógł się skupić, to przestanie tak się mieszać. Konkretne wytyczne na każdą chwilę, i nagradzanie skupienia i koncentracji. No i mam nadzieję, że drągi coś zrobią z regularnością tego ruchu, bo to jest po prostu okropne!

3 gru 2006

O ocenie konia przed kupnem

Jakoś myśli o Iluzji nie dają mi spokoju. Wczoraj wzięłam Emitera na krótki spacer w ręku. I kiedy tak z nim szłam dotarło do mnie, że każdy, kto by go wówczas zobaczył i chciał ocenić, czy to dobry koń dla niego, byłby zapewne zdegustowany. Emiter najpierw nerwowo krążył po padoku, ewidentnie chcąc wyjść do koni, ale w miarę możliwości nie ze mną, w ogóle moja osoba była mu zbędna, i prawdę mówiąc, nieco irytująca. W końcu odpuścił i stanął koło mnie, zrezygnowany, widząc, że inaczej nie wyjdzie. Do koni ciągniemy, przy koniach zatrzymujemy się, za końmi zostajemy w tyle, ależ dlaczego, dlaczego nie mogę tu zostać, ja nigdzie, do licha, nie chcę iść! Wychodzimy za pastwiska, Emiter wrasta, patrzy na mnie pytająco, wrasta jeszcze raz, w końcu rezygnuje, idzie, ale zaczyna się denerwować. Głowa wysoko, szyja spocona, jakieś uskoki na boki, oczy wytrzeszczane na jakieś kamienie przy drodze, skrzywiona, sztywno opuszczona głowa i wytrzeszcz. Opuszcza w końcu głowę, idzie spokojnie, a tam kury! Biorąc pod uwagę, że ogląda codziennie dwadzieścia kur i dwie kaczki włóczące mu się po padoku, stajni i pastwiskach, należy poważnie potraktować stwierdzenie, że konie bardzo ciężko generalizują... No nic. Jeszcze przysiadanie na zadzie na szczekanie psa za płotem (mamy obecnie sześć psów i kolejne sześć w sąsiednich domach...) i mamy pełen obraz konia, który boi się wszystkiego, nie słucha właściciela, ciągnie do stada i w ogóle jest beznadziejny.

Tylko, że ja wiem, że to wcale nieprawda. W ogóle jego zachowanie mnie wczoraj nie denerwowało, bo doskonale wiem, że długo nie był w terenie, nie pracowałam z nim ostatnio w ogóle, jest przywiązany do Emana i nie lubi sam wychodzić, ale to wszystko nie ma znaczenia, bo po kilku dniach pracy i kolejnych dwóch wycieczkach w teren jest spokojnym, zrównoważonym, obliczalnym koniem, na którym można polegać i którego można kochać. Zawsze daje się wyczuć znad siodła, kiedy pod siodłem zaczyna byc nerwowo, zawsze ostrzega, że coś nadchodzi, prawie zawsze jest lewopółkulowy. I tak dalej, i tak dalej. Moim zdaniem jest wspaniałym, bezpiecznym koniem, prawdziwym partnerem. Ale to wiem ja.

Gdybym zaczęła przekonywać o tym potencjalnego przyszłego właściciela, przecież popukałby się w czoło. Jasne, jasne, takie ściemki to nie z nami, przecież widać, że przy weterynarzu ustać nie może, stajni się boi itd.

I teraz tak: a jeśli z Iluzją było dokładnie tak samo? Rzadko spotyka sie teraz z człowiekiem, nie jest często jeżdżona, ja byłam w ogóle kompletnie obca... Wrażliwy konik, chętny, ale tak wrażliwy, że obawiający się o siebie... Nie tak jak Czarny, po którym prawie wszystko spływa, który wszystko przetrwa, przeczeka, który gra ze mną w grę na określonych zasadach, ale utrzymuje własną spokojną pewność siebie, zupełnie niezależną od mojej osoby. Ona wyglądała na stworzenie, po którym nie spływa, które angażuje się całą sobą.... Jak do licha, ocenić konia przez kilka godzin?!

Jest w tym wszystkim jeszcze drugie dno. Bardzo chciałabym ją mieć. Jest tak wrażliwa i mądra, jest wyjątkowa. Ale boje się, że nie poradzę sobie z tak wrażliwym koniem. Że mam za grube paluchy do grania na takim delikatnym instrumencie. Jeszcze nie ta równowaga w siodle, nie to fazowanie, za dużo myślenia o własnym bezpieczeństwie, a za mało jeszcze myślenia o koniu. Nie przykleję sie przecież do siodła Kropelką! Niby Emiter dla odmiany bryka, nie ponosi, ale daje z zadu i strzela barany w galopie, ale jest w tym coś takiego, że czuję sie mimo wszystko bezpiecznie. Nauczyłam się nie przejmować jego okresowymi humorami, przechodzę nad nimi do porządku dziennego, nie ma w tym jakiś rozszalałych emocji. A ona? ... Jaka ona tak naprawdę jest? ....