28 wrz 2008

Oprowadzanki na kucyku

Wracam do dzieciństwa..?

Prawie tak samo, ale jednak trochę inaczej. Bo to kucyka pierwsza jazda, a kucyk jest mój własny, rudy.



Tak, ruszyłyśmy dzisiaj - Campina znosi wsiadanie już bardzo dobrze, absolutnie nie ma do mnie żalu i podchodzi na pastwisku, jak tylko mnie zobaczy. Więcej, odwraca głowę i patrzy, jak tylko mnie usłyszy. Wykorzystuję dobre nastawienie mojego ciekawskiego zwierza i idziemy do przodu - dosłownie i w przenośni :)

Dociąganie popręgu - nie ma zębatego szczura:


Wsiadanie - jak widać, również zęby wypoczywają:


Po co się przewieszać, skoro można... siedzieć? :>


A tutaj pierwsze kroki kucyka - sama ruszyła przed siebie, nie zatrzymywałyśmy jej, dopłynęła sobie do bramki, z równowagą jak widać (a moja nie lepsza) ;)



Kolejne wrażenia - może teraz ja mam syndrom trzeciego razu i zaczynam zauważać różne rzeczy - ależ ona jest eee.... szeroka ;)
Barefoot jest wygodny - i dla niej, i dla mnie. Przynajmniej na razie. Jak będzie w szybszych chodach - zobaczymy. A ona - nie zauważyłam, żeby jakiekolwiek manewry wykonywała mniej chętnie albo gorzej niż bez siodła. Zakłusowania, zatrzymania, cofania, chody boczne, drobne skoki - wszystko działa bez zarzutu (oczywiście naziemnie). Ze mną - już za drugim powtórzeniem stęp się zrobił przyjemny, energiczny i rozluźniony (bo pierwszy to było takie: oooo rany co się dzieje...?). Póki co, siedzi się fajnie, nawet mimo młodziakowego "pływania" rudzielca w poszukiwaniu równowagi.



A... i siostrzyczka też wsiadła. Zwierzę w pozycji tropiącej:


Co jeszcze? Na "stój" wsiadłam bez asysty i to poza ujeżdżalnią ;) Campi stoi jak zaczarowana. Teraz jeszcze się trochę pokolebiemy na dodatkowym sznurku i wprowadzamy powoli sygnały do ruszania i zatrzymywania...

...ogólnie: na razie jestem zaskoczona tempem postępów młodej. Mówiłam już, że mam najwspanialszego konia na świecie..?

*****

Jeszcze dwa słowa o Wiedźminie - z rozpędu spróbowałyśmy też jego osiodłać. Efekt..? Diagnoza: problem z popręgiem - rusza się i spina przy dociąganiu. Zalecane postępowanie? Dręczyć konia, zaciskając mu pętlę z liny na kłodzie. Leczenie rozpoczęte ;)
Dodatkowy efekt założenia siodła? Siostrzyczka podziwiała przepięknego "szczura" po zdjęciu go. Inaczej mówiąc - Wiesiek wściekł się jak nigdy jeszcze u nas. Trzeba było z nim dłuższą chwilę podyskutować, bo wszedł w tryb a ja myślałem, że jesteś inna... a jestes taka jak wszystkie! :P



Nieco się różnią wyrazem paszczy, prawda..?

Jakieś skojarzenia najwyraźniej ma, najwyraźniej nie są jednoznacznie pozytywne. Nie nazwałabym tego dużym problemem, ale jest co robić. Zobaczymy, ile czasu zajmie nam przełamanie schematów. I czy trawy starczy ;) bo trawa się przydaje przy objeżdżaniu, oj tak :)

Presja czyli ciąg dalszy odkryć kursowych

_______
Ponieważ z charakteru jestem bardziej marchewkowa niż kijkowa, zawsze miałam wrażenie, że to przenosi się na całość moich relacji z koniem i że w kontaktach z końmi jestem raczej sflaczała niż wymagająca.

Podczas rozważań na kursie na temat galopu zapytałam, jaka może być przyczyna, że Duszek na linie zagalopowuje na złą nogę, a na wolności na dobrą. Berni powiedział, że wynika to ze zbyt dużej presji, którą wywieram, gdyż w ten sposób koń przygotowuje się do ucieczki. W tym momencie znów kliknęło mi w mózgu, przeleciało mi przez pamięć kilka sytuacji, które nagle stały się jasne.

Bawiliśmy się na round-penie. Bardzo ładnie wychodziły nam przejścia symultaniczne. Potem wzięłam Duszka na linę. Na prawo zagalopowywał dobrze, na lewo na złą nogę. Przypomniałam sobie uwagę Berniego, skupiłam się w sobie i delikatnie poprosiłam o galop. I wyszło dobrze.

Nie wiem, czy podświadomie używałam za dużo presji, wiedząc, że galop w lewo przychodzi mu trudniej, czy też przez to, że w lewo mu trudniej, zbyt duża presja go dodatkowo frustruje i potrzebuje mniejszej. Ale widzę, że faktycznie presji było za dużo. I kolejny wniosek: jak często człowiek sam siebie błędnie ocenia.

Pracuję na niskimi fazami.

27 wrz 2008

Generalizujemy wsiadanie

Weryfikacja na ujeżdżalni - pozytywna, czyli moje zwierzę potwierdziło, że nie jest wredne "tak po prostu". Na trawie dała się przekonać, że wsiadanie nie jest straszne, na ujeżdżalni działało to nadal - nie sięgała zębami. Podobnie na lonżowniku - wprowadziłam trzecie miejsce do wsiadania. Stoi spokojniej niż niejeden ujeżdżony koń, na którym miałam okazję wozić tyłek ;) przynajmniej na razie.
Tak spokojnie, że dzisiaj kusiło mnie, żeby wsiąść bez naziemnej asysty Agi, trzymającej drugą linę. Ale jednak, mimo wszystko, nie zdecydowałam się. Przede wszystkim dlatego, że ujeżdżalnia nie była zamknięta... stąd pomysł przyzwyczajania do lonżownika - jest zamykalny.

Najlepszy jednak jest jej feedback.
Po kąpieli, niezbyt przyjemnym badaniu na źrebność (jupi!! nie ma nieplanowego źrebaczka), sporej dawce naziemnych zabaw z siodłem i odrobinie wsiadania (w sumie ładnych parę godzin razem na sznurku, wiekszość w siodle) wypuściłam ją na pastwisko do koni. Stwierdziłam, że mam już dosyć pracy - więc resztę czasu posiedzę na pastwisku i poobserwuję zachowania stadne paszczurów. Kiedy tylko poskładałam sprzęt i weszłam znowu na pastwisko - rude mnie namierzyło i się przykleiło. A myślałam, że też na dzisiaj miała dosyć. Miło :)

25 wrz 2008

Pionizacja, czyli w siodle :)

Dzisiaj też byłyśmy w stajni wcześnie, nawet wcześniej niż wczoraj - z powodu wizyty kowala. Kopytka podrównane, jasno jeszcze było, więc szkoda nie wrzucić siodła rudzielcowi. Planowałam powtórkę z wczoraj, czyli przewieszanie/obciążanie na trawie. Campi była jednak na tyle spokojna - pewna i nie zniecierpliwiona - że postanowiłam przełożyć nogę i usiąść. No i... widziałam świat z perspektywy Campinowego grzbietu po raz pierwszy :D Mała rzecz, a cieszy ;)

Później przerwa na pasienie i powtórka - tak samo, bez problemu. Pogłaskałam po zadzie, szyi, podrapałam między uszami, pomachałam łapami przy oczach - zero reakcji. Nie wyglądała też katatonicznie - raczej spokojnie.

Zdjęć oczywiście nie mam, bo samą mnie zaskoczyło to, że wsiadłam ,,już'' do końca :P Żeby mieć zdjęcia, muszę zabrać Agę, mamę i aparat - to nie takie proste... ale może następnym razem się uda udokumentować.

Teraz mam w planie zweryfikować, czy na ujeżdżalni wsiadanie też działa tak spokojnie. Jeśli nie - mam praktycznie pewność LB ;)

Świetnie, czyli wracamy do comfort zone. Większej :)

Po długich przemyśleniach zinterpretowałam zachowanie rudej: na początku głównie niepewność + niezrozumienie, później coraz więcej akceptacji i próbowanie, czy da się mnie zniechęcić. Też nieco z powodu niepewności, rude nie odmawia "bo tak". Czyli RB=>LB.

Strategia "uprzejmego proszenia" bardzo zdała egzamin, pewność siebie w nowej sytuacji bardzo Campinie wzrosła. A może LB konia też trzeba uprzejmie prosić?... Jeśli szanuje swojego człowieka?... Zupełnie nie wiem, skad mi się wzięło przekonanie, że na LB nie zgadzającego się z człowiekiem trzeba krzyczeć. Hmmm... how interesting... nieprawdaż..?
Teraz czasami muszę ją prosić, żeby nie machała mi ostrymi narzędziami przed nosem, bo się ktoś skaleczy ;) i też działa. Moja mała, futerkowa, wybuchowa mieszanka.

Wczoraj pogoda była rewelacyjna, z pracy udało mi się wyjść dość wcześnie, więc przyjechałam do stajni w nadziei, że zdążę przed sprowadzaniem. A gdzie tam, konie schodzą teraz ok. 17, praktycznie natychmiast dostają kolację. Przechwyciłam więc zwierzę, razem z ubłoconymi girami, na padoku "zejściowym" - pierwszy pozytyw: podeszła chętnie, chociaż czasami w takich sytuacjach (całe stado się przemieszcza, wizja kolacji ;)) udaje, że mnie nie zauważa. Świetnie.

W takim razie utrudnimy życie miłemu stworzeniu ;) Przepuściłysmy stado do stajni, jak już wszyscy się pochowali do boksów, zabrałyśmy się za spłukiwanie nóg. Kolejny pozytyw - chwilę próbowała się kręcić, ale szybko przeżuła i stanęła spokojnie. Świetnie.

Skoro zwierz nie utrudnia utrudniania sobie życia, poszedł na kolację. Kolejny miły akcent - mój potwór, niegdyś straszący karmicieli, grzebiący nogą niecierpliwie, pogromca sit do owsa... stoi patrząc w stronę wózka z żarciem i rży "radośnie" z postawionymi uszkami. Zero kręcenia się, kopania w ściany, grzebania... Świetnie ;)

Po kolacji przyniosłam rudemu do boksu siodło. W boksie jeszcze się nie siodłałyśmy, więc spojrzała na mnie wzrokiem: powariowałaś?! tutaj?! ale dała sobie wrzucić "plecak" z jednym tylko małym wyszczerzem przy zapinaniu popręgu (oczywiście zapinam na początku bardzo luźno). To był taki wyszczerz, na który w ogóle nie ma sensu reagować - myślę, że te zachowania z czasem zanikną.

Jako że na ujeżdżalni zrobiła nam się "pływalnia", szkoda mi było własnych butów i nóg świeżo umytych ;) a poza tym już się coraz pewniej czuję włażąc na rude, poszłyśmy na trawę po drugiej stronie stajni - tam, gdzie chodzimy zawsze przed i po wsiadaniu (a co, dbam o MOCNO pozytywne skojarzenia z siodłem :P). Tym razem pierwszy raz rude poszło samo po kolacji. Wyjątkowo spokojna była, totalny luz. Jeden LB incydent - jak trawę zobaczyła, to mnie wyprzedziła o pół kroku i zasugerowała, że skręciłaby w tamtą stronę. Ja również zasugerowałam, że to nie jest dobry pomysł - jeszcze kawałek przeszłyśmy sobie razem, ponieważ szła grzecznie, to skręciłyśmy na trawę. Podpinanie popręgu trochę mocniej, pasienie, podpinanie... Idealnie spokojna - świetnie ;)

No to wsiadamy. Lekkie skręcenie głowy w moją stronę i zaraz, tak jakby sobie przypomniała, co należy do jej obowiązków, wyprostowanie szyi. Żuj. Świetne to było, takie "wymyślone" ;) Stała - więc wsiadłam. Chwilę powisiałam, zeskok, poluźnienie popręgu, trawa. Oooo... taka opcja się mojemu potworowi podoba. Jeszcze kilka powtórzeń - popręg, wsiadam, wiszę, zsiadam, popręg, trawa. Bardzo szybko zakumała, kiedy wolno jeść trawę, kiedy nie, nie musiałam non-stop jej upominać - świetnie :D Zniknęło też praktycznie machanie zębami. Co najlepsze - ZERO ziewania! i spooooro żucia. No i te przemyślane prostowania szyi ;) Raz się ruszyła, kiedy podniosłam nogę do strzemienia. Jako że sytuacja ma być jasna, zaowocowało to kilkoma kółkami kłusa. Więcej nie próbowała - rozumie, że ma stać. Świetnie.

Jestem bardzo zadowolona z tej sesji - zobaczymy jak będzie dalej, ale jeśli postepy będą w tym tempie, to może niedługo ruszymy :)

...a wsiadłam chyba z 10 razy w ciągu może pół godziny. Niezła zmiana, jak wspominam te 3 razy w ciągu półtorej godziny i ciągłe głaskanie ryjka. No i stres - mój i jej - ziewanie, niepewność. Teraz, to naprawdę zabawa była. A wynosząc z jej chętnego przychodzenia, intryguje ją cały ten wątek. Bardzo pozytywnie :) A najbardziej podoba mi się, że nie walczymy, żadnego szarpania, czwartych faz i buntów, żadnego przeganiania na zmęczenie! Żadnej potrzeby "join-upów" i nie, galopowi dajemy spokój na razie ;)

Czasem dyskusje tylko, ale wszystko przyciszonym głosem... oj, opłacało się te trzy lata inwestować z ziemi!

*****

Jeszcze dwa słowa o Wiedźminie, bo trzeba go pochwalić (i Agę oczywiście :)).
Jak skończyłyśmy z wsiadaniem, to zostałam z rudą na pasionku. Aga poszła po Wieśka. Bezproblemowo wyszedł ze stajni (przypominam - sam, przypominam - w nieznane i po kolacji), rozluźniony. Lekko usztywnił się w progu stajni, ale za moment zobaczył rudą - już wyluzował. Trochę się popaśli, a potem mnie zakompleksili - zaproponował Adze chody boczne z piątej strefy! :D Musimy też tego z rudzielcem spróbować, bo na razie mamy opanowane strefy 1-3. Chłopak ma wyraźne inklinacje do chodzenia bokiem, "zwykłych" chodów bocznych uczą się od razu bez płota i on wcale nie idzie do przodu. Nono... co to z niego wyrośnie :) Hucuł boczny ;)

22 wrz 2008

Pracujemy nad tolerancją

Dzisiaj krótko - jeżeli miarą skuteczności podejścia do problemu jest to, że zajmuje za drugim razem połowę tego czasu, co za pierwszym, to sukces jest niewątpliwy. Tym razem spędziłyśmy na obciążaniu grzbietu rudej 15-20 minut, nie półtorej godziny. Były protesty, ale dużo więcej żucia, dużo mniej ziewania. Najgorszy jest moment podnoszenia się z ziemi - domyślam się, że to nie jest wygodne dla niej, mocno zaburza jej równowagę, ale nie chcę wsiadać ze schodków i fundować jej zaskoczenia "znajdując się" nagle na grzbiecie. Celowa prowokacja wrednej pani ;)

Jak już jestem na górze, to zwierz stoi spokojnie, nie sięga zębami.

17 wrz 2008

Jestem dumna i szczęśliwa!

Chciałam się podzielić ze wszystkimi swoją radością i ropierającą mnie dumą!

Mój wyjątkowo płochliwy koń , pierwszy raz odkąd jesteśmy razem, czyli cztery lata, okazał mi swoje zaufanie i położył się koło mnie ! Jest to koń, którego nikt nie widział lezącego nawet w stajni nocą! Dlatego jest to dla mnie tym bardziej wazne, ze połozy się wśród ludzi i innych koni na ujeżdżalni!

P.S.
Mimo, ze nie odzywam sie na blogu to zawsze czytam :-)

16 wrz 2008

RB czy LB?.. horsenality workshop, zapraszam ;)

Cały czas kołacze mi się po głowie zachowanie Campiny z ostatniego wsiadania.
Niby wiem, co powinnam robić w odpowiedzi, ale robię to na wyczucie - jak próbuję zrozumieć, to mi nijak nie pasuje... no bo:
- wiem, że ona reaguje agresją, kiedy nie rozumie zadania albo zadanie jest dla niej bardzo trudne. Jest to agresja umiarkowana - typu odwrócenie się zadem, sięgnięcie zębami, machnięcie zadnią nogą w powietrzu w zupełnie inną stronę niż ja - nie chce zrobić mi krzywdy. Ale mówi - "nie".
- robi to powoooli... szczególnie to ostatnie "zębowanie" - ogólnie zachowywała się jak mucha w smole, oczy miała półprzymknięte, często mrugała, kręciła paszczą i tak jakby, nieobecna myślami, używając dziesięciu procent swoich "mocy przerobowych" mówiła mi "ejjjj... nieee... róóóób... teeegooo..." - LB? Podobno wolno - to LB?
- gdybym założyła, że to bunt (LB), to powinnam ją jakoś "zdyscyplinować", prawda?... a ja głaskałam po ryjku. Pomagało. Nie wiem dlaczego to robiłam, dlaczego tak. RB?
- ...RB za x-tym razem? Dlaczego nie za pierwszym?
- testowanie? czyli jednak LB? a skąd ziewanie w takiej megadawce?..

To na pewno duże wyzwanie dla niej. Większe od przyczepy - na którą nieco pofukała, miała duże oczy, ale była bardziej... ekstrawertyczna. Postępy były szybsze. Tutaj na pewno introwertyk - nie ruszała się zbyt intensywnie.

Hmm.. hmm... hmmmm.....

No dobra - jeśli RB, to dlaczego tak powoli i "z namysłem" się poruszała?
A jeśli LB - testowanie, to dlaczego pomogło approach & retreat i głaskanie paszczy?

Chaotycznie mi... dołożycie swoje refleksje?

14 wrz 2008

Trzecie L

______
Niedawno Kasia pisała o pierwszym L. Ja chcę podzielić się moimi ostatnimi doświadczenia w związku z trzecim L (a raczej jego brakiem).

Zaczęło się od tego, że Duszek zaczął cofać się, jak podczas siodłania sięgałam pod brzuchem po popręg. Obejrzałam i obmacałam brzuch, popręg, siodło, szukając czegoś, co może sprawiać mu ból. Reakcji bólowych zero. Porobiłam trochę FG z popręgiem, zapięłam. Po paru dniach to samo. Zanim nastąpił trzeci raz, przyjechał Berni na kurs i jak go wiozłam do Celbantu, zapytałam, co może być przyczyną. Berni powiedział „maybe he is questioning your leadership”. To było pierwsze światełko, które mi lekko zamrugało.

A w czasie kursu była już iluminacja. Nawet wykonując moje polecenia Duszek bujał myślami wszędzie, tylko nie przy mnie, zaczął trącać mnie głową, raz mnie ugryzł (drugi gryz w naszym wspólnym życiu, pierwszy był tak dawno, ze zupełnie o nim zapomniałam). Pomaleńku wyciągał piłę z kryjówki i zbliżał ją do krzesła, na którym siedziałam. Berni dyplomatycznie powiedział, że brakuje mi „a little bit of leadership”. Określił to delikatnie, bo wiem, że nie o “little bit” chodzi.

Więc moje najbliższe plany to naprawienie naszych relacji. O wsiadaniu na razie zapominam, najpierw spróbuję z ziemi mu pokazać who is who. Tym bardziej jestem zdeterminowana, że po raz pierwszy naocznie przekonałam się, jak ważne dla Duszka (tak jak dla każdego konia) jest mieć oparcie w przywódcy. Gdy pierwszego dnia wkroczyliśmy na ujeżdżalnię pełną koni, myślałam sobie: biedny Dusiaczek, nowe miejsce, tyle nieznanych koni, kompletnie nowa sytuacja (nigdy nie był w towarzystwie tylu koni na raz), jak on sobie poradzi, ma prawo się rozpraszać, mój biedny koniczek. Tymczasem Berni wziął go do zademonstrowania jakiegoś ćwiczenia, pokazał mu, kto rządzi i niepewność Dusiaczka odeszła w niebyt. Skupiony, spokojny, reagujący na niskie fazy …

Zadanie dla mnie nr 1: nie nabrać się na słodkie oczy konika. On nie potrzebuje kiziania miziania. Ditto Truskawka. Zaniedbałam ją bardzo, bo po powrocie z wakacji nagrywałam zaliczenie jedynki, a co za tym idzie był tylko Duszek. Potem kurs. Ale teraz zaczynam grać o przywództwo – z obojgiem.

… w trzech równych dawkach. Jak do tego dojść?

Odrywamy się od ziemi, cz. 3 - syndrom trzeciego wsiadania* :)

Wczoraj trzeci raz zabrałam się za wsiadanie na Campinę.
Najpierw myslałam, że nic z tego nie wyjdzie, bo rano padało. Nastawiłam się na pracę z ziemi, a dokładniej drugi wątek, z którym się ostatnio konfrontujemy, czyli stawianie łap we wskazanym miejscu. Docelowo ma to być wiadro z wodą (moczenie kopyt przed struganiem - wybieram się na kurs werkowania ;)), ale na razie problem jest z postawieniem nogi na pieńku a nawet z kontrolowanym wstawieniem jednej do hula-hop. Kontrolowanym - tzn. wejdzie obiema nogami do środka, ale jak proszę o wstawienie jednej, to robi grzeb w środku i odstawia - tak samo jak z pieńkiem. Wyzwanie - jedno z tych, za które nigdy się nie wzięłam, bo mi się nie bardzo chciało :>
Tak więc chwila męczenia główki z ziemi na pastwisku między końmi - widać, że to też dla niej łatwe nie jest, bylo sporo ziewania i zamyślona paszcza.

Później stado z jakiegoś powodu zerwało galopem i sobie poszło - rude się zestresowało, był kwik i podskok w miejscu, była sugestia, że się wyrwie - ale ona nie ma odwagi tego zrobić. Wystarczyło zadać trochę cofania, chodów bocznych i w efekcie wylądować bliżej stada. Tam sobie jeszcze przypomniałyśmy CG, a dokładniej przejścia, przywołania i zmiany kierunku. Zdecydowałam, że daję spokój galopowi, nie czuję się na siłach i mam wrażenie, że mogę coś popsuć. Założenie jest takie, że poćwiczymy dobrze stęp i kłus ze zmianami kierunku i tempa, a o galop spytamy instruktora, jak już dojedziemy na L2 z rudzielcem. Bo przecież w końcu zaliczymy L1, prawda? ;)

Później wylazło słońce, więc wzięłyśmy naszą trójcę z pastwiska do stajni, na krótkie przeczyszczenie, osiodłanie (w przypadku rudzielca), moment na trawkę i na ujeżdżalnię. Jak zwykle: Aga asekurowała mnie z Campiną, trzymając ją na luźnej linie. Jej zadanie polega na tym, żeby rudą spokojnie wyhamować, jeśli ruszy, kiedy ja akurat będę na górze. Tym razem Campi zaczęła reagować już na wkładanie stopy w strzemię - sięgnięciem zębami do nogi. Tak, to dla niej typowe, reakcja agresją na coś, czego nie rozumie i niezupełnie się na to godzi. Półtorej godziny kombinacji i przekonywania jej, że nic strasznego się nie dzieje. Było dużo ziewania, nigdy nie widziałam, żeby coś było dla niej takim stresem - hehe, ultimate friendly game...

Może jeszcze będę tego żałować, ale póki co, bardzo się cieszę, że nie oddałam jej w zajeżdżenie komuś innemu. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby ktos poświęcił obcemu koniowi 1,5h, tylko po to, żeby ten NAPRAWDĘ przyjął spokojnie przewieszanie.

Tak więc - nie, nie poszłyśmy dalej. Cofnęłyśmy się nawet, a potem przewalczałyśmy odzyskanie "obojetności" z pierwszego razu. Take the time it takes so it takes less time :)

...a ja widzę postęp :)

* nazwa "syndrom trzeciego wsiadania" zapożyczona od Asi z bloga, gdzie została użyta w kontekście, nomen omen, zajeżdżania kasztanki ;) Pozdrowienia dla załogi Falbaniastej stajni!

11 wrz 2008

Pokursowo: tylko koni żal

______
Wiadomość numer 1. Do tej pory umieszczałam Duszka w prawej dolnej ćwiartce wykresu koniobowości. A podczas kursu przejrzałam i zobaczyłam – i Berni to potwierdził – że on głównie jest lewopółkulowym introwertykiem, ale jednocześnie jest „playful” i „forgiving”. Ma też cechy prawopółkulowego introwertyka i Berni powiedział, że idealnie by było zbliżyć do siebie cechy z obu ćwiartek. No tak, tylko savvy brak.

A teraz o kursach:

Byłam na dwóch: na L2 z Duszkiem, na koniobowości słuchaczowałam. Mnóstwo wrażeń, informacji, nowej wiedzy.

Po L2 depresja: jak mało wiem, a nawet to co wiem, nie zawsze dobrze wiem. Depresja nie wywołana samym brakiem wiedzy, tylko efektami tego braku, czyli biedne te moje konie, a zwłaszcza Duszek, bo on jest pierwszą linią starcia z moim ignoranctwem. Kilka rzeczy mi się rozjaśniło, ale to jeszcze bardziej spotęgowało świadomość niewiedzy i żal z tego, co robię moim koniom i czego im nie daję. Żal z powodu za dużej presji, którą na nie wywieram. Żal, że jestem takim kiepskim przywódcą. Żal, że nie jestem taką osobą, na jaką zasługują.

Kurs koniobowości bardzo rozszerzył to, co wiedziałam do tej pory na ten temat, czyli co wyczytałam i wyglądałam w Success Series i różnych wypowiedziach. Wymazał kilka znaków zapytania stojących za zachowaniami Duszka. Dał mi dużo materiału do przemyśleń, dużo motywacji do jeszcze uważniejszego obserwowania koni. Mam nadzieję, że okaże się, że przybyło mi strzał w kołczanie. Że będę widzieć więcej. Że mniej będę krzywdzić moje konie nierozumieniem tego, co do mnie mówią. Że będę odpowiadać na ich pytania a nie wpychać je tam, gdzie muszą szukać ratunku przed drapieżnikiem – przede mną.

Gdy wcześniej uczestniczyłam w kursach jako słuchacz, myślałam sobie, że to jest bardzo dobra metoda. Kosztuje mniej, mniej jest wyczerpujące, nie muszę miotać się z koniem po placu, słyszę to samo, co jeźdźcy (a nawet więcej, bo jeźdźcy nie zawsze mogą podłączyć się do wyjaśnień Berniego udzielanych innym jeźdźcom). No i wyjeżdżałam z tych kursów w nastroju „jaka jestem mądra”. Teraz zakończyłam dwójkę w nastroju „jaka jestem głupia”, ale pomimo tego uważam, że nauczyłam się dużo, dużo więcej.

Do zobaczenia na kursach w przyszłym roku.
Ula Basia, dziękuję za opiekę nad Duszkiem – bez niej nie mogłabym wziąć udziału w tym kursie.

6 wrz 2008

Odrywamy się od ziemi, cd.

W zeszłą niedzielę pierwsze przewieszanie, w tygodniu nie było czasu podjechać do stajni. A dzisiaj - dostałam pierwszy feedback od Campiny. Zobaczyła mnie na szczycie górki (były w dolince) i od razu zaczęła sunąć (pod górę! wiecie jakie to cięężkieee?...) w moim kierunku. Ostatni odcinek, zachęcona moim cofnięciem się i machnięciem karotem, podbiegła :) Chyba nie kojarzy jej się tak źle siodłanie ;)

Dzisiaj czas mocno ograniczony miałyśmy, więc powtórka z rozrywki: najwięcej zajęła nam kąpiel w Manusanie (żeby zminimalizować możliwość przeniesienia grzyba na siodło...). Później suszenie na trawce, siodłanie, dopięcie popręgu (dość luźno), jeszcze chwila pasienia, spacerek z siodłem z dopinaniem popręgu w trakcie i popasami, kawałkami zakłusowania. Powrót, przejście na ujeżdżalnię, dopinamy popręg o ostatnie dwie dziurki i włazimy - znowu 100% spokoju. Za drugim razem ruszyła dwa kroki, zeskoczyłam, pogłaskałam, wlazłam znowu - stała.

Gdybym miała więcej czasu, wsiadłabym do końca, ale zdecydowałam, że pozytywne skojarzenia ważniejsze i spieszyć się nie będziemy - poluźniłam popręg o te dwie dziury i poszłyśmy jeszcze na chwilę na ulubioną trawkę. Na koniec do stajni, zdjąć siodło, do boksu - napić się i wciągnąć kilka marchewek. Później na pastwisko, sprawdzić gdzie zniknęły wszystkie konie (według Campi na pewno uciekły w międzyczasie).

Podsumowując - siodło jej nie przeszkadza, sterowność z nim ma bardzo podobną do bezsiodłowej. Bardzo ładnie "czyta mi w myślach" i zakłusowuje, zatrzymuje się ze mną na spacerach. Popręg jeszcze umiarkowanie ją denerwuje - zwykle raz, dwa razy patrzy w jego kierunku i dotyka pyskiem. Dzisiaj dokładnie analizowała strzemię. Odrobina stresu przy wsiadaniu jednak jest, jak zsiadłam, to był ziew i wycieranie pyska.
Kolejny pozytyw - nawet jeżeli rude jest lekko zaniepokojone (bo np. stado na pewno już sobie poszło tak daleko, że ich nie dogoni), to jest responsywne. Bardzo. Odpowiada na lekkie sygnały i nie buntuje się. Najwyżej rży i patrzy w kierunku, z którego powinna nadejść odpowiedź.

Ech, wspaniałego mam konia :)

4 wrz 2008

Czas oderwać się od ziemi

Jako rzekłam, tak i czynię. Wychylamy z Campi nasze nosy z naziemnej comfort zone. Póki co, mamy zaliczone:
- osiodłanie po długiej przerwie (zero problemów),
- naziemny stępokłusowy spacerek z siodłem (dwa razy próbowała dziobać popręg - zdejmij to zeee mnieee... ale ogólnie nie wygląda jakby miała problem z obecnością siodła),
- dopięcie popręgu na maksa (podobnie bez problemów),
- uniesienie w strzemieniu i przewieszenie.
Za pierwszym razem zwierzę bez większego przekonania próbowało mnie zjeść, ale po 3 powtórkach był zupełny spokój. Sprawdzimy to następnym razem i jeśli będzie dobrze, to może wlezę do końca ;)

Jeszcze dwa zdania o Brysieńce, dla tych, co trzymają kciuki za jej brzuszek - otóż wygląda on dużo lepiej! Po odrobaczeniu już się nieco poprawił, a po naszym powrocie dostała jeszcze terapię Enterofermentem. Zniknęła biegunka, a "poprzeczny przekrój konia" nareszcie bardziej przypomina owal niż trójkąt. Postaram się zrobić jakieś fotki - oczywiście to na pewno nie koniec, będziemy kontrolować czy robactwo wraca i podawać jakieś wspomagacze, ale na razie widać, że kierunek dobry.
Rana na nodze też się goi - wieeelkie dzięki dla Orfikowej Ani, która dzielnie zajmowała się Bryśką pod naszą nieobecność i dokonywała wszelkich koniecznych zabiegów :)

2 wrz 2008

Hip Hip Hurra

_____
Zaliczyłam jedynkę!!! 1 września, smutny dla tysięcy uczniów, dla mnie okazał się szczęśliwy.

Dla przygotowujących się przytaczam uwagi Berniego:

1. przy siodłaniu przewieszać linę przez rękę od strony ogony (stojąc twarzą do konia). Chodzi o to, że wtedy przy wkładaniu siodła mniejsze jest prawdopodobieństwo, że szarpniemy konia za pysk.

2. przy wsiadaniu skrócić linę. Powinna na być tak krótka, żeby w razie czego mozna było jednym ruchem wykonać zgięcie boczne, ale jednocześnie tak długa, żeby nieumyślnie go nie zginać.

3. podczas PPL mocniej się odpychać, tak żeby skóra pod grzywą się marszczyła. Wtedy mamy głęboki dosiad.

Berni pochwalił nas bardzo, nawet, to, czego się tak obawiałam, tzn. PPL. Bardzo mu się podobało, że Duszek kłusując opuszczał głowę.

Przy okazji odkryłam wielką zaletę zaliczania na kasecie: obejrzałam siebie, zobaczyłam, ile niepotrzebnych ruchów wykonuję. Lekcja dla mnie: warto nagrać siebie od czasu do czasu.