Każdy z nas pracuje z końmi. Każdy z nas ma coś wspólnego z PNH - niektórzy idą ściśle z programem, inni łączą naturals z najlepszymi elementami szkoły tradycyjnej, niemniej wszyscy uznają, że Pat Parelli wymyślił coś niezwykłego, co otworzyło nam drogę do współpracy z koniem na zupełnie nowym poziomie. Jeśli pracujesz z koniem metodą Pata Parellego i chcesz zostać współtwórcą tego bloga, napisz krótki e-mail w tej sprawie na adres dorota.konowrocka@gazeta.pl
24 lis 2007
Teren, teren, teren :)
Kilka tygodni temu przeżyłam inną cudowność. Wybrałam się w teren, gdy powoli zapadał już zmrok. Nie jestem nocnym markiem, nie mam tu doświadczeń, ale pomyślałam, że zawsze mogę zejść i wrócić piechotą. Czarny znów miał nastój wybitnie spolegliwy, kłusował równo, zmrok zapadał wokół nas coraz gęstszy, widziałam już tylko niebo wcinające się w ścieżkę, którą kłusowaliśmy. Po lewej ciemność między drzewami, po prawej ciemność między drzewami, nie wiadomo już, gdzie ciemność, a gdzie drzewa, na ścieżce pojawił się dywan z liści, więc pod kopytami również zrobiło się ciemno. Zagalopowałam, Czarny łagodnie poniósł mnie w ten czarny tunel. To był mój pierwszy raz o zmierzchu galopem i była w tym magia.
Kilka dni później, kiedy przywiązałam się już do myśli, że mam wymarzonego konia, Czarny zaprezentował w terenie totalną paranoję. Ja na ziemi - jestem spokojny, idę ze zwieszoną głową. Ja w siodło - panika, wytrzeszcz, wrastam w ziemię co pięć kroków, grzbiet spięty, uskoki, zrywy. Zsiadałam i wsiadałam nie wiem ile razy, straciłam rachubę. Nie pomagały żadne ćwiczenia i oswajania, już stęp był ekstremalnym przeżyciem, Czarny autentycznie bał się własnego cienia. Kiedy w panice uskoczył przed kałużą wielkości znaczka pocztowego, poddałam się i zsiadłam ostatecznie, do domu wróciliśmy piechotą.
Tak wsiąkłam w te tereny, że nie mogę sobie wyobrazić powrotu do jazdy pastwiskowej :) Gdybym nawet nie zawdzięczała Patowi nic innego, to jedno było warte wszystkiego: to, że można zawsze zejść i pójść obok konia jak obok psa. To jedno rozwiązanie otworzyło mi samotne terenowanie. Nie chce odchodzić od domu? Nie ma problemu, odejdziemy na smyczy bez wdawania się w awantury i wsiądę w lesie. Nieznany szlaban? Nie ma problemu, zsiądę i przejdziemy obok niego piechotą. Samochód grzybiarzy? To samo. Czuję się niepewnie? Wielkie mi rzeczy :) Zsiadam i pewność wraca. Z czasem zsiadania coraz mniej, a siodła coraz więcej, ale zawsze mam plan B, jakby coś mi nie wyszło. I oczywiście mam konia, który idzie obok grzecznie, nie włażąc na mnie i nie ciągnąc, synchronizując się ze mną i czekając na sygnały. Taka zwykła, prosta rzecz. Zsiadanie to żaden wstyd. Wsiadanie to żaden wysiłek. A jaka nagroda! :)
21 lis 2007
Oko Duszka i przestrogi
Jak już wspominałam ok. dwa miesiące temu Duszek zakłuł się i miał poważnie uszkodzoną rogówkę (dopiero teraz wiem, jak poważnie). Przez dwa miesiące zakraplaliśmy trzy razy dziennie różne krople do chorego oka. No i nareszcie dobre wieści: oko jest przezierne (chyba tak to brzmiało fachowo, chociaż może coś przekręciłam), widać już dno oka i w najgorszym wypadku zostanie mała blizna (chociaż nie musi). Natomiast gdyby nie regularne zakraplanie, oko by się pokryło bielmem i by na nie nie widział. Dlatego piszę te notkę: jeśli czyjemuś koniowi to się przytrafi, nie należy zaniedbywać żadnych zaleconych czynności. Wydawać by się mogło, że krople to taki zabieg prawie kosmetyczny, a poważne leczenie kojarzy się z jakimiś operacjami chirurgicznymi, zastrzykami, tabletkami, itp.
Druga przestroga ściągnięta z bloga Klary: przy koniach, a zwłaszcza, jeśli korzysta się ze sznurków, należy zawsze mieć przy sobie nóż. Na własne uszy słyszałam, jak Berni to mówił, na własne oczy widziałam, jak wyciągnął nóż i coś nim przeciął, ale kompletnie to zignorowałam. Dopiero po tym, co przydarzyło się Teo, dotarła do mnie waga tej informacji. Ja już zakupiłam scyzoryk. A Wy?
(Mam nadzieję, że Klara nie będzie miała nic przeciwko temu, że posłużyłam się przykładem Teolinka, ale to dla dobra koni).
20 lis 2007
co słuchać po przerwie
Przenieśliśmy się do stajni, w której stoją tez Promyk, Indii i Aparatka. Głównie ze względu na halę. Bo zaczęłam treningi ujeżdżeniowe z trenerem. Nie znajdowałam w PNH tego, czego szukałam, a więc pracy nad rozwojem fizycznym Diakona i swoim. Nie chciało mi się czekać do 3 poziomu, a więc w praktyce 2-3 lat. I jestem bardzo zadowolona. Trener mi się trafił z dużym doświadczeniem, wyczuciem i tzw podejściem. Tylko czasem się z nim nie zgadzam:) Generalnie Diakon zrobił duże i szybkie postępy - chodzi z impulsem, w pięknym, regularnym rytmie, zaczyna pracować zadkiem, ustawiać się na wodzach, pienić się. Ma bardzo ładny kłus i galop, za to słaby stęp, ale i tak jest o niebo lepiej niż zanim zaczęłam jeździć z trenerem. Nie zdawałam sobie sprawy nawet jak wiele miał złych nawyków pod siodłem. I ogromnych wzruszeń mi dostarczył kiedy się pierwszy raz spienił oraz zganaszował. Ale to forum PNH więc nie będę siać tu herezji:)
Apropos nowego miejsca to trochę się bałam, że Diakon dostanie w tyłek od stada za cfaniakowanie. Byłam zaskoczona - Diakon po wpuszczeniu go na padok witał się grzecznie z każdym koniem. I wszystko jest ok - wie z kim nie może sobie pozwalać, wie kogo moze pozaczepiać, strasznych ran nie ma, gdzieniegdzie tylko wyrwana sierść:) Jest szczęśliwy - bo w końcu ma wielu kolegów, a w poprzedniej stajni był wypuszczany tylko z jednym.
Pozatym są psy, koty, pałetają się miedzy nogami i Diakonowi kompletenie to nie przeszkadza - jest za to zawsze bardzo zainteresowany i chętny do obwąchania się z nowym kolegą/koleżanką.
Czasem się bawimy z ziemii, zwłaszcza przed jazdą i po jeździe - rozstępowanie robimy głównie z ziemii, z niespodziankami - a to możesz zjeśc sobie teraz siana, a to przejdź proszę przez ten drążek, a to nagły zwrot, a to chody boczne, a to zabawa z oponą. Wychodzi różnie - czasem mam wrażenie, że on to robi bo musi, nie sprawia mu to przyjemności, albo robi to strasznie ospale i bezmyślnie. Budzi się na wyższe fazy, ale wtedy jest wkurzony.
Z pomocą Kasi od Promyka zaczęliśmy zmiany kierunków w okrążaniu. Trochę też próbuję różnych rzeczy na wolności - zaskoczona byłam, że się udaje:) Choć nie zawsze - czasem jak ma mnie za zadem to majestatycznie się oddala:) Ale najczęsciej wraca:)
W niedzielę spróbowałam jeszcze raz jazdy w Barefoocie i... ostatecznie podjęłam decyzję, że nie kupię tego siodła. Siedziało mi się strasznie, ale może to była kwestia rozmiaru - to chyba była jakaś 18. Kupiłam za to na ebayu Isabelkę, nie mogę się doczekać, kiedy przyjdzie. Bo nasze obecne siodło jest zdecydowanie za wąskie, Diakon ma wgłębienia przy kłębie, mimo, ze między przedni łęk a kłąb wchodzą przepisowe 2 palce. Jak na to patrzę to płakać mi się chce, mam nadzieję, że nowe siodło poprawi mu wygląd grzbietu.
W niedzielę też pierwszy raz od paru miesięcy spadłam - galopowalismy, w pełnym skupieniu i ja i koń a tu nagle spadła kostka siana, Diakon odskoczył a ja nie:) Zrobiłam piękne salto i wylądowałam na plecach. A zastanawiałam się przed jazdą czy założyć kask:) Poprzedniego dnia nie miałam, tego dnia tak...
Zauważyłam, że on się płoszy przy takich niespodziewanych, cichych szmerach - jak coś zaszeleści w krzakach czy w rogu ujeżdżalni. Macie jakies pomysły jak na to odczulić konia?
5 lis 2007
O niegeneralizowaniu
O wyższości siodła Barefoot Cheyenne :)
Wieści terenowe od Czarnego
Nie odzywaliśmy się dawno, bo właściwie trudno było powiedzieć, co robimy. To nie jest już chyba program Parellego, a może właśnie jest? Carrot stick leży w pokoju dzieci, od dawna nie używany, subtelniejsze ćwiczenia kurzą się w mojej głowie, a ja i Czarny niestrudzenie wędrujemy w tereny. Dwa, czasem trzy razy w tygodniu znikamy na dwie godzinki w okolicznych lasach. Czasem dwie trzecie tych terenów przechodzę piechotą, czasem jedną trzecią, czasem prawie całość udaje mi się przejechać. Nie spieram się z Czarnym i nie awanturuję. Galopuję na ścieżkach, na których Czarny jest najbardziej opanowany umysłowo, na innych kłusuję lub stępuję, i nie upieram się, by galopować tam, gdzie może się to skończyć szybszym niż bym chciała powrotem do domu albo nagłym skrętem w znajomą ściezkę, ale też nie przegapiam momentów, kiedy mogę poprosić Czarnego o nieco energiczniejszy ruch do przodu. Wiem, gdzie są „trasy szybkiego ruchu”, gdzie lepiej na razie Czarnego do galopu nie podnosić, i wiem, gdzie są trasy leniwego spacerowicza, gdzie trzeba go podnieść chociaż do kłusa, bo inaczej wylądujemy na jakimś popasie w jeżynkach. Dostosowuję się i cieszę tym, co dostaję. Kiedy czuję się choć trochę zmęczona, fizycznie czy emocjonalnie, natychmiast zsiadam i pogodnie wędruję z moim koniem na piechotę. Siedzę na grzebiecie Czarnego tylko wtedy, kiedy czuję, że naprawdę jestem skoncentrowana i gotowa, dzięki czemu uzyskują ową parellistyczną „perfect practice”. Mniej, ale bardzo wysokiej jakości. Jak czuję, że miękną mi powoli nogi i żeby je odciążyć zaczynam choć nieznacznie pochylać się w kłusie – zsiadam. Jak czuję, że zaczynam odpływać myślami – zsiadam. Jak Czarny w spokoju przegalopował zadany odcinek lub ładnie przekłusował z opuszczaniem głowy – zsiadam. Jak czuję, że Czarny zobaczył coś, co BARDZO go zaniepokoiło – zsiadam i spokojnie czekam na rozwój wypadków. Jeśli zaniepokoiło mniej, cofam, cofam, cofam – tak długo, aż wyczuję chęć ruchu naprzód i narastające westchnienie rozluźniającego się konia. I idziemy dalej. Wreszcie przestałam zerkać na końskie uszy. Cała potrzebna informacja i tak daje się wyczuć pod siodłem, co – znów – czuję dopiero teraz. Jeśli on idzie energiczniej, ja też idę energiczniej, ale owa energia wyraża się bardziej w napięciu mięśni i całego ciała, w energii poruszeń góra-dół, a nie w pochyle naprzód. I to mu pomaga pozostać w równowadze fizycznej i emocjonalnej. Za każdym razem, kiedy się pochylę, czuję, jak mój koń traci emocjonalny spokój i zaczyna myśleć o ruchu bardzo szybko do przodu. Kiedy ja powracam na właściwą, wyprostowaną pozycję, mój koń odzyskuje rozum. Prowadzę z Czarnym tysiące małych, cichych dialogów. Nauczyłam się czekać. Czekać. Długo. Delikatne napięcie ciała albo liny, zależnie od tego, czy siedzę na nim, czy idziemy piechotą, tyle tylko, by wiedział, że jestem i czegoś chcę, i czekam. Czekam. Nie patrzę na niego. Patrzę przed siebie i czekam. Po jakimś czasie podejmuje decyzję i idzie, bardzo już wtedy spokojnie. Tak oswajamy drobne strachy i przezwyciężamy niechęć do pójścia dalej, kiedy można by już wrócić do domu. Większe strachy (ostatnio demoniczna, błyszcząca puszka w krzakach oraz jaskrawo biały samochód grzybiarzy) oswajamy z ziemi aproach and retreat, ale też bardzo, bardzo długim i spokojnym. Nie cofam go już jak morderca koni, nie poluję na jego zad. Cofam delikatnie, tyle, ile on chce, zapraszam też delikatnie. W efekcie dość szybko przechodzi koło stracha całkiem spokojnie. Daję wąchać wszystkie interesujące zapachy po drodze. Nie awanturuję się „chodź, chodź wreszcie!!”. Ja mam czas.... Dużo jeżdzę na rowerze (moi synowie zachwyceni, bo zawsze choć jeden załapuje się na pasażera), dużo energicznie i szybko chodzę, jeżdżę komunikacją publiczną, wzmacniam ciało i czuję, że niesłychanie przekłada się to na jakość jazdy. Nie ma siły, jako coraz bardziej sprawna i wytrzymała radzę sobie znacznie lepiej niż jako przyzwyczajony do jazdy samochodowej „weekend warrior” (określenie zauważone ostatnio w książce o jeździe terenowej, „niedzielny jeździec z ambicjami”).
4 lis 2007
Koń proponuje i rózne fg
Dziś mieliśmy trzeci dzień oswajania z „myjką samochodową”. Duszek mnie po prostu rozbroił. Doszliśmy już do tego, że spokojnie stał z głową w fruwających i szeleszczących taśmach. (Przypominam, że to ten sam koń, który na widok jakiegolwiek sznurka panikował). No więc stoi Dusiaczek w tych taśmach, łypie na mnie z wyraźnym pytaniem, co ma jeszcze zrobić i mówi: a może chcesz, żebym to zjadł? I bach, taśma do pyszczydła. Więc go głaszczę i wyjmuję taśmę i mówię „ nie Dusiaczku, to nie o to chodzi”. Więc on: a może mam postawić nogę na drągu – i bach, noga na drągu.
Dałam mu na dziś spokój i nie pchałam, żeby przeszedł pod tymi taśmami, bo poza samym przejściem wymagało to jeszcze schylenia głowy – niestety, nie mam jak tej kontrukcji umocować, żeby było wyżej.
Inne oswojone ostatnio strachy to wlewanie do pyska płynu przy pomocy strzykawki. Wykorzystałam pomysł Klary: strzykawkę napełniłam jabłkowym Bobofruitem. Zaczęło się od ucieczki, a teraz usiłuje zjeść strzykawkę, pewnie myśli, że cała jest taka smaczna. Ale pierwsze kilka razy było prześmieszne: ten szok na jego pysku, że z tego białego strasznego wyleciało coś tak dobrego.
Oswoił się też z wlewaniem kropli do oka. Ponieważ po zakłuciu ma wpuszczane krople trzy razy dziennie, tak się z tym oswoił, że już wystarczy lekko trzymać za kantar. Jak zakończymy kurację, będę wkraplać do drugiego oka, żeby też się przyzywyczaił.
No i dzisiaj po raz pierwszy udało mi sie wydłubać taką okropną czarną maź z jego męskiego interesu. Co prawda zrobiłam to raczej symbolicznie, bo nie miałam rękawiczek i było to dość obrzydliwe, ale pozwolił sobie wsadzić tam palucha i wyciągnąc trochę tego czegoś. Ciąg dalszy nastąpi.
2 lis 2007
Stabilizacja, grzyb i otręby - trochę jeża i friendly na koniec ;)
A co u nas? Przede wszystkim - stabilizacja. Campina uspokoiła się wyraźnie, przestała świrować przy wyjściach do lasu, idzie chętnie, nie płacze za Bilonem. Na pierwszym w miarę spokojnym spacerze co prawda zaliczyła lekkie nakręcenie -- jak podeszłyśmy "znienacka" do płota pastwiska od innnej strony, i wyraźnie nie skojarzyła, że "te konie, to jej konie". Głowa poleciała w górę, węszenie, uszy do przodu aż do zakwasów, rżenie. A potem, jak odpowiedziało jej kilku "znajomków", żuuucieeee...
No i zrobiła się taka fajnie wyczulona w tamtym momencie (mimo głowy w chmurach!). Kilkoma przejściami stęp-stój-cofaj udało się przywrócić kontrolę/komunikację, z małym bonusem - impuls jak marzenie! :) Zakłusowania ze stój, zatrzymania z kłusa, obszerne kroki przy cofaniu. Wyglądało to tak, jakby fizycznie robiła o co proszę, jakąś podświadomą częścią umysłu, ale najwyższe warstwy świadomości miała jednak skupione na stadzie ;)
To pierwszy raz, kiedy pojawiłyśmy się w tym miejscu. Za drugim tylko na moment się zdziwiła, potem przypomniała sobie okolicę, opuściła głowę, żujżuj, spokój.
A ostatnio (trzeci raz) tylko rzuciła okiem na płot. Na dodatek nie spłoszyła się, kiedy spłoszyli się końscy towarzysze wycieczki (Wiedźmin i Brycia). Wiesiek spłoszył się najpiękniej, tętent był jak od stada dzików, pociągnął trochę moją siostrzyczkę, która zaliczyła widowiskową glebę. Glebę zaliczyła również Brytania. A ruda przydała się jako barykada drogowa, patrząca z wyższością na wystraszone młokosy.
Spokojna jest tak bardzo, że wybitnie mam ochotę wsiadać. A wsiadać na razie nie da rady, bo... mamy grzyba. Futro na kłodzie wygląda jak pocięty przez mole wełniany sweter, na zadzie strupy... A czaprak barefootowy nie wygląda na łatwy do dezynfekcji :| No cóż - nic, tylko wykorzystać czas leczenia na naukę ustawiania się przy schodkach i oswajanie obciążenia. Na wiosnę będziemy w tym mistrzami ;)
Grzyba leczymy od ostatniej środy. Weterynarz zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie, więc jestem dobrej myśli. Rzeczowy facet, przedstawił możliwe scenariusze, opowiedział o szczepionkach i w ogóle... Na dodatek zrobił zastrzyki rudej i Bilonowi nawet bez kantarów! Miały lekko głupie miny, ale nawet nie zdążyły zaprotestować. Dał się koniom obwąchać, pogłaskał, nie miały żadnych "wątów" do jego zabiegów.
No i spytałam go też, co sądzi o "aferze otrębowej" (rzekoma szkodliwość otrębów podawanych nieregularnie - rozregulowywanie układu pokarmowego). Powiedział, że to kwestia osobnicza, niektóre konie reagują rozstrojem żołądka na mesz i stąd wzięły się te opinie -- podobnie jak część ludzi nie może pić mleka. Absolutnie nie dotyczy to wszystkich, większości koni mesz służy, należy obserwować "przebieg trawienia". Czyli jeżeli następnego dnia nie zaobserwujemy "sraczki", to wygląda na to, że wszystko jest OK. Jeśli tym bardziej, widzimy, że koń jest w dobrej formie, nie jest osowiały, poprawiła mu się sierść itp. -- to nie ma powodu przypuszczać, że mesz mu szkodzi. W każdym razie, nie zdarzają się podobnoż przypadki leczenia z meszu ;)
Natomiast stanowczo odradzał podawanie meszu częściej niż 2 razy w tygodniu -- ze względu na siemię. Jego powlekający charakter jest ogólnie pożądany, ale jeśli jest podawane zbyt często, powoduje rozleniwienie układu trawiennego. Wtedy nagłe odstawienie może spowodować kolkę.
Brzmi to wszystko bardzo rozsądnie, więc wyciągnęłam wniosek poprzedzony obserwacją rudej w dniu następującym po podaniu meszu -- będę podawać nadal. Smakuje jej wybitnie, z trawieniem wszystko OK i wygląda na to, że jej służy. A wzmocnienia panienka potrzebuje do walki z grzybstwem... Do tego świetnie się bawię, pichcąc dla niej ;)
Wet poradził też mocniejszy środek odrobaczający (wieloskładnikowy). Mocna grzybica może być objawem zarobaczenia i związanego z tym spadku odporności, a w ogóle na jesień podobnoż profil robali bardziej różnorodny niż na wiosnę.
To tyle z wieści weterynaryjnych.
A z pozytywnych zaskoczeń PNHowych - generalizacja. Któregoś razu pomyslałam, że sprawdzę czy i jak Campi zareaguje na nacisk jeżowy na boku. Nie łopatka (co ćwiczyłyśmy), nie zad (co ćwiczyłyśmy), ale właśnie bok -- czego nie ćwiczyłyśmy. Pogłaskałam, dotknęłam, i czekam. Ruda myśli, oczy niebecne, kilka sekund - krok w bok? Byłam w szoku! Nawet nie próbowała innej odpowiedzi, zgadła za pierwszym razem i naprawdę szybko :)
Wczoraj za to oswajałam ją z górą styropianu. Przerażająco biały był. Odgłos przy dotknięciu też był potworny. Na dodatek obok leżały plastikowe rury -- niebieskie i zielone i wielki zbiornik na szambo. Wspaniałe było to, że ona nie próbowała "tchórzyć" -- miała luźną linę, kiedy chciała się cofnąć, pozwalałam jej, co jakiś czas pierwszą fazą zapraszałam ją do podejścia bliżej lub cofałam o 2-3 kroki (approach & retreat). A poza tym stałam i dawałam jej czas. A ona -- ustawiła się przodem do stracha, patrzyła na niego i widać było, że rozumie, że ma się go "zaniebać" i stara się. Nawet jeśli wiatr poruszył czymś, cofnęła się, to wracała i wyraźnie pracowała nad sobą -- naprawdę miło popatrzeć :) Jak już oswoiłyśmy te wszystkie dziwne rzeczy (z przerwami na trawkę gdzieś daleko, kiedy powąchała co większe potwory) i dawała radę wejść między nie i stanąć rozluźniona, dostała w nagrodę kilka marchewek w samym środku "parku strachów". I zjadła je zupełnie spokojnie :)
Trochę się to różni od pierwszych naszych doświadczeń z FG, kiedy ciągle musiałam mówić: nie w bok, nie w drugi bok, nie idziesz sobie... Zna i akceptuje reguły... to naprawdę niezwykłe :)