31 gru 2012

A jednak


Myślałam, że Duszek już niczym mnie nie zaskoczy w kwestii swego strachajstwa, a jednak ...

Osiodłałam rudego rumaka i poszłam po strzemiona (jeszcze nie dorobiłam się strzemion do nowego siodła, więc strzemiona z puśliskami przekładam z jednego siodła do drugiego). Wracam i na mój widok panika: ona niesie coś strasznego! Ratunku!

Pojechałyśmy z koleżanką na spacer. Jak to przed Sylwestrem, wokół strzelało i huczało. Ku mojemu zdumieniu oba konie (oba wypłosze) zachowały spokój stoicki, nic je nie ruszało. Raz gruchnęło tak blisko, że sama się przestraszyłam, aż podskoczyłam w siodle. Duszek nawet nie drgnął, dalej szedł swoim pełnym godności, niespiesznym stępem. Trochę to podważyło moją wiarę w teorię, że koniowi udzielają się nastroje jeźdźca.

Blogowy rok zakończę stwierdzeniem optymistycznym. Mimo warunków do jeździectwa tragicznych (w sobotę Truskawka wywaliła się na lodowisku, w które zamieniła się nasza ujeżdżalnia*), jestem do rzeczywistości nastawiona bardzo pozytywnie. Bo już mamy z górki. Dzień coraz dłuższy, nieważne, że jeszcze tego zauważyć się nie daje, ale wystarczy, że mam to w głowie. :) :) :)  Kasia, mam nadzieję, że się tym podejściem zarazisz.


*nie, nie próbowałam na niej tam jeździć. Chciałam zabrać ją na spacer nad jezioro, a żeby tam się dostać, trzeba przejść przez ujeżdżalnię (tfu, tfu, przez lodowisko). Głupio zrobiłam, wykazałam się kompletnym brakiem wyobrażni, na szczęście nic się nie stało.  

25 gru 2012

Powerless, part 2: kopytoterapia

Tak, zima. Do tego znowu jakaś niewydarzona, wyglądająca jak przedwiośnie, tylko z cholerną zimową nocą polarną. Świat się nie skończył, trzeba z tym żyć.

Dopóki jeszcze był śnieg, szło jakoś do przodu. Dziś odwilż. Świat składa się głównie z psich gówien i placków lodu (wersja miejska) oraz błota, końskich gówien i pewnie też placków lodu (wersja stajenna - wizja artystyczna, bo nie byłam tam dzisiaj, ale się nie łudzę, że snieg u nich nadal leży). Myślę o tym, że ja tutaj z grubsza bez efektów gapię się w monitor, a one tam ślizgają się na tym błocie i lodzie, moczą nogi w gnoju, stojąc smętne i głodne, bo nie zmontowałam im paśnika, bo tu siedzę i gapię się bez sensu i nieproduktywnie w ekran (po co?). Stoją w tymże błocie i gnoju krótko, bo do 14, potem wracają do ciepłej stajni, gdzie wdychają pył i amoniak. W niedzielę wizyta u nich. Campi i Bryś kaszlnęły.

Świat mnie przerasta.

Marzył mi się dziś rano spacer z psem, który na święta przyjechał do Sopotu. Wczorajszy dał mi energię na cały dzień, na odrobinę pomocy mamie w organizacji wigilii, dałyśmy radę :) Dziś niestety ledwie się ruszałam na tym lodzie. Po pół godzinie i półtora kilometra lawirowania między lodem a psimi kupami, zrezygnowałam.

Jedyne, co poprawia mi humor, to kopyta. Pamięta ktoś Akorda? :)
Przeszliśmy razem od tego...
Przez to...
...i to...
...oraz to...
...do tego.
(Tak, to jest lewa przednia noga Akorda).

Ujęcia od piętek. Start - fajna dziura w miejscu strzałki gąbczastej?..
Ciekawe jest, jak ściany się wygięły pod nowymi siłami od strony podkowy, widać, że nie są w stanie znieść żadnego obciążenia.
Delikatnie mówiąc - medial-lateral imbalance ;) teraz się mogę z tego śmiać...
Piętki powoluuutku się wypełniają, ale dziura pośrodku nadal straszy.
:)
Od podeszwy - strzałka wygląda na szeroką, ale była cieniutka jak pergamin:
Przygotowany do okucia:
Myslę, że słabsze piętki są absolutnie niemożliwe, podobnie jak większy niedorozwój strzałki gąbczastej... katy wsporowe, rozciągnięte na siłę dziwnym kształtem kopyta, robiły wszystko, żeby zawędrować w tę próżnię na środku, inaczej mówiąc - się zawęzić.
...tu widać, że im się udaje, nie ma dziury na środku, kąty wsporowe wyraźnie węższe, choć piętki pełniejsze.
Nie oszukujmy się, to nadal jest slabe kopyto - ale już wygląda jak kopyto. Prawda?


Jeszcze od przodu, dla kompletu:


Kiedy totalnie nic już nie ma sensu, myślę, że może jeszcze jakiemuś uda mi się pomóc. Wstaję i idę dalej. Czekanie aż ktoś mnie podniesie nie ma sensu. Nikt zdolny mi pomóc się tu nie wybiera :)

....kopytoterapię uważam za zakończoną. Czas się zbierać i generować informacje na mocne przedwczoraj. Chłopaki z Linkin Park pomagają jak umieją ;) Jutro rano wezmę moje kochane yaktraxy, Arcusa i naładuję się energią w lesie. Jakiś głupi lód nie będzie mi przeszkadzał...

23 gru 2012

Przyczyny i skutki picia Bombardino*


W sobotę pół godziny stępa na Truskawce, bo na szybciej podłoże nie pozwala, a na dłużej mróz. Dzisiaj -  pól godziny stępa na Duszku, bo jak wyżej. Pół godziny wystarcza, żeby nie czuć palców u nóg, za to czuć zimno w każdym innym kawałeczku ciała. Lekarstwo: szybko do domu i gorące Bombardino na rozgrzewkę.

Jak mróz potrzyma dłużej, czeka mnie kompletna wymiana garderoby. Ciekawe, jaki rozmiar będę nosić jako żywe  wcielenie reklamy Michelina.

  

*Bombardino - włoski napój alkholowy, popularny zwłaszcza wśród narciarzy w okolicach Alp. W skład podawanego na gorąco napoju wchodzą: ajerkoniak, whisky, brandy lub rum, bita śmietan, niekiedy kawa.

21 gru 2012

Dojechać ciężko, wyjechać też ciężko


Rano wychodzę do pracy – ciemno-zimno albo ciemno-mokro. Po pracy mam jechać do stajni. Wychodzę z pracy – wciąż ciemno-zimno albo ciemno-mokro. Odechciewa mi się stajni, szukam pretekstu, żeby nie jechać. Dojeżdżam metrem do zaparkowanego samochodu, jeszcze bardziej mi się nie chce, ale pretekstu nie znalazłam. Wsiadam i jadę 30 km.  Tam też ciemno-zimno albo ciemno-mokro. 

Ale jak już dojadę, nie chce mi się wyjeżdżać. Ciemno, zimno i mokro przestaje się liczyć. Jest fajnie.

11 gru 2012

Krótkie dni

...wygrywają ze mną, niestety. Nie mogę zebrać się, żeby wstać i pojechać do stajni. Jak już wstanę i wyjadę, to robi sie 12-13, liczę: zanim dojadę do stajni, wezmę konia, będzie 14-15, zmrok. Najczęściej wtedy odpuszczam. Trzy tygodnie nie widziałam koni. Zaczęły mi się śnić, chude i brudne, upchnięte w 3 w jednym boksie, uciekające z niego oknem. Ostatnio w sobotę przyjechałam, musiałam je zobaczyć. Ale późno było. Policzyłam nogi. Policzyłam głowy. Podzieliłam jedno przez drugie. Wyszła liczba całkowita, pierwszy plus. Liczba głów też prawidłowa, drugi plus. Kobyłom opiłowałam przydługie pazurki. Mama wspomogła w czyszczeniu. Witaminki uzupełniłam. Ruda nie przyszła się przywitać. Nie mam jeszcze siły pracować nad jej nastawieniem, najpierw muszę nad swoim popracować ;) Mam nadzieję, że w międzyczasie nogi im nie poodpadają. Kuce wyglądają nieźle. Duże kobyły słabo. Spadły im mięśnie. Podejrzewam, że siano ma za mało białka. Muszę się zorganizować i wysłać je do badania, żeby potwierdzić te domysły. Może im sieczkę z trawy lucerną zastąpię? Poza tym czekam na siatkę. Paśnik chcę zrobić na cały balot. Żeby nie były głodne na wybiegu, nie żarły słomy w boksach w nocy. Jakoś tak powoli to wszystko idzie. Dzień taki krótki, trudno się wstaje. Jeszcze trochę. Byle do końca świata. Później się ma wydłużać. Tak zawsze było. Może się uda jeszcze raz.

Powód, żeby rano wstać

Od niedzieli mam pod opieką Arcusa :) Jego niegasnący entuzjazm do ,,tylu rzeczy do obsikania'' bywa zaraźliwy :) No i świadomość, że chce wyjść, wyciąga mnie z łóżka o jednocyfrowej godzinie. Dobrze. Chodzimy po lesie, wąchamy...

Myszek szukamy...

...czasem dość głęboko, w zmarzniętej ziemi, z wielkim zaangażowaniem!...

Bierzemy się za ambitne patyczki!

...i dajemy radę zabrać je ze sobą.

...Rzuuuuć! Poooszarp się!...

Byliśmy w Matemblewie, u matki matek. GPS padł w połowie, więc dwie części. Byliśmy w pobliskim lesie, na starej strzelnicy i wracaliśmy po nieznanej ścieżce. Szlifowaliśmy tę nowopoznaną ścieżkę w trudniejszej wersji - po zmroku, a na koniec dorzuciliśmy plażę.

Dobrze nam razem. Szkoda, że jutro Arcus wraca do domu. Rano jeszcze raz pomoże mi wstać ;) i pojechać na uczelnię, spróbować powalczyć. Głupio tak się dać skosić przed samą metą. Chyba.

Została jedna wizyta w terenie dziś. Dokąd by tu... las? plaża? wokół sąsiedniego osiedla? Wyjdzie w praniu. Go.

Czego nie robi się dla konia


Podczas wakacji miałam lekcje z Marią Iwanowską. Pani Maria powiedziała, że powinnam nauczyć się lepiej panować nad swoim ciałem i zaleciła zajęcia z techniki Alexandra albo yogę.

Instruktorów techniki Aleksandra jest w Polsce niewielu, więc wystartowałam z yogą. Wystartowałam i od razu wyhamowałam, bo nie podobało mi się. Prowadzący był jakiś rozlazły (może instruktor yogi powinien taki być?), poza tym w polecanym ośrodku organizacja była dla mnie nie do przyjęcia. Opłacając miesiąc zajęć można przychodzić dowoloną ilośc razy. Na pierwszy rzut oka super deal, ale tylko dla osób niepracujących. Zajęcia są na różnym poziomie. Ten sam poziom (w moim przypadku początkujący) odbywa się w różnych godzinach. W efekcie bym mogła chodzić dwa razy w tygodniu. Dwa razy w tygodniu dawało cenę jednostkową bardzo wysoką. W dodatku komfort zajęć jest odwrotnie proporcjonalny do tej wysokiej ceny, bo przychodzi na nie tłum – firma ta nie wprowadza ograniczeń ilościowych, a zajęcia popołudniowe zawsze są bardziej oblegane.

Yoga poszła w odstawkę. Zamiast tego postanowiłam wypróbować pilates. Dlaczego pilates?  Po pierwsze ma elementy zalecanej yogi. Po drugie te zajęcia „mam pod ręką” – organizowane są w pracy i tu się odbywają.

Dziś byłam na pierwszych zajęciach. Nie było łatwo, ale podobało mi się, a nawet dokonałam jednego ciekawego odkrycia na temat własnego ciała. Na razie mam szczery zamiar kontynuować. Dla koni.

10 gru 2012

Zima głupcze


Mróz, śnieg, a ja w sobotę wybrałam się w teren w odzieżowej wersji "jesień". Zwyczajna kurtka, zwyczajne bryczesy, zwyczajne skarpetki ... Zimno było. Zimno było jak już wsiadałam na konia. Potem było jeszcze zimniej. Zimno dopóki nie ruszyliśmy szybciej. Wtedy zrobiło się tak ciepło, że rozgrzałam się „od stóp do głów”, w dosłownym znaczeniu tego powiedzonka.  

Bilans strachów Duszkowych:
  • strachy-daję-nura-w-bok:  dwa. Pierwszy strachopotwór: zając; drugi strachopotwór: obiekt niezindentyfikowany kiepskimi ludzkimi zmysłami.
  • strachy-stoję-i-myślę: dwa. Rachityczna gałązka leżąca w poprzek zaśnieżonej ścieżki; te same co poprzednio zabudowania nagle pojawiające się za wzniesieniem.

W niedzielę po doświadczeniach dnia poprzedniego zajechałam do stajni w wersji odzieżowej Z1, tzn. odzież zimowa etapu pierwszego. Czyli ciepła kurtka (ale jeszcze nie najcieplejsza), długie galoty pod bryczesy (bryczesy jeszcze całoroczne, nie zimowe softshelle), dwie pary skarpet, termobuty wersja Z1. I wzięłam Truskawkę na spacer po polu nad jeziorem. Wytrzymałam dokładnie piętnaście minut. Nie, nie dlatego, że Truskawka była mało jezdna czy zdenerwowana. Wręcz przeciwnie, była bardzo rozluźniona i bardzo pozytywnie nastawiona do otoczenia i do balastu na swoim grzbiecie, czyli do mojej osoby. Ale zimno było. Tak zimno, że palce u stóp aż bolały. Nie było możliwości ogrzania się sprawdzoną metodą kłus-galop. Tylko stępowałyśmy, bo to było wszystko, na co stan gleby pozwalał.

Zima to nie pora na stępa.

3 gru 2012

How interesting


Dwa przemyślenia z tej kategorii po niedzielnym terenowaniu.

1. Mimo, że tyle terenów Duszek zaliczył, na których generalnie był na luzie, wczoraj był bardzo spięty i nerwowy. Inne towarzystwo? Towarzystwo znane z padoków, ale nie z wspólnych wypadów w teren. Nie ten las, do którego jest przyzwyczajony? Wydawałoby się, że las to las, wszystkie drzewa są takie same. Zbyt długa przerwa? Ostatnie wyjazdy w teren mieliśmy w sierpniu, na wakacjach.  Ale z kolei jak tam przyjeżdżamy po jeszcze dłuższej przerwie, efekt ten nie występuje.    

Jak wygląda spięcie by Duszek: w stępie włazi koniowi poprzedzającemu w zad (tak było w drodze do lasu). Jak wygląda luzik by Duszek:  w stępie wlecze się daleko za stawką (tak było w drodze powrotnej).

2. Nie mógł się znaleźć w zastępie, najlepiej było, gdy był koniem prowadzącym. Co prawda raz nerwowo tego obciążenia nie wytrzymał, na widok białych wstążek przywiązanych do drzewa dał nura w bok w krzaki, i był to nur głębszy niż zwykły Duszkowy odskok strachliwca, ale generalnie na pozycji czołowej był najłatwiej kontrolowalny. Nawet tempo w galopie udało mi się regulować, a konkretnie zwolnić, gdy bardzo (jak na moje odczucie, oczywiście) się rozpędził.   

W drodze powrotnej wyjazd z lasu był za zboczem. Czyli jechalo się pod górkę, a zaraz za szczytem górki były zabudowania, poprzednio ukryte za tą górką. Pojawiły się nagle i Duszka na ten widok zatkało i wmurowało. Bardzo to było zabawne.

Był to mój pierwszy teren w nowym siodle. Siodło bajka. Spełnienie moich marzeń siodła terenowego.