W dwóch zdaniach, bo robota goni.
Postępy siodłowe: Campina 15 minut stępa plus dwie minutki grzbietowego pasienia na poboczu, na koniec rozluźnienie, parskanie. Myślałam, że na etapie 10 minut na dłużej utkniemy. Brytania: pierwszy kłus! Szczegóły Sis na pewno opisze. Wstawi też zapewne zdjęcia. Chciałabym ją wyręczyć, ale nie zrobię jej tego...
Surówki zadowolone z terenowego wytargania w środę. Sekwana przybiegła do Młodej! Akord co prawda tradycyjnie z głową w chmurach (w trawie), w ogóle nas nie zauważył, ale jak wróciłyśmy, to zarżał i przyszedł. Też na plus.
Jeszcze dwa słowa o mnie i emocjach. Czasem energii mam więcej, czasem mniej, ale od dłuższego czasu nie zdarzyło mi się mieć negatywną (wściekać się na konie... albo na ludzi). Oby tak już zostało. Lubię to. Campina też, i bliscy ;)
Każdy z nas pracuje z końmi. Każdy z nas ma coś wspólnego z PNH - niektórzy idą ściśle z programem, inni łączą naturals z najlepszymi elementami szkoły tradycyjnej, niemniej wszyscy uznają, że Pat Parelli wymyślił coś niezwykłego, co otworzyło nam drogę do współpracy z koniem na zupełnie nowym poziomie. Jeśli pracujesz z koniem metodą Pata Parellego i chcesz zostać współtwórcą tego bloga, napisz krótki e-mail w tej sprawie na adres dorota.konowrocka@gazeta.pl
20 sie 2012
17 sie 2012
Surówki na spacerze
Po weekendze, kiedy to rudą wymęczyłam (głównie stępem) tak, że sugerowała mi zakręcanie w każdą drogę prowadzącą w stronę domu, stwierdziłam, że w środę dam jej wolne. Wzięłam więc na spacer Glutka, Młoda wzięła Czarnulkę. Śmiesznie się chodzi z koniem nieco mniej sterownym niż nasza "bazowa trójka". Z kałużami też jest więcej wątpliwości ;) Akord dość szybko załapał reguły, nie podgryzał zieleniny nielegalnie. W kwestii kałuż nie wymagałam od niego zbyt wiele, bo to jeszcze dla naczelnego histeryka naszej stawki dość trudny temat. No i widzę, że się stara. Nie ma nic gorszego niż pchnąć za mocno zwierzę, która się stara dla swojego człowieka. To świetny sposób, żeby zniechęcić do współpracy i pozbawić pewności siebie. Ostatecznie znalazłam kałużę łatwą - bez stromego wejścia, przejrzysta woda - i Glutek bardzo dumny z siebie, po chwili wahania, przeczłapał. No i mógł zająć się tym, co lubi najbardziej...

...tyle że dla niego woda oznacza jeszcze stres. Z Sekwaną jest inaczej. Zdecydowanie za długą miała przerwę w wymaganiach. W związku z tym zaczynała teren w takim nastroju:

Ogólnie wyraz niezadowolenia, że się czegoś od niej wymaga. Czarnucha jest koniem błotnym. W poprzedniej stajni, gdzie na pastwisku było bagno ... cóż, wiadomo było gdzie królewny szukać, po brzuch w breji. Swoje piękne, bujne szczoty utaplane miała zawsze kompletnie. Tutaj wybieg mają suchy, więc mniej ma okazji, żeby się wykazać. Niemniej jednak nie uwierzę, że ten koń boi się kałuży. Oj, dyskutowała mocno, w trasie udawała żyrafę, podgryzając bukowe gałązki, ale na koniec spaceru efekt został osiągnięty - przechodziła przez te nieszczęsne kałuże, a uszy ustawiły się do przodu. O ile dla Akorda żarcie jest średnią motywacją, samo "dałem radę!" i zadowolony człowiek robi mu najlepiej, o tyle ona była przeszczęśliwa, kiedy w końcu dostała możliwość dołączenia do pasienia na trawce. I pomyśleć, że to jest koń, który, nie umiejąc jeszcze pogryźć marchewki, z samej ciekawości co będzie dalej przylatywał do nas galopikiem. Trzeba będzie trochę pokopać za tym charakterkiem, częściej z nią pracować (jest następna w kolejce do siodłania) i myślę, że nastawienie wróci. Widać , że zdecydowanie więcej ma wewnętrznej pewności siebie i mniej tendencji do opierania się na człowieku. Akord za to, jako jedyny z naszego stadka, naprawdę opiera się na przywództwie człowieka. Jeśli nie ufa szefowi, robi się niebezpieczny, jak uwierzy w oparcie, to się opiera, naprawdę, całym sobą. Ciekawe doświadczenie, nigdy nie miałam okazji pracować z takim koniem jakoś więcej. Jeśli nie traci się pewności siebie i ma się wizję na pracę (czyli leadership nie kuleje) to jest według mnie duuużo łatwiej, niż przekonywać wątpiącego, sceptycznego partnera, który sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem, że może coś na tej relacji zyskać. Tu trzeba iść w ciekawe pomysły, byle czym się nie zaimponuje :)
Dodam jeszcze, że Czarnulka zawojowała już też serca za granicą. Wysłałam jej zdjęcie znajomej, od której sprowadzam suplement mineralny, żaląc sę, że nam zrudziała ostatnio znowu mocno. W efekcie dostanę próbkę na dwa miesiące nowego preparatu dla niej, a Czarna ma się starać i czernieć, jak jej to dobrze wyjdzie, to wyląduje w sekcji "before & after" na stronie californiatrace :) Sally wierzy, że tak właśnie będzie, mówi, że nowy suplement naprawdę rewelacyjnie działa. Zobaczymy.
Na koniec jeszcze o rudej dwa słowa. Jak już pisałam, zrobiłam jej wolne. Przyszłam na pastwisko tylko kantar jej zmienić. Weszłam, wołam ją od bramy, a ona, zamiast jak zwykle, obserwować jak się zbliżam, i w końcu łaskawie podnieść główkę i postępować w moją stronę, od razu oderwała się od jedzenia i przybiegła kłusem. Jestem w małym szoku ;) Wyskrobałam ją konkretnie - chociaż tyle, nie byłam na to przygotowana i nawet marchewki nie miałam przy sobie :) W sobotę chcę na nią wsiadać (na kolejne 10 minut ;)), skoro Młoda już wróciła. Ciekawam, czy utrzyma jej się entuzjastyczne nastawienie.

...tyle że dla niego woda oznacza jeszcze stres. Z Sekwaną jest inaczej. Zdecydowanie za długą miała przerwę w wymaganiach. W związku z tym zaczynała teren w takim nastroju:

Ogólnie wyraz niezadowolenia, że się czegoś od niej wymaga. Czarnucha jest koniem błotnym. W poprzedniej stajni, gdzie na pastwisku było bagno ... cóż, wiadomo było gdzie królewny szukać, po brzuch w breji. Swoje piękne, bujne szczoty utaplane miała zawsze kompletnie. Tutaj wybieg mają suchy, więc mniej ma okazji, żeby się wykazać. Niemniej jednak nie uwierzę, że ten koń boi się kałuży. Oj, dyskutowała mocno, w trasie udawała żyrafę, podgryzając bukowe gałązki, ale na koniec spaceru efekt został osiągnięty - przechodziła przez te nieszczęsne kałuże, a uszy ustawiły się do przodu. O ile dla Akorda żarcie jest średnią motywacją, samo "dałem radę!" i zadowolony człowiek robi mu najlepiej, o tyle ona była przeszczęśliwa, kiedy w końcu dostała możliwość dołączenia do pasienia na trawce. I pomyśleć, że to jest koń, który, nie umiejąc jeszcze pogryźć marchewki, z samej ciekawości co będzie dalej przylatywał do nas galopikiem. Trzeba będzie trochę pokopać za tym charakterkiem, częściej z nią pracować (jest następna w kolejce do siodłania) i myślę, że nastawienie wróci. Widać , że zdecydowanie więcej ma wewnętrznej pewności siebie i mniej tendencji do opierania się na człowieku. Akord za to, jako jedyny z naszego stadka, naprawdę opiera się na przywództwie człowieka. Jeśli nie ufa szefowi, robi się niebezpieczny, jak uwierzy w oparcie, to się opiera, naprawdę, całym sobą. Ciekawe doświadczenie, nigdy nie miałam okazji pracować z takim koniem jakoś więcej. Jeśli nie traci się pewności siebie i ma się wizję na pracę (czyli leadership nie kuleje) to jest według mnie duuużo łatwiej, niż przekonywać wątpiącego, sceptycznego partnera, który sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem, że może coś na tej relacji zyskać. Tu trzeba iść w ciekawe pomysły, byle czym się nie zaimponuje :)
Dodam jeszcze, że Czarnulka zawojowała już też serca za granicą. Wysłałam jej zdjęcie znajomej, od której sprowadzam suplement mineralny, żaląc sę, że nam zrudziała ostatnio znowu mocno. W efekcie dostanę próbkę na dwa miesiące nowego preparatu dla niej, a Czarna ma się starać i czernieć, jak jej to dobrze wyjdzie, to wyląduje w sekcji "before & after" na stronie californiatrace :) Sally wierzy, że tak właśnie będzie, mówi, że nowy suplement naprawdę rewelacyjnie działa. Zobaczymy.
Na koniec jeszcze o rudej dwa słowa. Jak już pisałam, zrobiłam jej wolne. Przyszłam na pastwisko tylko kantar jej zmienić. Weszłam, wołam ją od bramy, a ona, zamiast jak zwykle, obserwować jak się zbliżam, i w końcu łaskawie podnieść główkę i postępować w moją stronę, od razu oderwała się od jedzenia i przybiegła kłusem. Jestem w małym szoku ;) Wyskrobałam ją konkretnie - chociaż tyle, nie byłam na to przygotowana i nawet marchewki nie miałam przy sobie :) W sobotę chcę na nią wsiadać (na kolejne 10 minut ;)), skoro Młoda już wróciła. Ciekawam, czy utrzyma jej się entuzjastyczne nastawienie.
11 sie 2012
It's not about the ..., czyli rzecz o relacjach
Po ostatnim kryzysie, kiedy nie popisałam się oceną sytuacji i wymagałam od rudzielca wykonania zbyt trudnego zadania, raczej już się dogadałyśmy. Tradycyjnie mam wrażenie, że jest lepiej niż przed dołkiem. Sesja "placowa" była jedna, ta opisana tutaj, później nie było czasu/pogody/nastroju na pracę na placu, parę razy jeszcze byłyśmy w terenie.
A w terenie trzy ciekawe obserwacje.
Kałuże sobie oswajamy. Problemu z kałużami Campina nie ma, ale to nie znaczy, że nie można zrobić z nich "tematu do rozmowy". Pracuję nad tym, żeby koń naprawdę bez wahania wchodził w kałużę, którą jej wskażę. Jeśli nie daję innych wskazówek, może szukać własnej trasy, przejść przez (czasem to robi) albo pójść bokiem. Poziom wyżej - jesli kłusujemy i proszę o przejście kałuży, to koń ma kałużę przekłusować. Jest zdecydowanie dobrze. Moje prośby nie są kwestionowane, a jeśli nawet, to bez przekonania - po chwili, dwóch-trzech próbach udaje się uzyskać zamierzony efekt.
Kolejny powód - poza samą radochą z drogi ;) - dla którego to robię: liczę na to, że przeniesie się to na siodło. Bo druga obserwacja dotyczy siodła. Wsiadam wreszcie na rude po naprawdę długim czasie! Słabe osiągnięcie dla obserwatora z zewnątrz, ale ja się cieszę każdym krokiem, bo wreszcie do tego doszłyśmy. Wsiadam również w terenie na początek, z jakimś drugim koniem (najczęściej jest to Bryś) i innym człowiekiem jako "baza". Rude rozumie już, że trzeba toczyć się przed siebie. Jakoś komunikujemy się co do sterowania. Przez kałuże przechodzi nienajgorzej, choć nie tak idealnie jak z ziemi. Ostatnio nawet wykonałam z siodła manewr złożony: wprowadzić konia na trawę, dać sygnał, że może żreć, chwila popasu z siodła, a następnie dać sygnał, że żarcie skończone i wyjechać z trawy na drogę - ruszyć dalej. Nie było prosto, trochę dyskusji było, ale nie tak dużo jak myślałam. Zaczynam wierzyć, ze kiedyś będziemy naprawdę na nich jeździć ;) Czyli tu też relacja na plus - mamy podstawową komunikację z siodła! (przeżywam jak mrówka okres, wiem).
Trzecia obserwacja była dziś. Z racji nieciekawych okoliczności rodzinnych, byłam w stajni sama. No dobrze, nie sama, z Arcusem. Ja, pies i Campina - w takim zestawie poszliśmy dziś do lasu. Spodziewałam się chociaż na początku kilku zatrzymań z głową w górze, podskoków, większej ilości spłoszeń. A co było? Nic. Odrobinę furczący oddech na pierwszym odcinku. Raz w miejscu podskoczyła, jak Arcus wyskoczył z krzaka wybitnie dynamicznie. Szła ze mną tak samo, jak wtedy, kiedy idziemy większą grupą. Zrobiłyśmy sobie 9 km traskę i nawet mam loga GPS na potwierdzenie :)
Do tego obserwacja kopytna: Campina pięknie chodzi z piętki i regularnie przekracza o kopytko. Przestałam z lękiem patrzeć na każdy jej krok. Tereny z Brytanią, zdecydowanie o (co najmniej) dwa rozmiary większą, dobrze jej zrobiły na wyciąganie macek przed siebie. Nie mam kucykowej maszyny do szycia! Jupi! Strzałki są w związku z tym niebrzydkie. Wyglądają jakby pracowały. Żeby nie było tak pięknie, w nowej stajni ogólnie się towarzystwu podeszwy pobetonowały. Ruda do niedawna jeszcze tego nie miała, dziś już widziałam u niej klasyczne betony. Nie mam pojęcia z czego to wynika. No nic, grunt, że chodzi w tej chwili po wszystkim, kłus po kamyczkach sama proponuje. Może to cukier? Niestety znowu utyła i ściany trochę popłynęły - nie tak jak u Wieśka, ale jednak... Najważniejsze - nie kuleje! Wiesiek też nie!
Wiesiek... ostatnio był z nami w terenie na kantarku, nie pierwszy zresztą raz. Nawet zrobiłam coś, czego myślałam, że nigdy nie zrobię - wsiadłam na rudą, kiedy jedynym towrzystwem był właśnie on. Na kantarku. I nawet nie obawiałam się, że skończy się to malowniczą katastrofą. Taaak... wieśkowe relacje też bardzo wyraźnie skoczyły w górę, ale o tym już Młoda musi napisać u siebie. O tym i o postępach w zajeżdżaniu Brysieńki. Cała trójka ostatnio "punktuje". Byle tak dalej. Na czarną i glutka czasu wiecznie brak. Czasem się załapią na spacer albo zaplatanie grzywy w warkoczyki.
...właśnie, jutro dzień "techniczny", kowalsko-fryzjerski. Już mnie przeraża, ile jest do roboty "przy koniach", a prawdopodobnie znowu będę sama. Na terenik pewnie czasu nie starczy. Muszę jutro wrócić wcześniej do domu. Dyplom dłubać. Bo to ostatnio moje główne zajęcie domowe. Może zdążę.
Jeszcze wniosek końcowy: siodło rudej, kantarek terenowy Wieśka (i nie tylko), samotny teren rudej - to wszystko po prostu przyszło, zrobiło się samo, kiedy relacja pozowoliła. Nie wymagało "wymęczenia tematu".
It's not about the... nie tylko trailer.
No, czas znikać. Dobranoc :)
A w terenie trzy ciekawe obserwacje.
Kałuże sobie oswajamy. Problemu z kałużami Campina nie ma, ale to nie znaczy, że nie można zrobić z nich "tematu do rozmowy". Pracuję nad tym, żeby koń naprawdę bez wahania wchodził w kałużę, którą jej wskażę. Jeśli nie daję innych wskazówek, może szukać własnej trasy, przejść przez (czasem to robi) albo pójść bokiem. Poziom wyżej - jesli kłusujemy i proszę o przejście kałuży, to koń ma kałużę przekłusować. Jest zdecydowanie dobrze. Moje prośby nie są kwestionowane, a jeśli nawet, to bez przekonania - po chwili, dwóch-trzech próbach udaje się uzyskać zamierzony efekt.
Kolejny powód - poza samą radochą z drogi ;) - dla którego to robię: liczę na to, że przeniesie się to na siodło. Bo druga obserwacja dotyczy siodła. Wsiadam wreszcie na rude po naprawdę długim czasie! Słabe osiągnięcie dla obserwatora z zewnątrz, ale ja się cieszę każdym krokiem, bo wreszcie do tego doszłyśmy. Wsiadam również w terenie na początek, z jakimś drugim koniem (najczęściej jest to Bryś) i innym człowiekiem jako "baza". Rude rozumie już, że trzeba toczyć się przed siebie. Jakoś komunikujemy się co do sterowania. Przez kałuże przechodzi nienajgorzej, choć nie tak idealnie jak z ziemi. Ostatnio nawet wykonałam z siodła manewr złożony: wprowadzić konia na trawę, dać sygnał, że może żreć, chwila popasu z siodła, a następnie dać sygnał, że żarcie skończone i wyjechać z trawy na drogę - ruszyć dalej. Nie było prosto, trochę dyskusji było, ale nie tak dużo jak myślałam. Zaczynam wierzyć, ze kiedyś będziemy naprawdę na nich jeździć ;) Czyli tu też relacja na plus - mamy podstawową komunikację z siodła! (przeżywam jak mrówka okres, wiem).
Trzecia obserwacja była dziś. Z racji nieciekawych okoliczności rodzinnych, byłam w stajni sama. No dobrze, nie sama, z Arcusem. Ja, pies i Campina - w takim zestawie poszliśmy dziś do lasu. Spodziewałam się chociaż na początku kilku zatrzymań z głową w górze, podskoków, większej ilości spłoszeń. A co było? Nic. Odrobinę furczący oddech na pierwszym odcinku. Raz w miejscu podskoczyła, jak Arcus wyskoczył z krzaka wybitnie dynamicznie. Szła ze mną tak samo, jak wtedy, kiedy idziemy większą grupą. Zrobiłyśmy sobie 9 km traskę i nawet mam loga GPS na potwierdzenie :)
Do tego obserwacja kopytna: Campina pięknie chodzi z piętki i regularnie przekracza o kopytko. Przestałam z lękiem patrzeć na każdy jej krok. Tereny z Brytanią, zdecydowanie o (co najmniej) dwa rozmiary większą, dobrze jej zrobiły na wyciąganie macek przed siebie. Nie mam kucykowej maszyny do szycia! Jupi! Strzałki są w związku z tym niebrzydkie. Wyglądają jakby pracowały. Żeby nie było tak pięknie, w nowej stajni ogólnie się towarzystwu podeszwy pobetonowały. Ruda do niedawna jeszcze tego nie miała, dziś już widziałam u niej klasyczne betony. Nie mam pojęcia z czego to wynika. No nic, grunt, że chodzi w tej chwili po wszystkim, kłus po kamyczkach sama proponuje. Może to cukier? Niestety znowu utyła i ściany trochę popłynęły - nie tak jak u Wieśka, ale jednak... Najważniejsze - nie kuleje! Wiesiek też nie!
Wiesiek... ostatnio był z nami w terenie na kantarku, nie pierwszy zresztą raz. Nawet zrobiłam coś, czego myślałam, że nigdy nie zrobię - wsiadłam na rudą, kiedy jedynym towrzystwem był właśnie on. Na kantarku. I nawet nie obawiałam się, że skończy się to malowniczą katastrofą. Taaak... wieśkowe relacje też bardzo wyraźnie skoczyły w górę, ale o tym już Młoda musi napisać u siebie. O tym i o postępach w zajeżdżaniu Brysieńki. Cała trójka ostatnio "punktuje". Byle tak dalej. Na czarną i glutka czasu wiecznie brak. Czasem się załapią na spacer albo zaplatanie grzywy w warkoczyki.
...właśnie, jutro dzień "techniczny", kowalsko-fryzjerski. Już mnie przeraża, ile jest do roboty "przy koniach", a prawdopodobnie znowu będę sama. Na terenik pewnie czasu nie starczy. Muszę jutro wrócić wcześniej do domu. Dyplom dłubać. Bo to ostatnio moje główne zajęcie domowe. Może zdążę.
Jeszcze wniosek końcowy: siodło rudej, kantarek terenowy Wieśka (i nie tylko), samotny teren rudej - to wszystko po prostu przyszło, zrobiło się samo, kiedy relacja pozowoliła. Nie wymagało "wymęczenia tematu".
No, czas znikać. Dobranoc :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)