28 cze 2007

Waga uprzejmości oraz pierwsze skoki

Przedwczoraj byłam z kolegą w stajni. Kolega początkujący, niewiele miał do czynienia z końmi. Konia nigdy sam nie czyścił, więc postanowiłam mu pokazać a przy tym zrobić mały wykład na temat podstaw obchodzenia się z koniem, czyli jak być asertywnym. Nie agresywnym a asertywnym. Bez krzyków, ryków, walenia po łopatce na każdą niesubordynację konia. Klacz, którą czyściliśmy "straszy" zębami przy czyszczeniu. Kiedyś na niej jeździłam, a więc najpierw czyściłam, ale wtedy byłam zupełnie zielona i mnie oczywiście też straszyła. Po tych paru ładnych miesiącach przerwy weszłam do niej z zupełnie innym podejściem. A więc grzeczne przywitanie się, pogłaskanie, pokazanie szczotek zanim zaczęłam czyścić. Uprzejme odsunięcie pyska gdy zbytnio się zbliżył. Klacz o dziwo nie straszyła!! Za to często przeżuwała - widać było, że jest lekko zdziwiona, że człowiek tak miło się z nią obchodzi. Udało mi się jej nawet włożyć wędzidło do pyska, co kiedyś graniczyło z cudem. Kurcze jak wiele ludzie tracą przez to swoje "klasyczne", podejście, że koń to musi się "trochę człowieka bać", walnij go jak nie chce się przesunąć, krzyknij itp.

Potem zajęłam się Diakonem, padało więc w boksie. Konsekwentnie nie pozwalam mu jeść, kiedy go czyszczę, siodłam, zakładam ochraniacze i ogłowie. Młody jeszcze trochę kombinuje, ale szybko załapuje, że ja nie żartuję i staje ze spuszczoną głową. Ustępuje od najmniejszego nacisku, przestawiam go po całym boksie, zgodnie z zasadą kto kogo rusza a on już prawie wcale się nie buntuje. Mamy kilka umówionych sygnałów, np aby wyczyścić nóżki pokazuję palcem gdzie ma zrobić 2 kroki i koń jak zaczarowany idzie tam.

Osiodłałam, założyłam ogłowie, ale padało, więc sobie tak pobyliśmy razem z głaskaniem i nic-nie-chceniem. Na dobre nam ten deszcz wyszedł, bo po pół godziny stania w boksie w całym uzbrojeniu rozsiodłałam i zdjęłam ogłowie. Dałam mu do myślenia, że nie zawsze założenie tego wszystkiego oznacza pracę, że czasem nic od niego już więcej nie chcę:)

A wczoraj skakaliśmy małą kopertkę, tak naprawdę to pierwszy raz. Zupełnie nie po parellowsku:P Ale Diakon miał z tego radochę! Zagalopowanie przed przeszkodą na samo słowo galop, najazd idealnie na środek. Skakał właściwie sam, bez mojej ingerencji, a ile było po tym radosnego parskania!

27 cze 2007

Remanet - różne luźne myśli

______
Wielokrotnie czytałam, jak to niektóre rzeczy same się naprawiają. U nas też coś się samo naprawiło. Po przyjeździe z Orki Duszek przestawał dawać tylne nogi (mimo że tam nie było z tym żadnych problemów). Czego ja nie próbowałam: reką, sznurkiem, jeż samodzileny, jeż wspomagany drivingiem.. Release na najmniejszą jego próbę nie wchodził w rachubę, bo tej próby w ogóle nie było (a przynajmniej ja jej nie widziałam). W końcu odpuściłam, bo nie miałam pomysłu, co jeszcze mogłabym zrobić. Po jakimś czasie spróbowałam, a on po prostu podał nogę. Nie wiem, co się stało, że się zmieniło, po prostu naprawiło się samo.

Wydaje mi sie, że zrobiłam kilka drobnych kroczków na drodze do uzyskania niezależnego dosiadu. Po czym to poznaję? Z lenistwa jeżdżę bez czapsów i nie przeszkadza mi to (a bywało tak, że po jeździe bez czapsów miałam całą wewnętrzną stronę nóg w siniakach). Znaczy, nie ściskam go mocno łydkami.

Gryzie mnie, że jestem mało kreatywna w zabawach. Nie chcę, żeby się ze mną nudził, a obawiam się, że jednak nie potrafię być dla niego wystarczająco rozrywkowa. Ale nie zapominam o undemanding time, zabieram go na spacery z ziemi, moseying jest naszym standardem poruszania się. Może w ten sposób połatam trochę dziury w byciu atrakcyjnym partnerem swego konia.

Ze zdumieniem stwierdziłam, że nie jestem aż takim cykorem, za jakiego się uważałam. Czytam, że tyle osób zaczynających PNH boi się przejścia z wędzidła na halterek. Ja tego nie bałam się ani przez sekundę. Przyjęłam do wiadomości, że tak bezpieczniej i nawet w myślach tego nie kwestionowałam. Owszem, bałam się wsiąść na Duszka, bałam sie zakłusować, ale było to spowodowne tym, że go nie znałam, nie wiedziałam, czego mogę sie po nim spodziewać. Brak wędzidła nie powodowal u mnie jakichkolwiek reakcji, był aksjomatem, a aksjomatów się nie podważa.

A Duszek?
coraz częściej rży na mój widok,
coraz częściej jest piłką a nie krzesłem,
coraz lepiej mu wychodzi follow the rail, chociaż nadal ma punkty zwrotne,
dziś podszedł do mnie na pastwisku, oderwał się od trawy i podszedł (co prawda nie na całą odległość pastwiska, ale jednak podszedł).

26 cze 2007

Chyba zaczyna mi ufać

Padało, kropiło, przestawało, padało, kropiło ... nie chciało mi się w taką pogodę jeździć, więc wzięłam Duszka na spacer połączony z konsumpcją i nawilżaniem kopyt mokrą trawą i błotkiem. Duszek jadł, a ja przysiadłam na jakimś pieńku i mokłam. W pewnym momencie drgnął i zrobił „do biegu, gotowi, ... ‘ - start nie było W tej samej chwili spojrzał w moją stronę, jego wzrok wyraźnie powiedział „o, jesteś, to w porządku” i spokojnie wrócił do jedzenia.

Przez te trzy miesiące Duszek bardzo się zmienił. Jest coraz odważniejszy, coraz więcej rzeczy akceptuje, coraz łatwiej przekracza kolejne progi. Nie mogę uwierzyć, że to ten sam koń, który nie chciał dać mi się wyczyścić czy dotkąć np. pod ogonem.

25 cze 2007

Kąpiel i teren..

Taki fajny chór na blogu w ten weekend :) to i ja swój głosik dołączę.

Plan był: idziemy na spacer. Marzę o tym, żeby regularnie chodzić z młodą na spacery. Kondycji by to przydało nam obu, przyjemne, okazja do podziwiania przyrody itp, itd. Marzę o tym, że młoda przestanie wracać zasapana z trzygodzinnego stępa OBOK mnie :>
Oczywiście nie wyszło ;) No cóż, plany są od tego, żeby je weryfikować...

..nie wyszło po pierwsze dlatego, że dzień wcześniej lało. Konie były na dworze, i super. W kopnym błocie nie chodzą już, ale kiedy pada hmmm... wszędzie robi się błoto, chociaż trochę, chociaż klasyczne kałuże. A deszczowy, mokry grzbiet drażni. Więc trzeba się podrapać, wytrzeć. Najlepiej o ziemię... Koń się wypanierował, wypanierował się tak, że szczotką ani gumowym zgrzebłem nie szło odrapać. Do tego grzywa w splątanych strąkach zaprawionych gliną, szary, pozlepiany ogon... no przecież jej tak ludziom nie pokażę, do ToZu mnie podadzą :P

Tak więc poszłyśmy się wykąpać. Nóg kąpanie, jak pisałam, znosi dobrze. Całej reszty namydlanie -- też pozytywnie, ale cały czas mam Problem z polewaniem wężem. Dryfuje, drepcze, odsuwa zad, tupta, unika. Nie są to RB reakcje, to raczej takie powolne "a ja sobie pójdę, bo mnie się to nie widzi..." No i co z tym zrobić? Jak ganiam za nią z wężem, to zawsze się zaplączemy, ja jestem cała mokra i brudna, ona jest cała mokra i brudna, plac jest cały mokry i brudny, i ogólnie lekkie zdenerwowanie przychodzi. Jak uczyliście Wasze paszczaki SPOKOJNEGO stania przy polewaniu? Naprawdę spokojnego, nie takiego "dalej niż na 10m nie odejdę, bo tu trawa rośnie, o tu..." -- jakieś pomysły? Pliiiz...

Może po prostu zbyt niecierpliwa jestem? Starałam się stosować zasady FG, nagradzać odpuszczeniem za spokojne stanie (momentami jej się zdarzało), ale ZERO żucia, ZERO poprawy w trakcie sesji. Wygląda to, kurczę, na zlewkę. I dość do niej podobna ta wersja ;)

Może, skoro to tak LB wygląda, właśnie ją pogonić? Skoro i tak wszystko jest doszczętnie zalane, rzucić wąż, intensywnie poprzestawiać, i znowu lać?...

A może zbyt wiele się spodziewałam? Może zbyt byłam ufiksowana na cel ("jeszcze zad masz brudny, no stóóój!")? Jakoś tak... z psikaczem nam łatwiej poszło ;) No i ten plączący się, zaginający wąż, po którym koń depcze... :/ mogliby opracować jakieś bezprzewodowe węże wreszcie :P

Kąpiel trwała długo. Totalną porażką nie była, ludzie się z nas nawet nie śmiali, podziwiali jak młoda grzecznie stoi, kiedy ją mydlę i byli na tyle mili, żeby milczeć, kiedy tuptała przy polewaniu. Skończyła się koniem w miarę czystym, na tyle wcześnie, że miałam jeszcze nadzieję na realizację planu spacerowego... :>

..i tu po drugie: nie wyszło, ponieważ mój koń zaczął sie Bać Strasznie wszystkiego, co za bramą. Kiedy teraz na to patrzę, widzę, że miała prawo. OK, chadzałyśmy same, ale to było w starej stajni. OK, byłyśmy tutaj w terenie na spokojnie, ale to było z Bilonem do towarzystwa. A teraz?.. 10m za wyjściem głowa w górze, przerażający krzak, odskok. Kawałek dalej, potworny rudożerca w postaci śmietnika. Mamoooo, ja chcę do domu!! Załamało mnie to... już myślałam, że nie wiem jak bardzo Campi mi ufa, a tu -- takie proste, wyjście z terenu stajni -- i totalna porażka :( No ale na walkę nie miałam ochoty. Poszłyśmy sobie na polną drogę tuż za płotem stajennym, popaść się. Tyle wyszło z planów marszu kondycyjnego ;) I tak było ciężko, bo owady nas zjadały żywcem i mocno młodą denerwowały :| Koniecznie się muszę zaopatrzyć w jakieś dobre paskudztwo psikające...

Teraz, patrząc z pespektywy, widzę, że nie miałam powodu się wkurzać. Dostałam od Campi bardzo dużo: zarżała na moje powitanie w stajni, wyprowadzona bez innych koni w_miarę_spokojnie dawała się kąpać, w międzyczasie konie przeparadowały obok niej, idąc na padok, włączając w to Bilona, który powitał ją radosnym rżeniem, a ona nie odfruwała, nie ślepiła za nimi, (prawie) stała z opuszczoną głową i (prawie) pozwalała się polewać.

A to wyjście? Coż, faktycznie nie robiłyśmy tego nigdy wcześniej. Muszę ją częściej samą zabierać, i tyle. Pewnie nie więcej niż 10 razy -- i przestanie odfruwać -- w końcu pójdziemy na ten spacer ;)

Tutaj chociaż wiem co robić... a kąpiele... ech... muszę jeszcze o tym pomyyyśleć...

Przedstawienie


Wczoraj dałam przedstawienie pt. 7 gier. Po ostatnich marnych próbach zrobienia czegokolwiek na oczach wszystkich postanowiłam pobawić się przy stajni, bo wyczułam, że humor młodego jest ok. A co:) Diakon był chętny do współpracy i względnie skupiony, ale widzę, że nudzą go już schematy. Ja widzę te niuanse, ale nasza widownia nie i byli oczarowani:)) Potem podeszły do mnie nawet 2 dziewczyny i dopytywały się a co to a jak to itp. Trudno to wszystko wytłumaczyć tak w paru zdaniach, że to nie chodzi tylko o te gry i o jazdę bez ogłowia.

Ale wracając do samych gier to włączyliśmy po raz pierwszy circling game w kłusie na podniesioną energię w odesłaniu. Zauważyłam jeszcze wyraźniej pewną rzecz - Diakon potrzebuje silniejszej stymulacji, takiej na granicy nakręcenia się. Ponoć tak mają folbluty. Dopóki jest nuuuda - np. znowu circling game w stępie jest lekko olewający, powłóczy nogami, a jak pojawia się coś nowego to trochę się nakręca, ale potem dostaję jeszcze większe skupienie, uszka do mnie z pytaniem "o to chodziło? co teraz?". Plusem jest to, że chwyta w mig i jest bardzo chętny do wszelkich nowości, minusem, że czasem przekraczamy tą granicę i wpada w prawą półkulę.

Potem poszlismy na spacerek z małymi popasami, stwierdziłam, że zasłużył na spokój i nie będę go juz męczyć z siodła. Ale żeby nie było tak nudno to było prowadzenie ze strefy 2/3. Był całkiem odważny.

Na koniec w boksie robiliśmy sobie zdjęcia, Diakon był tak bardzo zainteresowany aparatem, że prawie na każdym zdjęciu pozuje - patrzy prosto w obiektyw. Inna sprawa, że musiał pare razy sprawdzić, czy tego czegoś przypadkiem nie da się zjeść.

W każdym razie dzień był cudowny, wróciłam pozytywnie naładowana, zrezygnowałam z jakiś tam planów na wieczór aby pooglądać płytki z L1. Nudzą już trochę i mnie, czas zabrać się za L2:-)

Schematy

Trudno mi opanować moje "jojczące" podejście do mojego konia. Konik jest zawsze malutki, biedny i nieszczęśliwy. Stanowię jaskrawy przykład koniochondrii i jak nie wymyślę przynajmniej raz w tygodniu śmiertelnej choroby u mojego konia, to sama źle sie czuję. Jak konik czegoś nie robi, to znaczy, że go boli, że nie może, że coś jest nie tak, że... Może to lepiej, niż gdybym miała podejście zupełnie olewcze, a może nie, bo żadna skrajność nie jest dobra. Obawiam się, że w tym natłoku przestanę zauważać prawdziwe problemy. Poza tym często widzę, że takie skakanie jak nad zgniłym jajkiem, mojego konia już po prostu drażni.
Ale nie o tym miało być. To tylko słowem wstępu, gdzie chyba leży mój problem łatwości, z jaką popadam w schematy.
A wyłażą one na każdym kroku. Jeżeli było przeciskanie w lewo, będzie też w prawo. Jeżeli było okrążanie w prawo, będzie też w lewo. Jeżeli było jedno jojo, będzie i następne. Itd. Jeżeli podchodzimy do czegoś, np. do drąga i ustawię Rudą w pozycji do odesłania, to w końcu koń wie, że tak czy siak będzie musiał to przeleźć, więc na co czekać. Jak jest bardzo znudzona, to jeszcze się zawróci, przejdzi w drugą stronę i spyta "no juuuż? możemy stąd iść?". Staram się to jakoś zmieniać. Przeciskać przez bardziej wymagające miejsca, wycofywać jak do odesłania i przywołać, nagradzać czekanie w pozycji do odesłania itp., ale mam wrażenie, że to ciągle za mało.
Z dobrych (jeżeli można tak to określić) stron mojej schematyczności - czasami Rudej nudzi się "banie". Najlepszy przykład dała mi przy jojo przez drąg. Drąg był nie tyle Straszny ile Niepokojący i wycofania przez niego stanowiło pewne wyzwanie. Trzeba było się upewnić, czy nie wystarczy wycofać obok, przejść przodem, ominąć itp. Ponieważ "biedny konik się baaał", robiłam wszystko pomału, starałam się nagradzać każdy prosty kroczek, dawałam dużo odpoczynku, a postępy marne. W końcu się udało, więc zostawiłyśmy drąg i wróciłyśmy za czas jakiś. Poszło szybciej, ale ciągle było to cofanie takie rozlatane, przechodzenie jednym susem, takie, że jak już Ruda zaczęła, to kończyła dopiero za drągiem. Po którymś takim byle jakim jojo, gdy przywołałam ją do mnie i stałyśmy sobie odpoczywająć, mój koń w końcu się znudził i stwierdził, że dość już tego. Westchnął ciężko, bez żadnego znaku z mojej strony wycofał prościutko, podnosząc każdą nogę z osobna a nie wszystkie razem, uważnie, patrząc gdzie staje, bez potykania się, bez cienia niepewności. Wrócił do mnie i spytał "to teraz możemy już stąd w końcu iść?". Hmmm... Do teraz nie udało nam się tego powtórzyć na znak, bo konik "nie umie, nie może, boi się"...
Czy program PNH zmienia ludzi z syndromem "flaka w oleju"?

24 cze 2007

Duszka spotkania z nowym sprzętem

Dziś był dzień nowego sprzętu (niestety, jeszcze nie Barefoota).

Spotkanie poranne: czaprak Matesa.
Pobawiliśmy się, nadszedł czas na jazdę. Podchodzę z siodłem z nowym czaprakiem, pokazuję, chcę siodłać, a koń mówi „o nie, co ty chcesz mi tu wkładać na grzbiet, to nie jest to, co zwykle”. Obwąchiwał, obwąchiwał, ale coś mu ten baran nie pasował. Odczepiłam czaprak od siodła i zajęło nam chyba z 15 minut, zanim go zaakceptował.

Spotkanie wieczorne: hackamore
Od jakiegoś czasu przymierzałam się do hackamore, ale jakoś wciąż mi nie było po drodze. W końcu dziś się zmobilizowałam. Rano jeździłam, więc pomyślałam, że wieczorem będzie dużo czasu na fg z hackamore, bo do niczego nie będzie mi się spieszyło. Pamiętając, jak Duszek zareagował na nową długą linę spodziewałam się, że dużo tego czasu będziemy potrzebowali. Wyciagam to hackamore z torby, a ono aż w oczu kłuje bielą nowości. Kłuje, kłuje, ale nie Duszka. Żadnej reakcji. Włożyłam, wszystko O.K., nawet nie drgnął. Smiesznie się zrobilo, jak wyciagnęłam kartkę z rysunkiem pokazującym, jak zaplątać ten luźny koniec. Duszek pochylił się razem ze mną, jakby też chciał zobaczyć, co tam napisane. Niestety, nie było napisane zbyt dobrze, bo nie udało mi się nic sensownego zrobić z tym końcem. Ha, biedny mój mąz, jeszcze nie wie, że na nim będę trenować!

A wniosek? "No assumptions". Tam gdzie nastawiłam się na protesty, poszło gładko, a problem pojawił się tam, gdzie się go zupełnie nie spodziewałam.

Oswojenie z Cheyenne

Dopiero wczoraj mogłam chyba powiedzieć, że oswoiłam się z siodłem bezterlicowym Cheyenne. Po raz pierwszy poczułam, że dobrze, stabilnie siedzę bez poduszek rownież w kłusie anglezowanym i w przejściach w dół. Przestały mi latać łydki. Przestałam leciec na przód i tył. Poczułam wreszcie w kłusie wysiadywanym, którą tylną nogę mój koń stawia właśnie na ziemi! I, niesamowite zupełnie, po raz pierwszy chyba usiadłam *prawidłowo* - na kościach kulszowych i kroczu, nie przeprostowując się jednocześnie i nie usztywniając ani nie podkulając ogona i nie siedząc niestabilnie na ogonie ze zgarbionymi plecami. To było cudowne, bardzo harmonijne i eleganckie. Oczywiście, po jakimś czasie się zmęczyłam i jazdę zakończyłam już w mniej eleganckiej pozycji, ale poczułam, jak to może być - siedzieć prawidłowo, elegancko, ładnie i wygodnie.

Miałam niemiłą , na szczęście krótką przygodę - Emiter pod siodłem dotknął nosem pastucha elektrycznego pod prądem. Zerwał się i cwałem pognał do Emana po ratunek, na szczęście Eman nie stal daleko, a Emiter nie pierwszy raz dostal w nos prądem, więc nie był kompletnie zaskoczony. Niemniej przez chwilę było niemiło.

Wczoraj miałam też wrażenie, że mój koń mówi mi coś istotnego. Dość dlugo kłusowaliśmy, potem chwila stępa i poprosiłam o galop. Dostałam, ale po chwili Czarny się zatrzymał. Jeszcze raz to samo, galop, i znów zatrzymanie. I jeszcze raz. Uznałam, że może jest za słabo rozgrzany, rozbiegany, i poprosiłam znów o kłus. Zostałam chętnie usłuchana, pokłusowaliśmy jeszcze dość długo, coraz wyżej i coraz bardziej elastycznie, z wysiadywanego przeszłam do anglezowanego, i po jakimś czasie znów poprosiłam o galop. I tym razem dostałam już bez protestów, ładny, zgrabny, nie każda-noga-oddzielnie-a-wszystko-bardzo-kanciaste, tylko energicznie naprzód, ale bez ponoszenia i jakichś zrywów. Galopowaliśmy dość długo, przeplatając to kłusami, potem wykończyłam spokojnym kłusem i stępem i zsiadłam. Czarny był delikatnie tylko spocony pod siodłem, ale w ogóle sprawiał wrażenie bardzo zrelaksowanego... Może ja za mało jeżdżę? w sensie, za mało go rozgrzewam? Może powinnam patrzeć na zegarek?

Czekam z niecierpliwością na Ride with Your Mind. To już coraz bliżej! Jedziemy razem z Olem, Emanem i Emiterem, 7-8 lipca. I-ha!

23 cze 2007

Co robi człowiek z nudow - myśli

Ostatnio sytuacja jest taka ze nie jezdzimy, nie celem uporządkowania spraw z ziemi, ale z powodu siodła. Ktore intrygowało mnie od zimy i szkoda ze powod dziwnego usadzania mnie z tyłu odkryłam dopiero teraz. No coż, mądry Polak po szkodzie. Więc z premedytacją nie mam sumienia jezdzic na za wąskim siodle - notabene, to perszeron, siodło o rozstawie 34 od biedy by uszło, jeszcze lepie by 35 lezało...
A jezdzic się chce, na sznurkach. Nie jak do tej pory na ogłowiu, tylko na sznurkach własnie.
Brak jazdy powoduje ze zaczęłam rozmyslać, w mojej głowie konflikt klasyki i pnh.
Rozmawialam z naturalsami, przy okazji dziekuje za wsparcie i czuję ze jestem na rozdrożu.
Że muszę wybrać jakąś drogę, by robić cos dobrze, nie po łebkach.
Z lonzowaniem udalo mi się rozstac jakos bez bólu, juz zimą choc chyba wolałam zawsze lonzowac niz jezdzic, byłam wielką fanką pracy na lonży, wybierajac nalepkę na auto pytalam czemu nie ma z lonżującym;]
Z jazdą jakos rozstac się ciężko, a moze najlepsze okreslenie ze najtrudniejsze jest rozstanie z wędzidłem. Bo to takie zawsze było koło ratunkowe, hamulec bezpieczeństwa. Zwłaszcza ze koń do bezpiecznych pod siodłem nie nalezał.
Kazdy z nas ma jakies swoje rozterki - Dorota smuci sie ze nie jest w stanie zabrac konia w ekstremalny teren.
Ja w ogole w teren ze strachu nie jezdzę...

Wracając do za i przeciw zdeklarowania się. Za przemawia to ze PNH przez poł roku dało mi więcej niz klasyka przez 3 lata, ze na swojego konia "niebezpiecznego", "mordercę" wsiadłam na linie i przezyłam a koń mi ofiarował cos tak niesamowitego ze jak pomysle lecą mi łezki.
Kolejne "za" to to ze zmienil się moj stosunek do rudej, moje myslenie o niej...

Przeciw to tylko to ze chyba w jakis sposob bede tesknic, do jazdy na kontakcie, w ustawieniu, do elementow, i kremowki na pysiu...

A wyboru juz chyba tak naprawdę dokonałam.

21 cze 2007

Nasze nogi...

...czują się już lepiej. Po grudzie właściwie nie ma śladu, tylko sierść nam jeszcze odrasta. Bo się Campi grudy nabawiła od upaprania błotem ciągłego :( Mnie się nóg myć nie chciało, bo po co, przecież zaraz się znowu upaskudzi. Teraz już wiem, nogi trzeba myć. Powiedzcie to swoim dzieciom. Ja się nauczyłam na błędzie -- lepiej późno niż wcale...

Ostatnio tylko nogami się z rudawką zajmujemy -- nie mam czasu na nic innego :(
Myślałam, że mnie znienawidzi, po takiej ilości identycznych (albo prawie identycznych) sesji: przychodzę wieczorem, zwijam konia z padoku, stawiam konia na betonie, myję nogi, polewając z węża, szoruję nogi gąbką z manusanem, zostawiam na pięć minut (których oczywiście nie marnujemy, jemy trawę :PP), spłukuję nogi z węża, wycieram-albo-nie, idę na trawę zanim wyschną (albo-nie), prowadzę do boksu, smaruję suche nogi maścią. Nogi, nogi, nogi.

A konica taaaka cierpliwa... Stoi już naprawdę spokojnie przy myciu, dreptanie ograniczone do minimum, liny nie trzymam -- przekładam jej przez szyję i o dziwo nie ganiam jej z tym wężem. Dotykam nogi macką/gabką i koń stoi jak zaczarowany. Zrobiła bestia postępy ;)
Smarowanie, szorowanie w ogóle nie robi na niej wrażenia.

A co najdziwniejsze, wita mnie często rżeniem teraz. Albo przerywa jedzenie siana i woła, jak wyjdę z boksu posprzątać wiaderka i gąbeczki. Kochane stworzenie... Jeszcze rok temu nie wyobrażam sobie takiej tolerancji na zabiegi...

Pewnie nie bez wpływu na ten spokój jest to, że młodziaki są naprawdę całymi dniami na dworze ze stadem. Teraz już nawet nie przechodzą przez błoto na padok. Idzie ku lepszemu...

19 cze 2007

Zły dzień

Ale się zgrałyśmy z Dorotą:)
Ja też wczoraj miałam poważny kryzys. Diakon był totalnie odfruwający, bo owady (skończył mi się spray), bo inne konie, bo traktor. Tyle się działo w jego głowie, że były tylko przebłyski skupienia na mnie. Zaczęło się od jeża na nogach - miał fazę na "nie-dotykaj-moich-tylnich-nóg". Cofał, wierzgał, cofał, cofał i cofał, wierzgał. Kompletnie nie wiedziałam co robić, w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że on ma program na cofanie na jeża, który sama mu zapisałam...
Potem nawet jak wykonywał o co go proszę to bardzo emocjonalnie, nie wiem, czy istnieje taki stan jak prawo-lewopółkulowość albo? Cofanie na jojo było z ustawianiem się do mnie bokiem, a potem to już na każdą prośbę cofnięcia - na pierwszą fazę!! zaczynał szarpać, kłusować, galopować. Jak nietrudno się domyslić cg wychodziło nam super, pod warunkiem, że wcześniej nie musiałam go wycofać, wystarczyło wskazanie palcem kierunku, choć oczywiście czasem miał akurat ochotę pobiegać w inną stronę. Ale za to po wizycie Małgosi od Mentosa i Kasi od Promyka i Indiego, które to pokazały mi gdzie przy cg robię błąd i co powinnam skorygować robił piękne duże koła i szedł dopóki go nie przywołałam. Chody boczne owszem, ale bardzo nerowo, o-idę-bokiem-co-się-dzieje-jak-to-może-skubnę-gałązkę-wolniej-szybciej-o-tam-chodzi-jakiś-koń-o-idę-bokiem-o-carrot-na-tyłku-o-znowu-gałąź-skubnę... Maatko jaka ja byłam wściekła na niego, resztkami sił woli starałam się być sprawiedliwa. Wracając przy samej stajni spróbowałam jeszcze chodów bocznych - robił niby, ale myślami, wzrokiem był już w stajni, serce mi się krajało, jak musiałam ciągle stosować 4 fazę, potem jak dawałam odpocząć i głaskałam to łeb odwracał ode mnie. Dramat.
Jak to folblut Diakon jest czasem bardzo emocjonalny i wrażliwy, byle co wpędza go w prawą półkulę, ja nie umiem go jeszcze stamtąd wyciągać, może nawet jeszcze bardziej go nakręcam. Nie wiem jak postępować w takich sytuacjach, czy nie za dużo fazy 4, za dużo wymagań, czy nie za mało friendly i stania spokojnie i odpoczywania, choć jak próbowałam to natychmiast było nurkowanie z nosem w dół i nerwowe sprawdzanie podłoża... W każdym razie ten dzień to porażka, jeszcze patrzyłam na inne "klasyczne" konie jak pięknie chodzą pod siodłem, podstawiają zadek, ganaszują szyję, cofają, robią chody boczne... Zastanawiałam się po co mi to wszystko, czy nie lepiej po prostu wsiadać i jeździć, bo z ziemii żaden ze mnie przywódzca.
Na szczęście dół u mnie trwa krótko i dziś znowu widzę świat w różowych barwach, no może blado-różowych jeszcze;-)

Dół i wyjście z niego

Wczoraj zastanawiałam się poważnie nad porzuceniem jeździectwa. Olo wziął Emitera w teren i po powrocie opisał mi takie przygody, że... To ja doszłam stopniowo do długich odcinków kłusa w terenie, uważnie, spokojnie, cały czas sprawdzając, czy mój koń jest "ze mną", a oni razem galopowali przez kałuże, pływali w stawie, włazili na jakieś wały... Jestem cykor i będę mniej lub bardziej całe życie. To, do czego ja dochodzę z mozołem, Olo ma od ręki, bo jemu odwagi nigdy nie brakuje. Załamałam się. Szłam wieczorem przez pastwisko i ryczałam, że ja nigdy nie będę taka odważna, że nigdy nie zaoferuję mojemu koniowi takich przygód. Byłam zazdrosna, rozżalona, zdenerwowana. Wróciłam do domu i powiedziałam, ze juz nigdy nie dam mu mojego konia, bo nie zniosę psychicznie tego, że on ma taki drive na przygodę, a ja zawsze będę nudny cykor.

Dziś rano jeździłam na Emiterze po pastisku, włączając coraz szybsze galopy. I co z tego? Czułam się podle. Jakby przygody Ola odebrały mi całą radość z jazdy, z przełamywania się, z postępów. Jestem jak nieutalentowany uczeń, który musi kuć po nocach, podczas gdy innemu, który spędza czas głównie grając w kosza, napisanie klasówki przychodzi z łatwością.

14 cze 2007

Galeria zdjęć L1 Sianno wiosna 2007

Magda i Diakon.
Prowadzenie ze strefy 3 (Dominika i Konstancja)
Jazda z jedną liną. (konik nazywa się Paria, a jeździec?)
Moja ulubiona para, czyli Rafal i Duch! trzeba było widzieć, z jakąś cierpliwością Duch woził na swoim grzbiecie odbijającego się jak piłeczka w kłusie Rafala... :) Duch miał złamaną miednicę, jak był mały, ale proszę, jaki fajny konik z niego wyrósł. Jest trochę podobny do Czarnego, może dlatego tak mi wpadł w oko :)
Dominika i Konstacja słuchają Berniego. A tu była jazda z jedną liną.
A to jest taki konik bez ogonka, jeżdżony westernowo. Niestety, nie pamiętam ani imienia konia (już Paulina podpowiada, że Paria), ani jego jeźdźca! Kto mi pomoże odświeżyć pamięć?

13 cze 2007

Zasłużył na fazę 4?

Wsiadam na Duszka ze schodków. Do tej pory przystawiałam te schodki do Duszka, ale doszłam do wniosku, że czas najwyższy, żeby zacząl sam się przy nich odpowiednio ustawiać. I wczoraj zaczęliśmy się w to bawić. Stałam na schodkach i pokazywałam mu, co ma robić. Samo podejście i zatrzymanie się przy schodkach nie było problemem, najtrudniejsze oczywiśćie było przysunięcie zadu. Zad najczęściej odjeżdżał, a potem Duszek szedł wokól schodków. Teraz widzę, że lepiej było zacząć stojąc na oogrodzeniu, żeby nie miał możliwości chodzenia w kólko. Ale w końcu załapał i udało mu się wykonać dwa kroczki tylnymi nogami w stronę schodków. Zakończyliśmy po trzech udanych ruszeniach zadku w stronę schodków.

Niestety, raz w czasie tej zabawy wszedł na mnie tak mocno, że musiałam zeskoczyć ze schodka (właściwie to mnie zepchnął). Natychmiast błysnęło mi, że zasłużył na fazę 4 i dostał kopniaka karotem. Po przemyśleniu całej sekwencji wydarzeń nadal uważam, ze miałam końskie prawo tak zrobić, co nie zmienia sytuacji, że czuję sie z tym niekońsko, czyli okropnie podle. Chyba była to sprawiedliwa faza 4, bo nie wywołała u niego żadnego buntu czy ucieczki, wręcz przeciwnie, ustawil się karnie obok schodka, ale i tak bardzo mnie to męczy.

Podejście Parelli do małego rynku :/

Napisałam do Parelli USA, że mogłabym przetłumaczyć książkę Naturalhorsemanship by Pat Parelli, tą dość dużego formatu wydaną przez Western Horseman, że bez problemu znajdę wydawnictwo, które to wyda, że prawie nic nie ma po polsku parellistycznego, jakie są koszty licencji i z nadzieją na "yes!" pozdrawiam. I dostałam odpowiedź:

Hi Dorota!

Thank you for contacting us and offering your services.

At this time, we are not ready to translate into different languages for any of our products.

We will however keep your name for any future steps we can take to becoming more international.

Thank you,
Stacey
Parelli Team


Czyli uprzejmie prosimy, pocałuj nas w tyłek, może pewnego dnia, jak już obsłużymy wszystkie inne rynki to zainteresujemy się tym małym księstwem, które nie wiadomo, gdzie jest. Zirytowałam się.

PS. Czarny dziś dość dobitnie wypowiedział się na temat mojego dosiadu po godzinie jazdy, gdy byłam już zmęczona. Odpuściłam, zeszłam na ziemię. Za to coraz lepiej przejścia na kole na długiej linie. Kupiłam kamerę za 399 zł :) Fajna jest, mieści się w dłoni, ma 5 (słownie pięć) przycisków. Idiotenkamera :) Czekam jeszcze na kartę SD i będę kręcić. Aż się boję, co zobaczę... To znaczy, mogę sobie mniej więcej wyobrazić... A warsztaty z Elaine już niedługo. Acha, i sprawdzam połączenia z Birmingham. Może jednak pojechać na tą konferencję Parellich w UK?

11 cze 2007

Dla Remedioss oraz wygodnickich



Ze stajni na ujeżdżalnię mam ok. 100 metrów. Tyle rzeczy tacham ze sobą, że przeważnie tę odległość pokonuję trzy razy przed jazdą i tyle samo po jeździe. Potrzebowałam wózka. Niestety, rynek produktów gotowych nie spełniał moich wymagań. Ale jak wiadomo lenistwo jest matką usprawnień: udało mi się znaleźć pana-dłubka, który zechciał się pomęczyć i pokombinować i zrobił taki wózek. Dodam, że po odkręceniu kilku śrubek wózek można łartwo złożyć.






5 cze 2007

Galeria zdjęć L2 Sianno wiosna 2007 cz. 2

Ta pani coś zgubiła... (Kasia zachęca Promyka do przejścia pod myjnią samochodową)

Jeśli myślisz, że przez to przeskoczę... (Kasia z Saperem)

Nic nie widzę. Ale jakie to ma znaczenie? (Sława robi przeciskanie przy myjni samochodowej)

Mecz między silną reprezentacją krakowską i jednoosobową reprezentacją warszawską.

Temu konikowi popsuły się nóżki. (Sława i jej koń)

Galeria zdjęć L2 Sianno wiosna 2007

Uważaj, Mentos, bo liczę do trzech...

Asia cofa Himka

Małgosia zaprasza do siebie Mentosa w jojo

Tu Dot cieszy się z tego, że Emiter stoi tak spokojnie między straszydłami.


Na pierwszym planie Himek pod Asią, na drugim Emiter pod Dorotą

4 cze 2007

Spotkanie z pastuchem

Dzień dobry. Krótko nas przedstawię. Właściwie to konia. Diakon - pełna krew angielska, ma 4 lata, kupiłam go w grudniu 2006 z Wyścigów. Początki były bardzo trudne - olewka totalna, podskubywanie, niepodawanie nóg, barany w siodle. Wsiadał na niego mój instruktor, bo ja nie dawałam rady. Stałam i zastanawiałam się co ja najlepszego zrobiłam kupując tak młodego i szalonego konia. Wracając ze stajni ryczałam... Teraz dzięki metodom parellego i L1 wiosennym jest znacznie lepiej, podgryzanie zupełnie ucichło, z nogami czasem bywa różnie, nadal pracujemy nad komunikacją. Młody jest bardzo przyjacielski i dla ludzi i dla zwierząt, względnie spokojny, ciekawski ale jednocześnie potrzebuje silnego przywódcy, którym staram się być. Każde moje spotkanie z nim to wielokrotne "how interesting". Z siodła na razie jestem klasyczna, myślę, że po zaliczeniu L1 i kursie L2 to się zmieni.

W zeszłym tygodniu pojechałam do młodego, deszcz trochę zaczął padać, więc postanowiłam się pobawić z ziemii blisko stajni, w ogóle nie wsiadać, żeby nie musieć zaraz wracać . Wchodzę do boksu a Diakon mokry na szyi. Pytam kiedy konie wróciły z padoku. No niedawno. No to sobie myślę, że chłopak może biegał, a może go owady zestresowały... Nie wysechł, kurcze - powinni więc go występować. Ale ok, nie było A., a panie co ściągały konie z padoku mogły nie wiedzieć o takiej potrzebie. Jesteśmy nowi w stajni, na razie trochę badam teren, nie czepiam się.
Poczyściłam chłopaka, 2 razy nerwowo mi podskoczył - na dźwięk sprzączki od liny a drugi raz z powodu tylko jemu znanego.
Co jest grane, myślę sobie, koń jakiś poddenerwowany, nigdy nie reagował w ten sposób.
Wyszliśmy na zewnątrz, od razu bardziej stało się widoczne, że Diakon jakiś nakręcony, może tymi wstrętnymi owadami? Rży do kolegów, friendly, od którego chciałam zacząć w ogóle nierealne, tak się wiercił.
Aż tu nagle słyszę jak B mówi od niechcenia "a on to się dziś 2 razy z pastuchem spotkał. Pierwszy raz - o jak się zdenerwował! i zaraz drugi". O matko - już sobie zaczęłam wyobrażać mojego domunującego i niełatwo podporządkowującego się konia jak nagle coś go trzepło, wkurzył się i postanowił sprawdzić czy to k$#$ jeszcze raz go trzepnie:-). A na serio - zrozumiałam dlateczego taki stres, rozkojarzenie, szkoda mi go było, ale stwierdziłam, że to nie powód, żeby mnie tak olewać. Skoro zaczęliśmy nie mogę go teraz tak nakręconego odprowadzić do boksu. Prosiłam o cofanie - ależ było tupania i zbaczania zadem. Circling - taak - kłusem!; w drugą stronę? no nie dziewczyno a właśnie, że w tą nie będę! Głowa wyyysoko, albo tuż przy ziemi i nerwowe skubanie jakiś resztek zieleniny, rżenie, trochę kopania, a ja skonfudowana - co robić? Czy dać spokój czy wymusić, żeby się skupił na mnie? A może on faktycznie jest tak zestresowany, że lepiej dać spokój? Trochę było szarpania, potem podrivingowaliśmy ze strefy 2-3 włączając cofanie, chłopak na tym się akurat bardziej skupił i robił co trzeba, zaczął przeżuwać, więc stwierdziłam, że to dobry moment, żeby wrócić do boksu.
W boksie się okazało, że oprócz spoconej ze stresu szyi ma teraz spocony brzuch:( Jeszcze bardziej chyba zestresował się tymi naszymi zabawami... Ale miałam wyrzuty sumienia. Nie wiedziałam co robić - zaderkować, występować? W końcu zostawiłam go - na dworzu pada, derkować chyba nie muszę, bo spocony tylko w niektórych miejscach.
I oczywiście cały wieczór zwalony, czy dobrze się zachowałam, czy nie za dużo wymagałam, czy nie za mało, mój biedny konik dostał kopa od pastucha, jak mi go szkoda, teraz boi się dźwięków, które mu to przypominają, jak ja go na nie odczulę, przecież tych dźwięków może być tyle, jak on biedaczek jutro wyjdzie na padok... Kurcze strasznie mnie dołują takie akcje.

Nowy wygląd strony :)

No kurka wodna, mógłby ktoś napisać, że ładnie odświeżyłam stronę! :) Przy okazji możecie napisać, co byście na niej jeszcze zmienili, co byście chcieli na niej mieć... Rozczarowana brakiem entuzjazmu twórców i czytelników - adminka...

3 cze 2007

Pobawiliśmy się

Dziś głównym źródłem inspiracji dla Duszka okazała się kartonowa rura do betonu. Popychał ja nosem, przesuwał kopytem, kładł sobie pomiędzy przednimi nogami albo pod brzuchem prostopadle do osi ciała. Po każdym nowym wyczynie patrzył na mnie, jakby pytał: „Fajnie to robię? Dzielny jestem?” Żałowałam, że nie miałam aparatu. Potem pokonaliśmy folię malarską: Duszek chodził po niej wzdłuż i wszerz, grzebał w niej nogą, przesuwał, podgryzał. Przy okazji poczyniłam spostrzeżenie: ta sama folia, oswojona, gdy leżała na ziemi, okazała się na nowo niebezpieczna, gdy wzięłam ją do rąk.

Na zakończenie zrobił mi niesamowity prezent. Zdjęłam mu kantar i ruszyłam, żeby otworzyć bramkę na pastwisko. Myślałam, że natychmiast tam pobiegnie. Tymczasem Duszyna szedł obok mnie, ani nie zwalniając, ani nie przyspieszając, w moim tempie. Widząc to postanowiłam poeksperymentować i od czasu do czasu robiłam stop, a on zatrzymywał się ze mną! Robił to mimo że widział, że idziemy na trawę. Gdyby nie przykre wcześniejsze doświadczenia, to bym go wycałowała (kiedyś z radości całowałam konia, na którym udało mi się zagalopować ze stępa i potem długo nie mogłam pozbyć się kłaków z gęby). Jak otworzyłam bramkę, chciał od razu ruszyć na pastwisko, ale wystarczyło, ze lekko zablokowałam karotem, od razu stanął i poczekał, aż pokazałam mu ręką, że może iść.

Aha, i jeszcze zaprzyjaźniliśmy się z taśmą policyjną. Zaczęło się od tego, że nastroszył się i fukał, a zakończyliśmy tym, że machałam nią wokół niego i głaskałam po całym ciele. Ciągiem dalszym będzie taśma żółta, a celem jest oswojenie z najstraszniejszą: biało-czerwoną.

1 cze 2007

Przemiany samotno-terenowe

Duża zmiana. Emiter dziś pierwszy raz w swoim życiu przyszedł na moje wołanie. Wiem, że rozumiał już wcześniej, o co chodzi, ale pierwszy raz po prostu zdecydował, że przyjdzie.

Znów byliśmy dziś razem w terenie. Śmiesznie, bo zapomniałam kasku, więc cały teren przeszłam na nogach, a Emiter w charakterze osiołka szedł sobie za mną na luźnej linie. Nawet kłusowaliśmy, ja nieco zdyszana, Emiter z miną: „Ludzie.... nigdy ich nie zrozumiem.” Tradycyjni postukaliby się w czoło – biegnie człowiek, koń za nim, po chwili zatrzymują się i koń dostaje marchewkę za płynne zatrzymanie. Obłęd.

Mam wrażenie, że tymi samotnymi wycieczkami w teren autentycznie robię coś DLA konia, a nie koniowi. Co więcej, widzę, że to coś niesamowicie wpływa na naszą relację. Coś BARDZO się zmienia. Nie wiem do końca dlaczego. Oddzielanie od stada? Wspólne przeżywanie czegoś, co jest wymagające emocjonalnie dla nas obojga? On naprawdę zmienia się w oczach. I ma to wpływ na jazdy po pastwisku. Nie widzę sprzeciwów. Jest dużo zgody i posłuszeństwa, choć jest też dialog, ale bez nieufności i agresji.

Na koniec akcent humorystyczny: kto do kogo mówił ostatnio „No misiu, proszę Cię, nie obrażaj się!” ............. Rzeczywiście miałam wrażenie, że się obraził! Ja mu marchewkę, a on odwraca głowę ode mnie, patrzy na mnie bokiem od niechcenia i odwraca głowę jeszcze bardziej. Normalnie wepchnęłam mu tą marchewkę do pyszczora! Obłęd.