29 lip 2008

Wakacje w skrócie cz. 1

_______
Było super, fantastycznie, rewelacyjnie ... tylko oczywiście za krótko. To naprawde wielka frajda móc przebywać cały czas z koniem, nawet jeśli specjalnie nic się nie robi. Bo zaplanowałam różne różności, ale okazało się, że trzy tygodnie to za mało na leniuchowanie i ich realizację, więc było głównie leniuchowanie + plus zabiegi pielęgnacyjne. Miałam taką próbkę konia trzymanego we własnej stajni. Paulina, Małgosiu, Dorota – zazdroszczę Wam.

Zachowania stadne
Przestawiłam Truskawkę na pastwisko bliższe domu, żeby daleko po nią nie biegać. Znaczyło to, że znalazła się w nowym stadzie. W nowym stadzie była nowa, więc stała sama z boku. Początkowo planowałam dostawić do tego samego stada Duszka po jakiś dwóch dniach, bo wymyśliłam sobie, że może lepiej stopniowo zmieniać strukturę stadną. Ale jak zobaczyłam ją taką samą, pomyślałam, że będzie im lepiej razem wsiąkać w nowe stado i po dwóch godzinach dostawiłam tam Duszka. Okazało się, że nawet te dwie godziny wystarczyły, że Truskawka była już swoja, a Duszek nowy i tym razem Duszek został odpędzony. Ciekawa jestem, jakby to wyglądało, gdybym wstawiła oboje jednocześnie.

Catching game
Pastwisko było duże, w dodatku na górce, więc miałam silną motywację do nie chodzenia po Duszka. Niestety, wersja szkoleniowa nie pasowała tu wcale, właśnie ze względu na wielkość pastwiska. Odległość powodowała, że patrzenie na zadek nie było żadną niewygodą, a żeby spowodować niewygodę rzucając czymś w kierunku tegoż zadku trzeba było przejść ten okropny kawał po zboczu. Więc jako niewygodę wprowadziłam uderzanie cs-em w ziemię. Działało. Czasami działało od razu, czyli na całą odległość ja-koń, czasami musiałam jednak być bliżej, ale zawsze jak już mnie złapał, to szedł za mną do wyjścia na wolności (stępem, kłusem, a nawet zdarzył się galop).

Duszek już nie jedynak
Po kilku dniach aklimatyzacji poszłam na pastwisko, żeby zacząć realizować ambitny plan Truskawkowy. Założyłam Truskawce kantar i ruszyłyśmy do wyjścia. W tym momencie Duszek oderwał się od ulubionego zajęcia, czyli konsumpcji trawy, spojrzał na nas z wyrazem szoku na pysku, zarżał i przygalopował. Zupełnie jakby mówił: co ty robisz, pomyliłaś się, wzięłaś obcego konia! Bo faktycznie po raz pierwszy zdarzyło się, że zabrałam nie jego.

Plan Truskawkowy
Z ambitnego planu Truskawkowego wyszło niewiele. Do pierwszych trzech gier, w które bawiłyśmy się dwa lata temu, a które doskonale pamiętała (w zeszłym roku zanim zdążyłam się do niej zbliżyć, złamałam rękę), dodałyśmy yo-yo i squeeze. Ten squeeze był taki ad hoc pod wpływem możliwości wykorzystania przygotowanej sceny do nagrania zaliczenia L1 z Duszkiem, bo jeszcze nie robiłyśmy CG i sideways. Natomiast robiłyśmy sporo FG przygotowującego do zajeżdżania: wkładałam na nią najpierw podkładkę do jazdy na oklep, potem siodło, najpierw luzem, potem zapinałam popręg i tak sobie chodziłyśmy. Akceptowała to wszystko bez najmniejszego problemu. Najwięcej czasu spędziłam nad uczeniem podawania nóg, bo okazało się, że przednie wyszarpuje, a tylnymi kopie. Koń żyjący 24 godziny na pastwisku, nikt na codzień kopytami się nie zajmował.

15 lip 2008

Z kamera wsrod zwierzat

Powoli wdrazamy sie do zabaw i jazdy – pare rzeczy wychodzi lepiej niz przed przerwa (na przyklad wpominane juz przez mnie wspolne galopy na linie od sugestii moich nog), pare gorzej, ale dzis nie o tym, ale o szumnie zwany fotoreportaz o relacjach stadnych w Santorini.

Zrobilismy wstepne polaczenie chlopakow. Na ujezdzalni troche potrzasali ogonami, pokwiczeli (to oczywiscie M) i pomachali lapami (to tez M).



Zostal zaprezentowany wyciagniety klus (to Czarny)


I powolne czalpanie „ku zachodowi slonca” przez M.


Czarny zaproponowal wspolne bieganie, ale ze nie znalazl zrozumienia u krotkiego folbluta (patrz czlapanie, to raczej wyjasnia dlaczego...) w pieknym stylu z miejsca pokonal bramke od ujezdzalni i pobiegl do stajni, zostawiajac nas z aparatami w reku i otwartymi buziami ze zdziwienia.

Jako ze panowie dogadali sie w minute (bo wlasciwie nie tyle sie poznawali, co przypominali sie sobie nawzajem) stwierdzilismy, ze laczymy ich z dziewczynami.

No i tu wyszedl wielki zonk – bo M uznal ze stado, czyli dziewczyny sa jego a Czarnemu nalezy sie figa z makiem. Dwoil sie i troil, zeby zapanowac nad dziewczynami, ktore choc na poczatku zainteresowane, po chwili cala hece rokrecona przez chlopakow mialy gleboko w nosie i generalnie bardziej interesowala ich trawa.

Mielismy i klusa na 10
i dzikie galopy

i rozwiane wiatrem grzywy i ogony

i w koncu desperacka probe pokonania przez folbluta przygotowywanego swego czasu do stipli a przez to zuplenie nie potrafiacego skakac, pastucha miedzy dwoma pastwiskami, kiedy otwarte przejscie bylo dostepne 4 metry dalej. Widocznie hormony, a szczegolnie meskie, uderzaja nie tyko w miejsca intymne, ale tez w glowe, a konkretnie rzucaja sie na oczy.

2 lip 2008

Back from the dead

Jestem.

Duzo sie pozmienialo. I prywatnie i konsko. Ale najwazniejsze, ze jest sto, nie, tysiac razy lepiej:)

Od jakiegos miesiaca ogoniaste mieszkaja ze mna. W stajni, a wlasciwie biegalni zwanej Santorini:

Na zdjeciach jeszcze nowa, nie ofluchana, pieknie niebieska:) Podloge zrobilismy z debu na przepuszczlanym podlozu, szpary wypelnilismy piaskiem - stad wzielo sie Santorini. Ze stajni mamy od razu wyjscie na maly wybieg, otwarty dla koni 24h na dobe:

Ogony zachwycone - na poczatku byly w takim szoku ze do stajni mozna wejsc i wyjsc i ze nikt w miedzyczasie nie zamyka za nimi drzwi, ze pol pierwszej nocy przchodzily w kolko - wchodzily jednymi drzwiami a wychodzily drugimi. W rzadku, grzecznie i po koleji.

Jestesmy na etapie grodzenia lak - przedsiewziecie mocno czasochlonne - wiec jeszcze nie wszystko jest zrobione, ale to co jest wyglada tak:


I tak:

Moje wrazenia tez ogolnie jak najbardziej pozytywne. Ale jak to sie mowi sa plusy dodatnie i plusy ujemne;)

Plusy dodatnie:

- swiadomosc i odpowiedzialnosc - wiem co robia moje konie, jak nie sa na lace albo maja brudno, to moge winic tylko siebie i swoj brak czasu i lenistwo

- biegalnia - ciagle bycie w stadzie (mamy teraz 3 konie, zaraz 4) to zajecie dla ciala i duszy, nie ma nudy i uwaga (tfu tfu zeby nie zapeszyc) nie ma lykania (sic!), mimo, ze znalazlo by sie jakies miejsce do zaczepienia zebow

- bliskosc domu - bo nie trace czasu na dojazdy do koni

- non stop kolor - bo jestem z nimi i rano i wieczorem i w ciagu dnia. Wybrazcie sobie, wychodze na taras rano nakarmic psy a M widzac mnie z wybiegu wola rzeniem. Na mnie zrobilo niesamowite wrazenie:)

Plusy ujemne:

- swiadomosc i odpowiedzialnosc - no wlasnie, tylko siebie moge winic, a nie lubie nawalac

- biegalnia - stado to tez konflikty - kladzione uszy, gryzienie przy jedzeniu, przepychanie kolegi od lepszej kupki siana i trzy konskie nosy ogladajace jedna zraniona konska noge, zaslaniajace mi calkowicie pole operacji, kiedy to wlasnie ja powinnam byc osoba, ktora ma cos widziec

- bliskosc domu - do w domu, a szczegolnie nowym domu, zawsze jest cos do zrobienia, wiec czasem absurdalnie trudniej jest miec czas dla koni, niz gdy sa w stajni gdzies dalej

- non stop kolor - karmienie, sprzatanie, doscielanie po pierwsze zajmuje czas, a po drugie trzeba sobie tak zycie organizowac, zeby ktos byl w domu, przynajmnie rano i wieczorem