Od paru dni wolno już nam powoli wprowadzać kłus. Z radością stwierdzam, że są postępy w follow the rail u kłusie. Dziś właściwie Duszek tylko dwa razy chciał wejść do środka, ale naprostowany ładnie wrócił i trzymał kierunek. Natomiast dzisiejszy mini teren, czyli stępowanie poza ujeżdżalnią okazało się kompletną porażką. W jedna stronę szedł nawet ładnie, zwiększamy stopniowo odległość i Duszek jest coraz mniej napięty. Ale w pewnym momencie Duszek zdecydował, że trzeba coś przekąsić. Niezbyt reagował na moje fazy – można powiedzieć, że wcale, a nawet odwrotnie, bo jak już ruszał, to do tyłu. Nie chciałam się szarpać, więc zeszłam i z ziemi problem udało się łatwo rozwiązać. Tłumaczę sobie, że do tej pory nie mieliśmy takiego spięcia, bo wyjazd poza ujeżdżalnię był dla niego zupełnie nową sytuacją. Widocznie teraz poczuł już się na tyle pewnie, że postanowił oddać się swemu ulubionemu zajęciu. Czyli jest jakiś pozytyw, ale jak na nim siedziałam i zasuwaliśmy do tyłu, to tego nie widziałam.
Oczywiście to moja wina. Po pierwsze – przywództwo, czyli jego brak. Po drugie nauczyłam chłopaka, że po wyjściu z ujeżdżalni idziemy na trawkę i słusznie doszedł do wniosku, że szamanko po wyjściu z ujeżdżalni to jego końskie prawo. Teraz będzie tak: czasami trawka, a czasami bez trawki.
Jeszcze jedno zdarzyło nam się dziś po raz pierwszy – po raz pierwszy spłoszył się ze mną w siodle. Wyjechaliśmy z ujeżdżalni, coś huknęło i Duszek uskoczył. Ale było tak, jak mówiła Basia: on tylko uskakuje w bok, ale łatwo ten skok wysiedzieć. Od dzisiaj już wiem, jak to jest.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz