_______
Żeby był to jednak blog PNH, a nie blog Wet. Żeby weterynaria została w literaturze i profilaktyce, a w praktyce PNH. W tym celu piszę po PNH-owsku. Ponieważ jest to post na zamówienie, nic innego nie przyszło mi do głowy, jak donieść, że zaliczyłam L2. Ciekawostką jest to, że dostałam dwa razy ocenę freestyle.
Freestyle
Let me be the first to congratulate you on achieving a Level 2+ SavvyFreestyle!!!
COMMENTS: Looks like you have a lovely partner and are having lots of fun! As you move towards excellence in Level 3, focus on the small details such as using your eyes, bellybutton, leg, rein then stick as your phases for turning. When you mount and dismount make sure you are taking all the safety precautions such as having a short rein and putting it in your horses mane, as well as keeping your carrot stick on the same side that you mount from.
You really can tell you have a great relationship with your horse! I really like your creativity on your friendly game! I would like you to work on your assertiveness, circling game, and patterns as you move on into level 3!
OnLine
Let me be the first to congratulate you on achieving a Level 2++ Savvy Online!!!
COMMENTS: Nicely done! The one thing I would like to see more of would be the circling game, this will develop his maintain gate and direction to an even higher level.
Każdy z nas pracuje z końmi. Każdy z nas ma coś wspólnego z PNH - niektórzy idą ściśle z programem, inni łączą naturals z najlepszymi elementami szkoły tradycyjnej, niemniej wszyscy uznają, że Pat Parelli wymyślił coś niezwykłego, co otworzyło nam drogę do współpracy z koniem na zupełnie nowym poziomie. Jeśli pracujesz z koniem metodą Pata Parellego i chcesz zostać współtwórcą tego bloga, napisz krótki e-mail w tej sprawie na adres dorota.konowrocka@gazeta.pl
29 maj 2009
Rękawica...
...czyli PNH weterynaryjne.
Wczoraj przyjechał weterynarz. Campina nie pozwoliła zrobić sobie zastrzyków diagnostycznych - po poprzedniej sesji, na której była nerwówka, mnóstwo szarpania i nic a nic nie było lepiej - a ostatni zastrzyk dostała na dutce - tym razem miała nastawienie ,,oooo nie!''. Wyrywała się zdecydowanie, walczyła o życie po prostu. Pan doktor uznał, że nie będziemy stosować Pata Parellego i założył zwierzęciu dutkę. Która, zgodnie z moimi przewidywaniami, nic nie dała. W efekcie koń fiknął parę razy z igłą w nodze i pięć precyzyjnych zastrzyków było absolutnie nie do wykonania.
Odbyła się krótka acz intensywna dyskusja z przemiłym panem doktorem, który imputował, że wszystkie konie prowadzone PNH są nie do zniesienia i nic się z nimi nie da zrobić - oraz że najlepiej koniowi robi danie mu solidnie w dupę. Powiedziałam mu, z całym szacunkiem, co o tym sądzę - znam tego konia, jeżeli nie zadziałało na nią ostre cofanie poprzednim razem, to spranie tyłka mogłoby tylko pogorszyć sytuację. To nie była kwestia fochów, tylko strachu. Zresztą nie tylko po tej poszlace było to widać - również po tym, że nie działała dutka, po tym, że naprawdę wkładała masę siły i przekonania w protest, czego nigdy nie robi. Po tym, że po pierwszych zastrzykach tydzień temu była bardzo zestresowana, co objawiało się wycieraniem o mnie ryjka i serią potężnych ziewnięć. Tak, trochę już znam tego konia, panie doktorze.
Pan doktor powiedział, że Pat Parelli nic tu nie pomoże.
A ja podniosłam rękawicę.
Spytałam, czy jeśli przez ten tydzień stopień kulawizny się nie zmienił, to koń może wychodzić na mały padoczek jeszcze przez tydzień - dwa, a ja ją przygotuję. Pan doktor nie wierzy. Ale obiecał zwrócić honor - mnie i Patowi Parellemu, jeśli się uda.
Plan: tydzień, albo dwa, codziennie w stajni wieczorem i kolejne friendly z nogą:
- długie trzymanie w górze bez wyrywania (tak, po tych zastrzykach nawet z tym był problem!!)
- głaskanie podniesionej nogi - noga jest luźna i wcale się nie rusza (do tego etapu doszłyśmy wczoraj w ciągu godziny - było mnóstwo żucia, ziewania i stania z półprzymkniętymi oczami)
- ugniatanie i intensywne smyranie uniesionej nogi, reszta j.w. (to zrobiłam z drugą, zdrową nogą - bo tę może mieć obolałą po kłuciu, założyłam tylko opatrunek z rivanolem i dałam spokój)
- branie skóry między palce i ciągnięcie za włosy (już to było problemem na pierwszej sesji - wtedy powinnam była powiedzieć ,,STOP, ten koń NIE jest na to gotowy!!'')
- uciskanie paznokciem skóry w rejonach, które mają być znieczulane (dostałam "mapę")
- kłucie wykałaczką - chcemy dojść do długotrwałego wytrzymywania ukłucia i przytrzymania "wbitej" wykałaczki
Po takim przygotowaniu, cienka igła do zastrzyków podskórnych to powinien być pikuś.
Jest jeszcze problem po drugiej stronie strzykawki. Będę musiała Panu Problemowi powiedzieć, żeby głaskał pacjentkę tak długo, aż ta mu zaufa i przestanie się kręcić, bo wczoraj wystarczyło, że zatrzymał się przy niej przechodząc, i już z trybu "Stoję. Pozwalam człowiekowi głaskać się po nodze." zrobił się tryb "RuszamSięDużoIChaotycznie!!". Jeśli pan doktor posłucha, to te 5 do 10 minut inwestycji oszczędzi nam pół godziny szarpania i stresu dla wszystkich.
Na przyszły tydzień mam w planie również odrobaczenie naszych trzech futer "systemem amerykańskim" - fenbendazol, 5 dni z rzędu, podwójna dawka. Pierwsza dawka w następny piątek wieczorem i chyba będę spać w stajni, żeby się nie stresować, że któryś zakolkuje (ze wskazaniem na Brytanię)...
Wczoraj przyjechał weterynarz. Campina nie pozwoliła zrobić sobie zastrzyków diagnostycznych - po poprzedniej sesji, na której była nerwówka, mnóstwo szarpania i nic a nic nie było lepiej - a ostatni zastrzyk dostała na dutce - tym razem miała nastawienie ,,oooo nie!''. Wyrywała się zdecydowanie, walczyła o życie po prostu. Pan doktor uznał, że nie będziemy stosować Pata Parellego i założył zwierzęciu dutkę. Która, zgodnie z moimi przewidywaniami, nic nie dała. W efekcie koń fiknął parę razy z igłą w nodze i pięć precyzyjnych zastrzyków było absolutnie nie do wykonania.
Odbyła się krótka acz intensywna dyskusja z przemiłym panem doktorem, który imputował, że wszystkie konie prowadzone PNH są nie do zniesienia i nic się z nimi nie da zrobić - oraz że najlepiej koniowi robi danie mu solidnie w dupę. Powiedziałam mu, z całym szacunkiem, co o tym sądzę - znam tego konia, jeżeli nie zadziałało na nią ostre cofanie poprzednim razem, to spranie tyłka mogłoby tylko pogorszyć sytuację. To nie była kwestia fochów, tylko strachu. Zresztą nie tylko po tej poszlace było to widać - również po tym, że nie działała dutka, po tym, że naprawdę wkładała masę siły i przekonania w protest, czego nigdy nie robi. Po tym, że po pierwszych zastrzykach tydzień temu była bardzo zestresowana, co objawiało się wycieraniem o mnie ryjka i serią potężnych ziewnięć. Tak, trochę już znam tego konia, panie doktorze.
Pan doktor powiedział, że Pat Parelli nic tu nie pomoże.
A ja podniosłam rękawicę.
Spytałam, czy jeśli przez ten tydzień stopień kulawizny się nie zmienił, to koń może wychodzić na mały padoczek jeszcze przez tydzień - dwa, a ja ją przygotuję. Pan doktor nie wierzy. Ale obiecał zwrócić honor - mnie i Patowi Parellemu, jeśli się uda.
Plan: tydzień, albo dwa, codziennie w stajni wieczorem i kolejne friendly z nogą:
- długie trzymanie w górze bez wyrywania (tak, po tych zastrzykach nawet z tym był problem!!)
- głaskanie podniesionej nogi - noga jest luźna i wcale się nie rusza (do tego etapu doszłyśmy wczoraj w ciągu godziny - było mnóstwo żucia, ziewania i stania z półprzymkniętymi oczami)
- ugniatanie i intensywne smyranie uniesionej nogi, reszta j.w. (to zrobiłam z drugą, zdrową nogą - bo tę może mieć obolałą po kłuciu, założyłam tylko opatrunek z rivanolem i dałam spokój)
- branie skóry między palce i ciągnięcie za włosy (już to było problemem na pierwszej sesji - wtedy powinnam była powiedzieć ,,STOP, ten koń NIE jest na to gotowy!!'')
- uciskanie paznokciem skóry w rejonach, które mają być znieczulane (dostałam "mapę")
- kłucie wykałaczką - chcemy dojść do długotrwałego wytrzymywania ukłucia i przytrzymania "wbitej" wykałaczki
Po takim przygotowaniu, cienka igła do zastrzyków podskórnych to powinien być pikuś.
Jest jeszcze problem po drugiej stronie strzykawki. Będę musiała Panu Problemowi powiedzieć, żeby głaskał pacjentkę tak długo, aż ta mu zaufa i przestanie się kręcić, bo wczoraj wystarczyło, że zatrzymał się przy niej przechodząc, i już z trybu "Stoję. Pozwalam człowiekowi głaskać się po nodze." zrobił się tryb "RuszamSięDużoIChaotycznie!!". Jeśli pan doktor posłucha, to te 5 do 10 minut inwestycji oszczędzi nam pół godziny szarpania i stresu dla wszystkich.
Na przyszły tydzień mam w planie również odrobaczenie naszych trzech futer "systemem amerykańskim" - fenbendazol, 5 dni z rzędu, podwójna dawka. Pierwsza dawka w następny piątek wieczorem i chyba będę spać w stajni, żeby się nie stresować, że któryś zakolkuje (ze wskazaniem na Brytanię)...
27 maj 2009
Nowa nowa stajnia
_________
Nie, nie zaczęłam się jąkać. Po prostu nasza nowa stajnia jest nowa. Wciąż się coś nowego przybywa. Fajnie jest obserwować, jak wszystko zmienia się i jest coraz wygodniej. Jest przychylna atmosfera dla naturalu. Jest też Miłka z Andaluzją.
Mogłam sobie wybrać szafki … Mogłam sobie wybrać wieszaki na siodła … A najważniejsze – mogłam sobie wybrać boksy dla koni. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak będzie to ważne – wybrałam boksy krańcowe - Duszek stoi przy drzwiach. Dzięki temu ma więcej powietrza, więcej przewiewu.
Zaskakującym odkryciem było to, ze Duszek szybciej zaakceptował i oswoił się z nowym miejscem – mimo tego, że Truskawka jest mniej panikarska. Ale widocznie konie przyzwyczajają się do przenosin. Jak obliczyłam, było to 8 wyprawa Duszka (nie licząc pierwszej, jak źrebięciem był). Natomiast druga Truskawki. Jeszcze nie wie, że takie rzeczy w życiu konia też się dzieją. A dziś w życiu konia Truskawkowego silnie zadziałała natura.
Truskawka stoi na padoku z Duszkiem i Andaluzją, na padoku sąsiednim stoi Giewont. Oto stado: na pierwszyma planie Andaluzja, dalej Duszek i Truskawka

Chyba w Giewoncie zostało więcej męskości niż w Duszku. Rozmawiałyśmy sobie z Beatą, właścicielką Giewonta i nagle widzimy, że Truskawka jest na padoku z Giewontem. Lecimy zobaczyć. Truskawka ogon w górze, Giewont usiłuje na nią skakać, biedny Duszek miota się po drugiej stronie ogrodzenia. Ogrodzenie nieuszkodzone, taśmy cale. Nieco się przeraziłam, że przeskoczyła. Ogrodzenie 160 cm i chyba by mi było ciężko żyć ze świadomością, że ona skacze takie wysokości. Przeprowadziłam Truskawkę na jej padok, romans trwał przez ogrodzenie, kawaler lizał ją po szyi i po uszach, a Duszek nerwowo biegał wokół zakochanej pary. Tylko Andaluzja zachowała spokój. No i za chwilę powtórka z rozrywki: okazało się, że cwaniara przelazła pod taśmami, bo coś się przerwało i prądu tam nie było. Ulżyło mi, bo problem łatwy do naprawienia. Po podłączeniu prądu i zarobionym kopie miłość przestała być silniejsza od przeszkody. Ale musiała być silna, bo Elf (niedawno kastrowany, więc na razie stoi odseparowany od reszty pustym padokiem) na odległość coś wyczuł i uprawiał dzikie i galopy i wierzgi na swoim terytorium.
Mam nadzieję, że tą notką przerwałam złą passę i robimy przerwę w weterynarii. Kasia, słyszysz?
Na zakończenie blondynka na brunetce w nowej stajni, czyli Sylwia na Truskawce.

Nie, nie zaczęłam się jąkać. Po prostu nasza nowa stajnia jest nowa. Wciąż się coś nowego przybywa. Fajnie jest obserwować, jak wszystko zmienia się i jest coraz wygodniej. Jest przychylna atmosfera dla naturalu. Jest też Miłka z Andaluzją.
Mogłam sobie wybrać szafki … Mogłam sobie wybrać wieszaki na siodła … A najważniejsze – mogłam sobie wybrać boksy dla koni. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak będzie to ważne – wybrałam boksy krańcowe - Duszek stoi przy drzwiach. Dzięki temu ma więcej powietrza, więcej przewiewu.
Zaskakującym odkryciem było to, ze Duszek szybciej zaakceptował i oswoił się z nowym miejscem – mimo tego, że Truskawka jest mniej panikarska. Ale widocznie konie przyzwyczajają się do przenosin. Jak obliczyłam, było to 8 wyprawa Duszka (nie licząc pierwszej, jak źrebięciem był). Natomiast druga Truskawki. Jeszcze nie wie, że takie rzeczy w życiu konia też się dzieją. A dziś w życiu konia Truskawkowego silnie zadziałała natura.
Truskawka stoi na padoku z Duszkiem i Andaluzją, na padoku sąsiednim stoi Giewont. Oto stado: na pierwszyma planie Andaluzja, dalej Duszek i Truskawka

Chyba w Giewoncie zostało więcej męskości niż w Duszku. Rozmawiałyśmy sobie z Beatą, właścicielką Giewonta i nagle widzimy, że Truskawka jest na padoku z Giewontem. Lecimy zobaczyć. Truskawka ogon w górze, Giewont usiłuje na nią skakać, biedny Duszek miota się po drugiej stronie ogrodzenia. Ogrodzenie nieuszkodzone, taśmy cale. Nieco się przeraziłam, że przeskoczyła. Ogrodzenie 160 cm i chyba by mi było ciężko żyć ze świadomością, że ona skacze takie wysokości. Przeprowadziłam Truskawkę na jej padok, romans trwał przez ogrodzenie, kawaler lizał ją po szyi i po uszach, a Duszek nerwowo biegał wokół zakochanej pary. Tylko Andaluzja zachowała spokój. No i za chwilę powtórka z rozrywki: okazało się, że cwaniara przelazła pod taśmami, bo coś się przerwało i prądu tam nie było. Ulżyło mi, bo problem łatwy do naprawienia. Po podłączeniu prądu i zarobionym kopie miłość przestała być silniejsza od przeszkody. Ale musiała być silna, bo Elf (niedawno kastrowany, więc na razie stoi odseparowany od reszty pustym padokiem) na odległość coś wyczuł i uprawiał dzikie i galopy i wierzgi na swoim terytorium.
Mam nadzieję, że tą notką przerwałam złą passę i robimy przerwę w weterynarii. Kasia, słyszysz?
Na zakończenie blondynka na brunetce w nowej stajni, czyli Sylwia na Truskawce.

23 maj 2009
IAD
________
Choroba zapalna dolnych dróg oddechowych IAD (inflammatory airways disease) – taki jest wynik endoskopii Duszka. Na szczęście ”wczesna nadreakcja” (Sylwia, cześć Ci i chwała, że uświadomiłaś mi konieczność badania). Leczenie: najpierw Prednisolon, potem inhalacje (jak oswoję Duszka z inhalatorem, który najpierw muszę kupić). W międzyczasie przestawienie na ściółkę torfową lub trociny (będzie torfowa, bo podobno tańsza), siano i owies płukane. Z owsa w międzyczasie i tak zrezygnowałam, bo przy nim miał ataki kaszlu. Odstawieniem owsa się nie przejmuję, bo Lars już mi to radził kopytowo (jeszcze muszę całkowicie obciąć owies Truskawce). Dostałam silnie motywującego kopa w tym kierunku.
To jest plan 6-tygodniowy. Co dalej – nie wiem, bo w szoku byłam i nie zapytałam. Ale zapytam. W ogóle nie wiem, co to za choroba. Uleczalna?
Pociecha taka, że jeśli chodzi o choroby oddechowe, nowa stajnia jest dobra (opinia pani doktor). Gdybym jeszcze miała teraz pod presją choroby szukać stajni, bym się chyba podłamała.
Jak widać, z bloga PNH nasz blog przemienił się w bloga WET.
Choroba zapalna dolnych dróg oddechowych IAD (inflammatory airways disease) – taki jest wynik endoskopii Duszka. Na szczęście ”wczesna nadreakcja” (Sylwia, cześć Ci i chwała, że uświadomiłaś mi konieczność badania). Leczenie: najpierw Prednisolon, potem inhalacje (jak oswoję Duszka z inhalatorem, który najpierw muszę kupić). W międzyczasie przestawienie na ściółkę torfową lub trociny (będzie torfowa, bo podobno tańsza), siano i owies płukane. Z owsa w międzyczasie i tak zrezygnowałam, bo przy nim miał ataki kaszlu. Odstawieniem owsa się nie przejmuję, bo Lars już mi to radził kopytowo (jeszcze muszę całkowicie obciąć owies Truskawce). Dostałam silnie motywującego kopa w tym kierunku.
To jest plan 6-tygodniowy. Co dalej – nie wiem, bo w szoku byłam i nie zapytałam. Ale zapytam. W ogóle nie wiem, co to za choroba. Uleczalna?
Pociecha taka, że jeśli chodzi o choroby oddechowe, nowa stajnia jest dobra (opinia pani doktor). Gdybym jeszcze miała teraz pod presją choroby szukać stajni, bym się chyba podłamała.
Jak widać, z bloga PNH nasz blog przemienił się w bloga WET.
21 maj 2009
Wszystko mi opadło
(zdjęcia bez specjalnego związku z treścią)

Campina dołączyła do grona koni specjalnej troski - kulawa na prawy przód. Dała sobie zrobić połowę zastrzyków diagnostycznych, przy ostatnim było już tyle fikania i kręcenia się (konie zeszły na kolację), że reszta diagnostyki za tydzień. Póki co ma wychodzić sama na padoczek za stajnią, nie wiem jak stajennym wyjdzie prowadzanie jej w ręku. Naprawdę nie mam już siły, tym bardziej, że jeśli diagnoza się potwierdzi, to mamy stanie w boksie plus codzienny kontrolowany stęp przez trzy, sześć, nawet do dwunastu miesięcy.
Ktoś ma ochotę napisać za mnie ten pieprzony dyplom? Przepraszam, że klnę publicznie, ale brak mi już słów.

Przy okazji ostra frustracja - wet przyatakował mnie między wierszami za PNH (że Wiedźmin nie trzyma nogi przy zastrzykach i że Campina nie stała jak zaczarowana po tym jak obok przegalopowały schodzące do stajni konie - właściwie to stała, tylko nie dawała mu nogi trzymać, trudno się zresztą dziwić, skoro na dzień dobry dostała wpierdziel za smyrnięcie paszczą), przyatakował mnie również za werkowanie. Otóż kontuzja Campiny jest na pewno spowodowana moim werkowaniem, bo zmieniłam jej ustawienie. Tak, zmieniłam, obcięłam jakieś 2cm piętek. PÓŁ ROKU TEMU. W ostatnim czasie nie zmieniałam NIC, kopyto już prawie zrosło, dolna 1/3 jest jeszcze ze starych czasów. Rozszerza się w tylnej częsci, wreszcie można wyczyścić rowki przystrzałkowe. Tylko strzałki znowu się sypnęły ostatnio... Jak będę do niej dzień w dzień jeździć, to może wyleczę. Ciekawostka, prawda? Kontuzja ze zmiany ustawienia, pół roku po zmianie ustawienia, a wcześniej zero problemów.

Dla porządku, status pozostałych futer: Wiedźmin z Brytanią mają wydzielony kulawcowo-odrobaczeniowy padok z dostępem bezdotykowym ze stajni (wypuszczane luzem korytarzem), żeby nie trzeba było prowadzać Wieśka w ręku. Wiedźmin kulawy raz bardziej, raz mniej, dzisiaj znowu bardziej. Jak zobaczyłam jak sprowadzają kobyły (właściciela) z sąsiedniego padoku (z którymi podobnoż one schodzą razem), to przestałam się zastanawiać dlaczego. Kobyły nie dają się dotknąć i stajenni przeganiają je w te i z powrotem po ujeżdżalni, żeby złapać kantary i wprowadzić je do ich stajni (inny budynek). Dzisiaj akurat nasze już były w boksach, ale gdyby tam były... tak, byłyby biegi. Gryzę się w język. Mocno. :)
Ach, pewnie tym kobyłom zaszkodziło, że patrzą na PNH. Z daleka. Przekraczam własne granice sarkazmu.
I Wiedźmin, i Bryśka mają prawdopodobnie znowu robale. Biegunki, zaczyna się tarcie ogona. Antiverm (znowu gryzę się w język)... nie podziałał. Następny rzut - po amerykańsku, fenbendazol 5x2, codzienne sprzątanie boksu do zera i won na wysprzątany padok, i tak do skutku.
Padoczek kulawcowo-odrobaczeniowy sprzątamy raz-dwa razy w tygodniu, trochę biegania z taczką jest.
...myślałam, że będę na tym blogu o PNH pisać...

Campina dołączyła do grona koni specjalnej troski - kulawa na prawy przód. Dała sobie zrobić połowę zastrzyków diagnostycznych, przy ostatnim było już tyle fikania i kręcenia się (konie zeszły na kolację), że reszta diagnostyki za tydzień. Póki co ma wychodzić sama na padoczek za stajnią, nie wiem jak stajennym wyjdzie prowadzanie jej w ręku. Naprawdę nie mam już siły, tym bardziej, że jeśli diagnoza się potwierdzi, to mamy stanie w boksie plus codzienny kontrolowany stęp przez trzy, sześć, nawet do dwunastu miesięcy.
Ktoś ma ochotę napisać za mnie ten pieprzony dyplom? Przepraszam, że klnę publicznie, ale brak mi już słów.

Przy okazji ostra frustracja - wet przyatakował mnie między wierszami za PNH (że Wiedźmin nie trzyma nogi przy zastrzykach i że Campina nie stała jak zaczarowana po tym jak obok przegalopowały schodzące do stajni konie - właściwie to stała, tylko nie dawała mu nogi trzymać, trudno się zresztą dziwić, skoro na dzień dobry dostała wpierdziel za smyrnięcie paszczą), przyatakował mnie również za werkowanie. Otóż kontuzja Campiny jest na pewno spowodowana moim werkowaniem, bo zmieniłam jej ustawienie. Tak, zmieniłam, obcięłam jakieś 2cm piętek. PÓŁ ROKU TEMU. W ostatnim czasie nie zmieniałam NIC, kopyto już prawie zrosło, dolna 1/3 jest jeszcze ze starych czasów. Rozszerza się w tylnej częsci, wreszcie można wyczyścić rowki przystrzałkowe. Tylko strzałki znowu się sypnęły ostatnio... Jak będę do niej dzień w dzień jeździć, to może wyleczę

Dla porządku, status pozostałych futer: Wiedźmin z Brytanią mają wydzielony kulawcowo-odrobaczeniowy padok z dostępem bezdotykowym ze stajni (wypuszczane luzem korytarzem), żeby nie trzeba było prowadzać Wieśka w ręku. Wiedźmin kulawy raz bardziej, raz mniej, dzisiaj znowu bardziej. Jak zobaczyłam jak sprowadzają kobyły (właściciela) z sąsiedniego padoku (z którymi podobnoż one schodzą razem), to przestałam się zastanawiać dlaczego. Kobyły nie dają się dotknąć i stajenni przeganiają je w te i z powrotem po ujeżdżalni, żeby złapać kantary i wprowadzić je do ich stajni (inny budynek). Dzisiaj akurat nasze już były w boksach, ale gdyby tam były... tak, byłyby biegi. Gryzę się w język. Mocno. :)
Ach, pewnie tym kobyłom zaszkodziło, że patrzą na PNH. Z daleka. Przekraczam własne granice sarkazmu.
I Wiedźmin, i Bryśka mają prawdopodobnie znowu robale. Biegunki, zaczyna się tarcie ogona. Antiverm (znowu gryzę się w język)... nie podziałał. Następny rzut - po amerykańsku, fenbendazol 5x2, codzienne sprzątanie boksu do zera i won na wysprzątany padok, i tak do skutku.
Padoczek kulawcowo-odrobaczeniowy sprzątamy raz-dwa razy w tygodniu, trochę biegania z taczką jest.
...myślałam, że będę na tym blogu o PNH pisać...
20 maj 2009
Znowu nasza kolej na weterynarię
_______
Przed kursem Duszek zaczął kaszleć, na kursie mu się to rozwinęło. W nowej stajni praktycznie przeszło, ale i tak zdecydowałam się go zbadać. Wczoraj miał robioną endoskopię, czekamy na wynik.
Było to dla mnie straszne przeżycie. Ten widok, jak półtora metra rury wchodzi w Duszka .
Przy okazji zbadana została Truskawka. Sylwia zwróciła uwagę, że idąc Truskawka wydaje nietypowy odgłos przez nos. Poza tym żadnych problemów oddechowych w kłusie czy galopie nie ma, więc problem czekał na ”okazję”. Na szczęście wszystko O.K., z jednej strony to jeszcze młody koń i ma migdały młodego osobnika (jak dziecko!), a drugiej ma małą głowę więc wszystko w niej też mniejsze. Truskawka stanęła na wysokości zadania, dała sobie bez większych problemów wepchnąć rurę najpierw do jednego nozdrza, potem do drugiego.
Obawiałam się, że po wczorajszych niemiłych przeżyciach Duszek nie będzie chciał do mnie przyjść. Ale nie – dziś przybiegł jak zwykle. To jest koń, który potrafi wybaczać.
Przed kursem Duszek zaczął kaszleć, na kursie mu się to rozwinęło. W nowej stajni praktycznie przeszło, ale i tak zdecydowałam się go zbadać. Wczoraj miał robioną endoskopię, czekamy na wynik.
Było to dla mnie straszne przeżycie. Ten widok, jak półtora metra rury wchodzi w Duszka .
Przy okazji zbadana została Truskawka. Sylwia zwróciła uwagę, że idąc Truskawka wydaje nietypowy odgłos przez nos. Poza tym żadnych problemów oddechowych w kłusie czy galopie nie ma, więc problem czekał na ”okazję”. Na szczęście wszystko O.K., z jednej strony to jeszcze młody koń i ma migdały młodego osobnika (jak dziecko!), a drugiej ma małą głowę więc wszystko w niej też mniejsze. Truskawka stanęła na wysokości zadania, dała sobie bez większych problemów wepchnąć rurę najpierw do jednego nozdrza, potem do drugiego.
Obawiałam się, że po wczorajszych niemiłych przeżyciach Duszek nie będzie chciał do mnie przyjść. Ale nie – dziś przybiegł jak zwykle. To jest koń, który potrafi wybaczać.
16 maj 2009
Bonusy kursowe
________
Po majowych kursach dotarła do mnie taka oczywista oczywistość: oprócz warstwy wierzchniej, czyli wskazówek i instrukcji, jak się z koniem bawić, gdzie stanąć, jak siedzieć, jak stosować fazy, itd – czyli to wszystko, czego po kursie się spodziewamy – kursy oferują nam bonusy, warstwy ukryte.
Na ostatnim kursie dokopałam się do dwóch. Nie wątpię, że jest ich więcej i mam nadzieję, że będą mogła do nich stopniowo docierać (mówię, że mam nadzieję, bo po ostatnim kursie + lekcje z Bernim ogłosiłam bankructwo). Oto one:
Uwagi Berniego na temat jakiegoś szczegółu czy czyjegoś zachowania, który dopasowujemy potem do układanki i obraz staje się jaśniejszy, perspektywa danego zagadnienia się rozszerza albo coś po prostu przestaje być suchą treścią i zaczyna żyć.
Uwagi Berniego na temat konia. Przebywamy ze swoimi końmi ileś czasu, uczymy się ich, a potem okazuje się,że Berni widzi coś, co nam umykało. Może nie dotyczy to każdego z nas, ale w moim wypadku tak jest. Berni pokazał mi w Duszku rzeczy, na które byłam zupełnie ślepa.
Warstwy pierwszej można nauczyć się z materiałów: płyt, Savvy Clubu, rónych publikacji. Natomiast żeby widzieć więcej potrzebny jest człowiek, który poza wiedzą i doświadczeniem myśli po końsku. Bez kontaktu z takim człowiekiem trudno jest wyjść poza techniczne umiejętności. I dla mnie właśnie to jest największą wartością kursów.
Po majowych kursach dotarła do mnie taka oczywista oczywistość: oprócz warstwy wierzchniej, czyli wskazówek i instrukcji, jak się z koniem bawić, gdzie stanąć, jak siedzieć, jak stosować fazy, itd – czyli to wszystko, czego po kursie się spodziewamy – kursy oferują nam bonusy, warstwy ukryte.
Na ostatnim kursie dokopałam się do dwóch. Nie wątpię, że jest ich więcej i mam nadzieję, że będą mogła do nich stopniowo docierać (mówię, że mam nadzieję, bo po ostatnim kursie + lekcje z Bernim ogłosiłam bankructwo). Oto one:
Uwagi Berniego na temat jakiegoś szczegółu czy czyjegoś zachowania, który dopasowujemy potem do układanki i obraz staje się jaśniejszy, perspektywa danego zagadnienia się rozszerza albo coś po prostu przestaje być suchą treścią i zaczyna żyć.
Uwagi Berniego na temat konia. Przebywamy ze swoimi końmi ileś czasu, uczymy się ich, a potem okazuje się,że Berni widzi coś, co nam umykało. Może nie dotyczy to każdego z nas, ale w moim wypadku tak jest. Berni pokazał mi w Duszku rzeczy, na które byłam zupełnie ślepa.
Warstwy pierwszej można nauczyć się z materiałów: płyt, Savvy Clubu, rónych publikacji. Natomiast żeby widzieć więcej potrzebny jest człowiek, który poza wiedzą i doświadczeniem myśli po końsku. Bez kontaktu z takim człowiekiem trudno jest wyjść poza techniczne umiejętności. I dla mnie właśnie to jest największą wartością kursów.
8 maj 2009
Przed kursem, na kursie, po kursie
_________
Załadunek Duszka do przyczepy był smutny. Zaczęło się dobrze, na pokazanie kierunku wszedł i zaraz wyszedł, na co mu pozwoliłam zgodnie z naukami Berniego. Powtórzyliśmy to jeszcze kilka razy. A potem stajenny wypuścił konie na padoki i to był koniec wysiłku Duszka. Odmówił wchodzenia dalej niż przednimi nogami na trap. W końcu samochód podjechał do wyjścia ze stajni, droga na boki została ograniczona lonżą i tak Duszek wszedł. W sumie ładowanie zajęło nam ok. 40 minut i zostawiło we mnie głęboki niesmak.
Pierwszego dnia po zajęciach miałam przebłysk geniuszu. Czekałam, aż Sylwia skończy lekcję z Bernim i zwolni ujeżdżalnię, na której stała przyczepa. Miałam zamiar ćwiczyć wchodzenie. No i wtedy pojawił się ten błysk: powierzyć to zadanie Berniemu! Berni zgodził się. W sumie pracował z Duszkiem 5 godzin, przed zajęciami i po zajęciach. Obserwując ich wiele się nauczyłam, a jednocześnie przekonałam się, że sama nigdy bym tego nie dokonała (no, może w pół roku). Duszek wchodził bez oporów i stał spokojnie czekając na sygnał, że może wyjść.
Efektem tego była moja trauma dnia ostatniego. W pewnym sensie wzięła się też z formy zajęć w tym dniu. Każda para kolejno robiła CG, reszta obserwowała, potem była krótka rozmowa co się podobało i co mogło być lepiej, Berni dawał wskazówki i para robiła sesję poprawkową. W związku z tym zaangażowanie moje nie było zbyt wielkie, przez co umysł i wyobraźnia znalazly sobie temat poboczny. Była nim wizja powrotu via Truskawka. Po kursie mieliśmy po drodze zabrać Truskawkę i pojechać do nowej stajni. Wizja moja wyglądała tak, że próbuję ją załadować, ona nie chce wejść, walczymy, a w przyczepie Duszek coraz bardziej się denerwuje, wszystko, co Berni osiągnął, idzie na marne, w Duszku rośnie uraz do przyczepy. Im więcej o tym myśłałam, tym bardziej się nakręcałam, po lunchu nie byłam już w stanie zebrać myśli. Zajęcia odpuściłam, Duszek poszedł paść się na padok, a ja pasłam się Validolem Ani Asumptowej. Po spożyciu połowy opakowania wpadłam z kolei w stan otępienia. Jednym słowem masakra.
Przygotowany przez Berniego Duszek załadował się bez problemu. Dojechaliśmy do Truskawki, lunęło, ona na padoku. Zanim ją ściagnęłam, przemoczona byłam kompletnie. Może to i lepiej, bo trochę mnie to otrzeźwiło. No i okazało się, że z końmi nie należy robić żadnych założeń, w żadną stronę. No assumptions. Zagrała dobra strona "czarno-mamboizmu". Truskawka spojrzała i z wyniosłą miną księżniczki po prostu weszła. I pojechaliśmy do nowej stajni. Nowa stajnia to temat na osobną notkę.
A poza tym kurs był naprawdę bardzo, bardzo pouczający. Przekonałam się, że mogę z Duszkiem rozmawiać bardzo niskimi fazami i on mnie rozumie. Nie muszę krzyczeć ani wrzeszczeć. Mogę mówić, a czasami nawet szeptać. Poprawiliśmy chody boczne z ziemi i z siodła. Mam wytyczne i wiele uwag na temat Dusiaczka. Mamy co robić do następnego kursu. Ale na ten kurs pojadę pod jednym warunkiem: że do tego czasu będę miała możliwość przekonać się, że Duszek nadal akceptuje przyczepę. Jeśli tego nie zrobię, nigdzie nie będziemy jeździć. Nie będę ryzykować, że znowu narażę go na taki stres.
Przy okazji chciałam wygłosić hymn pochwalno-dziękczynny: Kasiu i święty Mikołaju, który dałeś Kasi przyczepę. Bez Was te lekcje by nie były możliwe. Dziękuję w imieniu Dusiaczka.
Załadunek Duszka do przyczepy był smutny. Zaczęło się dobrze, na pokazanie kierunku wszedł i zaraz wyszedł, na co mu pozwoliłam zgodnie z naukami Berniego. Powtórzyliśmy to jeszcze kilka razy. A potem stajenny wypuścił konie na padoki i to był koniec wysiłku Duszka. Odmówił wchodzenia dalej niż przednimi nogami na trap. W końcu samochód podjechał do wyjścia ze stajni, droga na boki została ograniczona lonżą i tak Duszek wszedł. W sumie ładowanie zajęło nam ok. 40 minut i zostawiło we mnie głęboki niesmak.
Pierwszego dnia po zajęciach miałam przebłysk geniuszu. Czekałam, aż Sylwia skończy lekcję z Bernim i zwolni ujeżdżalnię, na której stała przyczepa. Miałam zamiar ćwiczyć wchodzenie. No i wtedy pojawił się ten błysk: powierzyć to zadanie Berniemu! Berni zgodził się. W sumie pracował z Duszkiem 5 godzin, przed zajęciami i po zajęciach. Obserwując ich wiele się nauczyłam, a jednocześnie przekonałam się, że sama nigdy bym tego nie dokonała (no, może w pół roku). Duszek wchodził bez oporów i stał spokojnie czekając na sygnał, że może wyjść.
Efektem tego była moja trauma dnia ostatniego. W pewnym sensie wzięła się też z formy zajęć w tym dniu. Każda para kolejno robiła CG, reszta obserwowała, potem była krótka rozmowa co się podobało i co mogło być lepiej, Berni dawał wskazówki i para robiła sesję poprawkową. W związku z tym zaangażowanie moje nie było zbyt wielkie, przez co umysł i wyobraźnia znalazly sobie temat poboczny. Była nim wizja powrotu via Truskawka. Po kursie mieliśmy po drodze zabrać Truskawkę i pojechać do nowej stajni. Wizja moja wyglądała tak, że próbuję ją załadować, ona nie chce wejść, walczymy, a w przyczepie Duszek coraz bardziej się denerwuje, wszystko, co Berni osiągnął, idzie na marne, w Duszku rośnie uraz do przyczepy. Im więcej o tym myśłałam, tym bardziej się nakręcałam, po lunchu nie byłam już w stanie zebrać myśli. Zajęcia odpuściłam, Duszek poszedł paść się na padok, a ja pasłam się Validolem Ani Asumptowej. Po spożyciu połowy opakowania wpadłam z kolei w stan otępienia. Jednym słowem masakra.
Przygotowany przez Berniego Duszek załadował się bez problemu. Dojechaliśmy do Truskawki, lunęło, ona na padoku. Zanim ją ściagnęłam, przemoczona byłam kompletnie. Może to i lepiej, bo trochę mnie to otrzeźwiło. No i okazało się, że z końmi nie należy robić żadnych założeń, w żadną stronę. No assumptions. Zagrała dobra strona "czarno-mamboizmu". Truskawka spojrzała i z wyniosłą miną księżniczki po prostu weszła. I pojechaliśmy do nowej stajni. Nowa stajnia to temat na osobną notkę.
A poza tym kurs był naprawdę bardzo, bardzo pouczający. Przekonałam się, że mogę z Duszkiem rozmawiać bardzo niskimi fazami i on mnie rozumie. Nie muszę krzyczeć ani wrzeszczeć. Mogę mówić, a czasami nawet szeptać. Poprawiliśmy chody boczne z ziemi i z siodła. Mam wytyczne i wiele uwag na temat Dusiaczka. Mamy co robić do następnego kursu. Ale na ten kurs pojadę pod jednym warunkiem: że do tego czasu będę miała możliwość przekonać się, że Duszek nadal akceptuje przyczepę. Jeśli tego nie zrobię, nigdzie nie będziemy jeździć. Nie będę ryzykować, że znowu narażę go na taki stres.
Przy okazji chciałam wygłosić hymn pochwalno-dziękczynny: Kasiu i święty Mikołaju, który dałeś Kasi przyczepę. Bez Was te lekcje by nie były możliwe. Dziękuję w imieniu Dusiaczka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
