25 wrz 2009

Małe dziurki

______________
Doszły w końcu moje siatki na siano z małymi dziurkami. Wczoraj wieczorem załadowałam do nich siano i powiesiłam koniom w boksach. Na początku nie wzbudziły żadnego zainteresowania – ani one, ani ich zawartość. Po pewnym czasie Truskawka zaczęła od czasu do czasu wyskubywać pojedyncze źdźbła, ale robiła to bez większego przekonania. Duszek w ogóle nie zwracał na siatkę uwagi, nawet jak wyciągnęłam kilka kępek, żeby mu na początek zadanie ułatwić.

Wyjechałam ze stajni cala w nerwach, że przeze mnie konie będą głodne.

Dziś przyjeżdżam i widzę, że siatki wiszą jak wisiały i są pełne. Myślę, kicha, nie załapały, że przez małe dziurki też można dostać się do siana. Pędzę do stajennego, a on mówi, że wyjadły do zera. Ufff!!! Siaty, które zobaczyłam, były już przygotowane na wieczór. (Kasia,stajenny to zrobił!).

Strasznie się cieszę, że załapały bez problemu. Tym bardziej, że dzień robi się coraz krótszy i coraz wcześniej konie będą wracały do stajni.

24 wrz 2009

Opinia rudzielca o niedzielnych harcach



Dzisiaj tylko krótko: pojawiłam się we wtorek w stajni po robocie - cel kowalski ;) Brytania. Poszłam po dziewczyny na padok - zwykle trzeba je było chwilkę poprosić i w końcu było człap człap człap do człowieka.

A teraz?

Podeszłam do bramy, zawołałam - rude zwrot na zadzie i kłusem (niekulawym!!) do mnie :) [Brysia w tle człap człap człap]. W połowie drogi Campi upewniła się, że Brysia nie podejdzie pierwsza, odpędzając ją zdecydowanie.

No, podobało jej się niedzielne kalamburowanie. W weekend muszę znaleźć czas na zabawę, nie ma zmiłuj :)

21 wrz 2009

Przypominamy sobie co to jest PNH :)



U nas weekend pod znakiem sprzątania - wreszcie udało mi się zmobilizować ekipę do uprzątnięcia padoku kobyłkom. Nie było łatwo, odciski na łapkach, pęcherze i takie tam. No ale się udało - pastwisko jest czyste w 100% (noo dobra, było, wczoraj ok. 17 ;))

Koleżanka wykazała się niebywałym refleksem, kiedy Brysiek przybyła do toalety, którą właśnie sprzątałyśmy. Łopata w ręce była, przechwycenie w locie i - nie trzeba czesać trawy grabkami :)


A Bryś zdecydowanie wróciła do formy. Błyszczy jak malowana. Aż się chce zasuwać z taczką wokół niej... Tutaj z dumną i szczęśliwą właścicielką :)


...która zadbała też, aby stworzonka mogły poobgryzać GAŁĄZKI! Jak widać bardzo im się pomysł spodobał:


Sprzątanie udało się skończyć na tyle wcześnie, że nawet chwilkę pobawiłam się z moim Wierzchowcem kochanym. Szybkie sprawdzenie, jak humorek i ile pamięta - pamięta wszystko, zaciekawiła się, chciała więcej - proszę bardzo - chody boczne z piątej strefy na wolności.

Trochę o tym dyskutowałysmy, zanim zrozumiała, ale bardzo jej się zgadywanka spodobała. Przyczepiła się do mnie i wcale nie chciała przerwy :)

Stwierdziłam, że skoro koń rozleniwiony słońcem, spokojny, chętny do rozmowy i współpracujący, to spróbuję przyparkować go do płota. Udało się bez problemu. No to się wgramoliłam na grzbiet. Tak mi się dobrze zrobiło, że sobie przypomniałam, jak bardzo męczące było sprzątanie, i padłam...


Później jeszcze kilka kroków zrobiłyśmy, żeby upewnić się, że konisko pamięta sygnał do ruszania. Pamięta :)


..i tyle z pierwszej sesji po długiej, weterynaryjnej przerwie. Koń zadowolony, ja też zadowolona i jakaś spokojna. Aga pobawiła się trochę z Brysieńką. Może w końcu będzie czas na PNH i uda się rudą cysternę nieco odchudzić ;)

Jeszcze dwie fotki ze spotkania stajennego psa ze źrebakiem - urocze wyszły:

19 wrz 2009

Pięć dni czyli znowu o kursach

_____

Plan był taki: biorę oba konie, jadę na oba kursy, na jedynce słuchaczuję jednocześnie się relaksując i zbierając siły na dwójkę+wyżej i w tej dwójce+wyżej biorę udział z Duszkiem. Plany planami, a życie sobie. Tydzień przed kursem okazało się, że czeka mnie służbowy wyjazd zahaczający o kurs. Wyjazdowe obowiązki co prawda zaczynały się dopiero w poniedziałek po kursie, ale żeby na nie dotrzeć, musiałam wyjechać w niedzielę rano. Ta niedziela była ostatnim dniem kursu, czyli z trzech dni zrobiły się dwa. Pierwsza panikarska myśl, że z kursów nici, bo nie wiem, czy uda się przełożyć powrotny transport koni, czy zdążę wszystko załatwić przed kursem, czy to, czy tamto ... Na szczęście z odsieczą przybyła Sylwia, która zaoferowała się zająć się końmi i je załadować, gdyby musiały wyjechać dopiero w niedzielę. W rezultacie okazało się to niepotrzebne, bo transport przełożyłam, ale miało to efekt stabilizujący w lawinie ostatnio-minutowych zmian i przygotowań.

Druga sprawa organizacyjna: skoro jednak jadę, zamienię przepadający dzień dwójki+wyżej na jeden dzień jedynki. Konsultacje z Beatą, Beata mówi O.K., ale jednocześnie dowiaduję się, że w wyniku różnych zdarzeń na jedynce jest tylko 3 jeźdźców. Decyduję się „robić tłum” (ha, ha, tłum czteroosobowoczterokonny) i dopisuję się na całą zaawansowaną jedynkę. W ten sposób zrobiło się pięć dni.

I było super! Tylko szkoda, że bez dnia szóstego.

Jedynka pozwoliła mi wypolerować pewne rzeczy. Np. nigdy wcześniej nie udało mi się osiągnąć chodów bocznych, w których Duszek nie ustawiał się mniej więcej równoległe do kierunku ruchu. Myślałam, że może to jakaś fizyczna przypadłość Dusika i zadowalałam się tym, ze prawidłowo stawiał przednie nogi. A tu proszę, okazało się, że może to zrobić pod kątem niemalże 90 stopni!

Dwójka+wyżej dała mi dużo wskazówek i duuuuużo rozjaśniła. Przede wszystkim zatrzymania z siodła i przejścia w dół. To będą moje główne ćwiczeni a w najbliższych miesiącach.

A obok kursu ćwiczyliśmy wprowadzanie do przyczepy. Mogliśmy to robić dzięki Beacie (Satynowo-Szamanowej), która użyczyła nam swoją przyczepę (Beatko, jeszcze raz dziękuję). Podsumuję to w ten sposób: gdyby jeszcze dzień przed kursem ktoś mi powiedział, że głównym moim problemem (zresztą rozwiązanym) stanie się to, że Duszek wychodzi z przyczepy krzywo, postukałabym się w głowę.

Był to mój trzeci kurs z Duszkiem. Pierwszy, bezpośrednio po zaliczeniu jedynki był totalną porażką: delikatnie mówiąc, w tym czasie Duszek pokazywał mi środkowy palec, jednocześnie ja miałam okres strachu przed jazdą, w związku z czym kurs przeżyłam w różnych odcieniach wewnętrznego chaosu (zewnętrznego pewnie też, ale na szczęście tego nie widziałam). Na drugim Duszek był już ze mną, ale z kolei nade mną kładł się cień grozy załadunku Duszka + załadunku w drodze powrotnej Truskawki (bezpośrednio po kursie jechaliśmy do nowej stajni i mieliśmy Truskawkowy stop w starej stajni) . Cień okazał się na tyle silny, że właściwie prawie całkowicie zdominował mnie, moją percepcję i reakcje. I dopiero podczas tego trzeciego mieliśmy prawdziwy fun.

Ciekawe, co jutro moje konie powiedzą mi po tygodniowej przerwie.