Nasz plan zajęć w tygodniu, po dniu pracy obecnie – czyli porą zimną i ciemną - wygląda tak:
Wypuszczam konie z boksów, żeby sobie połaziły koło stajni, w międzyczasie przygotowuję sprzęt i jedzenie, potem trochę się bawimy z ziemi, aż nadchodzi wyczekiwany przez konie moment: dostają wysłodki. Doskonale wiedzą, że jak po zabawach znikam w siodlarni, robię to po to, żeby wyłonić się z niej z dwoma apetycznie wypełnionymi wiaderkami. Stoją wtedy pod drzwiami i tęsknie na nie patrzą, nic już ich stamtąd nie jest w stanie odciagnąć.
Samo spożywanie zwykle przebiega tak samo. Oboje bardzo anagażują się w ten posiłek, ale Duszek robi to całym sobą, całym swoim ciałem, trudno to opisać, ale widać, że wkłada w to całą swoją duszę, że jest to dla niego wycieczka do końskiego raju. Duszek zawsze kończy pierwszy, bo dostaje mniej i zaczyna podchody, żeby przejąć zawartość wiaderka Truskawki.
I tu zaczyna się moja rola: pilnuję, żeby jej nie odpędził. Początkowo próbował atakować bezpośrednio, po lini prostej jego wiaderko-Truskawki wiaderko, ale szybko załapał, że frontalny atak nie ma szans powodzenia, bo ja tam stoję. Więc próbuje mnie przechytrzyć metodą okrążania – podchodzi z jednej strony, potem ją okrąża i podchodzi z drugiej, znowu wraca do pierwszej. On krąży, ona się szczurzy, a ja jej bronię.
I tak było aż do wczoraj. Wczoraj niespodzianka. Duszek zjadł swoje, pytająco spojrzał na mnie tkwiącą na swoim zwykłym posterunku przy czarnej (już nie mambie, bo charakter przestała mieć mambiasty!) i – UWAGA, UWAGA – po prostu odszedł. W ogóle nie rozpoczął swoich zwykłych podchodów.
No i mam zagadkę - czy to oznacza, że nabrał trochę szacunku? Czy po prostu nie był głodny? A może jeszcze coś innego? W to drugie trudno mi uwierzyć, bo on nigdy nie bywa nie głodny.
Każdy z nas pracuje z końmi. Każdy z nas ma coś wspólnego z PNH - niektórzy idą ściśle z programem, inni łączą naturals z najlepszymi elementami szkoły tradycyjnej, niemniej wszyscy uznają, że Pat Parelli wymyślił coś niezwykłego, co otworzyło nam drogę do współpracy z koniem na zupełnie nowym poziomie. Jeśli pracujesz z koniem metodą Pata Parellego i chcesz zostać współtwórcą tego bloga, napisz krótki e-mail w tej sprawie na adres dorota.konowrocka@gazeta.pl
15 lut 2012
6 lut 2012
Nowe wcielenie Duszka czyli naprawianie galopu
Duszek jest koniem krótkim, żeby nie powiedzieć - bardzo krótkim. Konie krótkie, jak wiadomo, potrzebują długich prostych. W nowej-obecnej stajni długich prostych brak. Ujeżdżalnia jest raczej mała. Nie wiem, czy z powodu jej małości czy jakiegoś innego, Duszek na tej ujeżdżalni odmówił galopu. Nie taki on głupi, żeby na krótkich odcinkach marnować energię na galopy, skoro można to zrobić stępem, no, ewentualnie dystyngowanym kłusem.
Po jakimś czasie trochę progresowaliśmy i zaczął zagalopowywać na prawo, potem troche wydłużaliśmy odcinki. Ale na lewo – kicha, nawet próby nie podejmował. Było to dziwne, bo w poprzedniej stajni chętniej galopował w lewo.
Wróciliśmy do CG na linie: przejścia, potem wydłużanie odcinków galopu. Sama siebie reperowałam galopując na lonży i pod okiem osoby z dołu. W sumie nie wiem, co zadziałało. Zaczął galopować w lewo, najpierw na złą nogę, potem coraz częściej na dobrą.
No i stała się rzecz niewiarygodna. Nagle, ni stąd ni z owąd, zaczął sam proponować galop. W pierwszej chwili wzbudziło to we mnie taką euforię, że pozwalałam mu galopować, chociaż po głowie mi się telepało, że chyba nie postępuję dobrze zgadzając się na taką samowolę.
Po forumowym kuble wody na rozentuzjazmowaną głowę (obowiązek konia - nie zmieniaj chodu, nie zmieniaj kierunku) pracuję nad czymś, co jeszcze niedawno w odniesieniu do Duszka wydawałoby mi się pomysłem z kosmosu – kłus bez przejść do galopu. W sobotę np. zakończyłam jazdę, gdy zrobił całe kółko w kłusie bez próby galopu.
Tylko czekam, jak znowu mu się odmieni i powie – nie chciałaś, żebym galopował, to sobie postoimy.
Po jakimś czasie trochę progresowaliśmy i zaczął zagalopowywać na prawo, potem troche wydłużaliśmy odcinki. Ale na lewo – kicha, nawet próby nie podejmował. Było to dziwne, bo w poprzedniej stajni chętniej galopował w lewo.
Wróciliśmy do CG na linie: przejścia, potem wydłużanie odcinków galopu. Sama siebie reperowałam galopując na lonży i pod okiem osoby z dołu. W sumie nie wiem, co zadziałało. Zaczął galopować w lewo, najpierw na złą nogę, potem coraz częściej na dobrą.
No i stała się rzecz niewiarygodna. Nagle, ni stąd ni z owąd, zaczął sam proponować galop. W pierwszej chwili wzbudziło to we mnie taką euforię, że pozwalałam mu galopować, chociaż po głowie mi się telepało, że chyba nie postępuję dobrze zgadzając się na taką samowolę.
Po forumowym kuble wody na rozentuzjazmowaną głowę (obowiązek konia - nie zmieniaj chodu, nie zmieniaj kierunku) pracuję nad czymś, co jeszcze niedawno w odniesieniu do Duszka wydawałoby mi się pomysłem z kosmosu – kłus bez przejść do galopu. W sobotę np. zakończyłam jazdę, gdy zrobił całe kółko w kłusie bez próby galopu.
Tylko czekam, jak znowu mu się odmieni i powie – nie chciałaś, żebym galopował, to sobie postoimy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)