30 kwi 2007

Oswajanie

Oswajamy się.

Ja: Czuję się coraz swobodniej na Duszku. Nie jestem już spięta, jak na niego wsiadam. Już potrafię zauważać, co powinnam poprawić, potrafię myśleć o wielu rzeczach, o tym, że mam go nie ściskać nogami, że mam siedzieć na kieszonkach, o focusie, o energii w górę i w dół ... Co więcej, poczułam się na nim na tyle pewnie, że nawet zaczęłam eksperymentować. Parę dni temu wsiadłam i zauważyłam, że zapomniałam o sznurku na okoliczność fazy 4. Nie chciało mi się schodzić, więc z siodła rozwiązałam węzeł i zrobiłam linę z wodzy. Zachęcona tym sukcesem postanowiłam zrobić rzecz odwrotną, tzn. wodze z liny. I też się udało! Udało też mi się go osiodłać na wolności.

On: Mam nadzieję, że jemu też jest ze mną coraz lepiej. Już parę razy zarżał na mój widok, przychodzi jak go zawołam (nie rozwija jakiegoś nadmiernego tempa, prawdę powiedziawszy to się wlecze, ale i tak to jest coś), podczas undemanding time staje przy mnie i potrafi tak się rozluźnić, że prawie przysypia. A jaki z niego ciekawski osobnik! Wczoraj gdy tak siedzieliśmy sobie razem – tzn. ja siedziałam, a on stał i zwisał głową nade mną – wyciągnęłam kanapkę i zaczęłam ją jeść, a on koniecznie musiał sprawdzić, co to jest i do czego służy. Wtykał nos do kanapki, obwąchiwał torebkę i papierek, w ogóle mu nie przeszkadzało, że szeleściło. Strasznie było to zabawne, bo robił to naprawdę delikatnie. Na zakończenie złapał w pysk wiszący obok na ogrodzeniu mój sweter, machnął nim parę razy, rzucił na ziemię i spojrzał na mnie wyraźnie dumny. Oczywiście, że jesteś dzielny!

Nowa stajnia :)

Stało się -- konie przewiezione i zakwaterowane w Niestępowie. Mam jeszcze etap lekko histeryczny (czy ONI na pewno będą sobie dobrze radzić z moim zwierzem...?) ale ogólnie nastroje coraz optymistyczniejsze.

Dwa słowa opisu stajni:
Pastwisko jest Wielkie (1,5ha). Jest większe, niż wszystkie kwaterki z Leśnej Polany razem wzięte i pozbawione dzielących je płotów -- na plus :D

Wejście na pastwisko jest hmmm... błotniste. Błotniste konkretnie. To znaczy konie zapadają się po nadgarstki/stawy skokowe miejscami. I panikują oczywiście. Panikują -- to na plus, bo jest co robić :P Cały niedzielny ranek zszedł nam na przekonywaniu ich, że błoto wsysa tylko do pewnego momentu i da się przez nie przejść spokojnie a panicznie przehopsać. Jest nieźle, ale dzisiaj wolałabym jeszcze być w stajni, a nie w pracy :P
Ale generalnie to na minus, bo nie wiem właśnie, jak będzie się moje zwierzę zachowywać z kimś innym, prowadzone przez to błoto. Poza tym stado schodzi z pastwiska "luzem i kupą" (czyli nie są sprowadzane w ręku pojedynczo), co wygląda średnio -- rzucają się do tego przejścia i przepychając się, brną przez to błocko. Wolałabym, żeby młoda tego nie ćwiczyła :/ Moja chora wyobraźnia pokazuje mi dramatyczne obrazy. Póki co, poprosiłyśmy, żeby nasze, przynajmniej na razie, były wyprowadzane/sprowadzane w ręku. Wygląda na to, że obsługa stajni jest rozsądna (zrobili na nas dobre wrażenie w każdym razie) i że nasze uwagi zostały wysłuchane.
Na minus: w tym błocie jest masa szkła potłuczonego. W sobotę i niedzielę bawiłam się w kopciuszka i wybierałam szkiełka. Dopóki błocko jest grząskie, nic się raczej nie stanie -- szkło raczej wbije się w błocko niż w konia. Ale błocko zaczyna wysychać...
Na plus: widać zmiany na lepsze. Błocka jest wyraźnie mniej niż (w marcu?) kiedy byłyśmy w stajni pierwszy raz. Właściciele równają grunt zbełtany przez konie, robią rowy odwadniające, w planie jest mostek prowadzący na pastwisko i widać, że coś się dzieje. Taaak, to zdecydowany plus po poprzedniej stajni, w której nie działo się nic własciwie...
Na plusminus: stawek na pastwisku. Konie sobie z niego regularnie piją, ogólnie to dobrze, nie odwodnią się w lecie. Ale po dyplomie na temat sinic zostało mi trochę wspomnień, np. na temat zakwitów sinic w takich zbiornikach. A bydlaki wytwarzają bardzo groźne toksyny wątrobowe i nerwowe. Takie groźne, że są przypadki zejść śmiertelnych całych stad zwierząt pojonych z takich stawków. Trzeba będzie obserwować wodę...
Na plus: stado. Nasze biegają już z cąłym stadem, połączenie odbyło się bez większych przejść, wygląda sympatycznie. Miałam okazję obserwować jak wygląda moja konica zestrachana, kiedy leci na nią ogromna klacz (one wszystkie mają po 170-180cm w kłębie). No więc moja konica kwiczy i schrzania co sił w małych kopytkach, waląc z zadu na oślep (i oczywiście nie trafiając). Wygląda to przezabawnie. Szczególnie te kwiki :P Klacze są nastawione pokojowo, nie ganiają "nowych", tylko trzymają ich z daleka od "swoich". Z czasem się włączą, już to widać. Wałach... połączenia z nim nie widziałam, ale podobno trochę Campi przegonił. Nie sądzę, żeby to był duży problem. Tak wieć: plus raz jeszcze, one potrzebują stada. Cieszę się :)

Na plus: stajnia i boks. Boks jest duży i podścielony sianem, więc mają siana do oporu. Nie jest tak ciemno, jak myślałam, że będzie. No i ruda, jak stanie na palcach, nawet trochę wystaje znad krat :P

Na plusminus: automatyczne poidła. Minus, bo ruda nigdy nie miała styczności z takim cudem i na razie odmawia korzystania. Brzucho jej się nieco zapadł, histeryzuję, że się odwadnia, ale pewnie histeryzuję, bo zachowuje się normalnie. Wody nie chciała również z wiadra, podejrzewam, że w smaku jej nie leży (albo piła ze stawku). Leśnopolanowa woda była na pewno bardzo dobra (ujęcie głębinowe). No cóż, pozostaje liczyć na to, że się przełamie.

----
No i ostatni plus, taki PNHowy, że mi się cieplej zrobiło: zmieniło się zachowanie młodej od zeszłego roku. Wtedy po transportach była zestresowana i zupełnie mnie nie zauważała, kompletnie nei miałam z nią kontaktu. No, było Gorzej, bardzo ciężko się zdobywało jej uwagę, nie widziała powodu, żeby słuchać.
A teraz mam wrażenie, że jestem dla niej lepszym szefem, bardziej mi ufa i opiera się na mnie -- łatwiej się skupia, mniej panikuje, słucha mnie. Chodzimy sobie po nowej stajni, zwiedzamy. Do przyczepy weszła bez problemu zupełnie.
Jest pozytywnie. Dzisiaj po południu znowu do niej jadę... a teraz czas popracować :P

27 kwi 2007

Powiew zmian part one

Wrazenia pokursowe cały czas sie jeszcze w głowie układają. Jest zupełnie inaczej niz przed kursem, tak w sumie moge podzielic na razie to swoje PNHowanie, na etap pierwszy, drugi - czas po wizycie Doroty i Klary, i trzeci pokursowy.
Kazdy z nich to inne myslenie, inne spostrzezenia, inny rodzaj strzał.
Ten pierwszy to były wnioski z gatunku ze koń żuje i mruga, ze ma koniobowosc, ze costam do mnie gada.
Etap drugi pokazał mi moją banieczkę, dał mi strzały stanowczosci, konsekwencji i asertywnosci. Dał co nie znaczy ze mam dar celnosci;]
Etap pokursowy to czas spokoju, wyczekiwania i zauwazenia jak bardzo wrazliwa emocjonalnie jest ruda.
Teraz widzę skąd te wspinanie się bylo. Ze nie dawałam jej szansy na dobrą reakcję, ze byłam za szybka a ona tak chciala...
Wiem ze kolejny etap to bedzie ten wymarzony czas kiedy juz bedziemy na swoim

Dzis pierwszy raz ruszamy w drogę przyczepą od czasu bycia "bardziej swiadomym"
Z załadunkiem, spokojną jazdą do tej pory nie było problemow. Ciekawa jestem czy dzis wejdzie jeszcze bardziej pewnie. Przeprowadzka wynikła nagle, nie bylo czasu na friendly z ochraniaczami transportowymi w ktorych chodzi jak bocian i przez pierwszą minutę strzela barany.
Postaram sie pojechac duzo wczesniej, popląsac, przygotowac i ją i siebie emocjonalnie na podroż.

25 kwi 2007

Przeciskanie z konieczności

W wyniku serii niefortunnych zdarzeń Czarny znalazł się na wybiegu dla psów. Wparował tam przez drzwi o szerokości 60 cm rozcinając sobie skórę na biodrze. Droga do wyjścia prowadziła przez takie same drzwi, również o szerokości 60 cm. Ale jak tu namówić Czarnego już na przytomnego, żeby wyszedł? Czarny podchodził, próbował przejść, odkrywał, że wąsko, i cofal się. Alternatywą było wycinanie wielkiej dziury w siatce. Stanęlam więc po drugiej stronie i zaprosiłam go do siebie na jojo mocno pamiętając o słowach Berniego, że koń buduje pewność siebie i zaufanie w takiej trudnej sytuacji tylko wtedy, kiedy może zawsze się wycofać. Więc zapraszałam, ale kiedy tylko zaczynał się wycofywać, to nie ciągnęłam, tylko pełen luz na linie, podążam za nim i po trzech krokach zapraszam ponownie do podejścia do tematu. Żadnego ciągnięcia, trzymania, przytrzymywania., żadnych napięć. Odpuszczam na najlżejszy opór, ale cały czas proszę jeszcze raz. Wyszedł chyba za szóstym czy siódmym razem, lekko rozcinając sobie niestety drugie biodro, ale nie tracąc pewności siebie. A tego bałam się najbardziej. Ucieszyłam się, że tam w sumie ulgowo wyszliśmy z tej idiotycznej sytuacji.
Nie jeżdżę, czekam na Barefoota. Po jeździe próbnej w Siannie nie mam już serca do targania siodła terlicowego i nie mam serca do wożenia się na Emiterze w jakimś ustrojstwie, które ogranicza jego ruchy, kiedy wiem, że może być o wiele przyjemniej. Ponoć siodełko ma być w poniedziałek...

24 kwi 2007

Więcej strzał w kołczanie

Dziś po raz pierwszy na własnej skórze przekonałam się, co to znaczy mieć więcej strzał w kołczanie.

Dusiowi przestały podobać się schodki, których używam do wsiadania. Przystawiam schodki, on się odsuwa. Spróbowałam parę razy energicznie go cofnąć, ale nie poskutkowało. I wtedy spłynęło na mnie natchnienie! Odesłałam go na wolności w kłusie. Pobiegł na koniec ujeżdzalni, a ja usiadłam na schodkach i czekam. Popatrzył, popatrzył i przyszedl, stanął nade mną ze zwieszoną głową. Pogłaskałam i posiedzieliśmy/postaliśmy sobie razem. Wstałam, przystawiam schodki, znowu odchodzi. Tym razem odesłałam go w galopie. Znowu pobiegł na koniec ujeżdżalni, przyszedł, posiedzieliśmy, znowu schodki – tym razem ani drgnął. Wsiadłam, cały czas stał bez ruchu. Zadziałało!

22 kwi 2007

Olśnienia kursowe

Mam ich mnóstwo, ale po przeżuciu wyłowiłam trzy najważniejsze.

1. Assumptions.
Tak bardzo skupiałam się na tym, czego Duszek się boi, że założyłam, że wszystkie jego reakcje wynikają z niepewności i strachu. Gdy dawał mi do zrozumienian, że nie podoba mu się, gdy wchodzę do boksu, ja uporczywie stosowałam approach and retreat. Efektu nie było, ale ja robiłam swoje. Chociaż były momenty, że widziałam, że zachowuje się dominacyjne, to nadal generalnie oceniałam go, że się boi. Dopiero błysnęło mi, jak Berni mówił o assumptions. Opisałam mu, jak Duszek mnie wita, gdy wchodzę do boksu i Berni powiedział, że wcale nie musi to być strach. Powiedział, co mam robić, ale okazało się to niepotrzebne: wystarczyła zmiana mego nastawienia i Duszek wpuścił mnie do boksu bez żadnych oporów. Tak jak Berni mówi: macie 50% szans na właściwe odczytanie konia, a jak nie poskutuje, trzeba zmienić taktykę. Ja przyjęłam coś za pewnik i żadna zmiana taktyki nie miała racji bytu.

2. Variety
Znowu rzecz oczywista, słyszałam i czytałam o tym milion razy, tkwiło gdzieś mi to w mózgownicy, ale nie trafiło do przegródki “zastosuj”. Siodłanie Duszka: trzy godziny wkładałam i zdejmowałam z niego siodło, siebie wymęczyłam siebie, jego wynudziłam. Teraz jak o tym myślę, to widzę, ile było dobrych momentów, żeby zakończyć czy przerwać tę sesję, porobić coś innego i wrócić do niej później. Dusiaczku, mea culpa!

3. Power of sideways and moving a horse backwards
Też coś, o czym wielokrotnie słyszałam, ale chyba tak naprawdę to nie rozumiałam, o co chodzi. Aż zobaczyłam to na własne oczy, na przykładzie Rewelacji. Rewelacja nie znosi odseparowania od Asoli – gdy została bez Asoli, wyglądała, jakby miała odfrunąć, szyja żyrafy, ciało napięte, nozdrza rozdęte, była taka falująca. Po ćwiczeniach zaleconych przez Berniego (głównie chody boczne i cofanie) zobaczyliśmy innego konia. Mnie to po prostu zbiło z nóg. Nie mogłam uwierzyć, jak skuteczne okazały się te ćwiczenia i jak szybko było widać ich efekt.

19 kwi 2007

Questions, confusions, discoveries - L2 w Siannie

Tym, którzy czekali na ten post wyjaśniam, że Blogspot nie chciał mnie dopuścić do pisania - z nieznanych mi względów. Może czekał, aż przeżuję? :)

W punktach, bo to takie luźne impresje.

1. Zawsze miałam wrażenie, że Berni pytając na końcu o to, co dał nam kurs, wciska jakiś marketingowy stuff, żeby wszyscy mieli poczucie, że słusznie wydali kasę. Juz nie mam takiego wrażenia, przeżyłam bardzo kurs i chyba dużo zrozumiałam, mam nadzieję, że uda mi się to przełożyć na praktykę.

2. Często miałam wrażenie, że Emiter nie robi tego, co chciałabym, żeby robił, bo jest "nieposłuszny", nie ma dla mnie wystarczającego szacunku, pogrywa, próbuje dominować. Otóż była to diagnoza błędna i amatorska. Emiter chce na miarę swoich możliwości zrobić to, o co proszę, lecz, proszę Państwa, często nie rozumie, o co mi chodzi, bo jestem za mało czytelna oraz za mało cierpliwa (loooong phase 1) i kiedy, zakladając, że on po prostu się opiera, przechodzę przez wyższe fazy, on zaczyna się denerwować, trafi pewność siebie, zaczyna się mnie obawiać i zaczyna uciekać. Co prowadzi nas do punktu trzeciego:

3. Często, gdy wydawało mi się, że Emiter ustępuje, to Emiter tak naprawdę uciekał. Punkt 2. i 3. to moje dwa największe odkrycia tego kursu. Wszystko wylazło przy precyzyjnych ćwiczeniach typu "przestaw przód po kole nie ruszając tyłem" oraz "przestaw tył, nie ruszając przodem". Oczywiście, luz na linie, nie trzymamy konia na sztywno.

Poniżej będą rzeczy, które, do licha, czytaliśmy wszyscy pewnie po 20 razy. Tak często, że aż przestaliśmy je widzieć. Kurs sprawił, że chyba do mnie dotarły.

4. Jeśli chcemy mieć lekkiego konia, to nasza pierwsza faza musi być dla niego naprawdę miękka, lekka i miła. Nie może być tak, że już pierwsza faza jest pewną formą kary i nieprzyjemności.

5. Długa faza pierwsza to nie znaczy "teraz będzie trwała nie trzy sekundy, ale pięć". Berni pokazał mi na Czarnym fazę pierwszą, która trwała ze dwie minuty.

6. Są konie, które wymagają ostrego fazowania i zdecydowanego ustanowienia przywodztwa, bo wiedzą, o co chodzi i pogrywają z nami, i są konie, które wymagają podejścia "ok, dasz sobie z tym radę, wierzę w ciebie, nie spiesz się, po prostu pomyśl o tym, poszukaj rozwiązania, wszystko jest ok i ty też jesteś ok, nie spiesz się, nie bój się, szukaj rozwiązania". Berni robił z moim koniem przejścia do niższych chodów w circling game obchodząc sie z nim jak z jajkiem i właśnie z takim podejściem.

7. To naszym obowiązkiem jest takie zaplanowanie zadań, takie zaaranżowanie sytuacji, żeby koń miał szansę, jak największą szansę na osiągnięcie sukcesu i podniesienie w ten sposób wiary we własne siły.

8. To naprawdę nie chodzi o zadanie, tylko o nasz związek z koniem. Jesli zrobił, ale nasza relacja na tym ucierpiała, stał sie mniej pewny siebie, bardziej przestraszony, bardziej jak maszyna, robi, ale nie chce na nas patrzeć, nie chce do nas podejść, friendly padło, to znaczy, że wszystko zepsuliśmy i nie mamy być z czego dumni.

9. Jakimś miernikiem tego, czy jesteśmy dla naszego konia dobrym partnerem, jest to, czy jest przy nas ciekawy, zaciekawiony, w nastroju do zabawy. Jeśli jesteśmy dla niego na tyle stresujący, ze nie pomyśli nawet o tym, żeby pokombinować, o co chodzi z tymi przedmiotami w okolicy, to może to nasza wina?

10. Koń może uczyć się tylko wtedy, gdy jest rozluźniony. Nie można nauczyć niczego konia, który jest spięty (nie mylić z czujny), przestraszony, który ucieka w jakieś strategie, zamyka sie w sobie albo próbuje nas zwalczyć lub olewa nas.

11. Hold and wait. Trzymaj i czekaj. Nie zwiększaj nacisku, nie ciągnij, nie napieraj. Trzymaj na tyle, by on wiedział, że tak jesteś i czegoś chcesz, to naprawdę nie jest mocno, i czekaj. Może długo. Daj mu podjąć decyzję. Pozwol mu skorzystac z własnego umysłu, nie myśl ciągle za niego. Im dalej w program, tym więcej odpowiedzialności ma być przekazywane koniowi.

12. Slow and right beats fast and wrong. Wolno i dobrze jest lepsze niż szybko i źle. Nawet jak przejdziesz jakiś etap, to potem i tak wszystko się rozleci i wyjdą dziury. Mnie się rozleciało. Okazuje sie, że nigdy poprawnie nie pokazywałam kierunku nogą. (wiecie, w tej sekwencji wzrok, pępek, noga, lina/carrot). Pokazywałam za mocno (to nie jest miłe ani uprzejme ani grzeczne w stosunku do konia) i nie w tym miejscu, co trzeba. Nigdy nie wytłumaczyłam Czarnemu, gdzie jest to właściwe miejsce, nie ustaliliśmy języka, bo nie przerobiliśmy tego tematu w stój. Trzeciego dnia kursu udało mi się przestawić z siodła przód Czarnego o kilka kroków, krok za krokiem, bez korygowania wodzą, z luzem na linie. Na bezdechu, bo bałam się, że jeden fałszywy ruch wytrąci go w równowagi i popchnie do przodu albo do tyłu. Myślałam, że się uduszę i jednocześnie z tych paru kroków byłam dumna i blada. Bo to były kroki we właściwą stronę. W jakimś sensie musimy się cofnąć, do stój, stęp, potem kłus, ale mam wrażenie, ze teraz pójdzie nam szybciej, wiem, co mam zrobić.

13. Jeśli chcemy, by konie traktowały nas z szacunkiem, to my również musimy traktować je z szacunkiem. Ostre "prośby", zniecierpliwienie, unoszenie się - to nie są objawy szacunku. Musimy być cierpliwi i rozumiejący. Ta konkluzja drugiego dnia doprowadziła mnie na dno frustracji. Ja nie chciałam byc cierpliwa i rozumiejąca. Chciałam, żeby moje polecenie zostało wykonane. Wizja kolejnych miesięcy z cierpliwością anioła i podejściem do konia jak do dziecka... Byłam wściekła. Ma, #$%^!, robić! Co prawda doszłam do tej konkluzji kilka tygodni wcześniej, co zresztą objawiło się na blogu, ale w obliczu presji "inni uczestnicy kursu robią to, to i tamto, a my jeszcze nie" wszystko we mnie wybuchło protestem. Trzeciego dnia pogodziłam sie z tym na nowo, co Berni, obserwując nas, skwitował, "a więc znów jesteście przyjaciółmi, hm?".

14. Berni uważa, że Czarny może być super lekkim koniem, ma bardzo dobry charakter i zrobi dla mnie wszystko, jeśli wykażę sie savvy. No to mam przekichane. Jak nie będzie, to moja wina.
15. Czy ktoś to jeszcze czyta? To ja w punkcie 15. podzielę się tym, co nam wyszło. Zawinęłam Czarnego w niebieska plandekę od góry do dołu łącznie z jednym uchem i okiem. Jak słusznie zauważyła A+A, ręce mi drżały. Doprowadziłam do tego, że Czarny włożył dwie przednie nogi do opony. (Czy my nie jesteśmy szurnięci? Ludzie się cieszą, że ich koń zmienia lotnie nogi, a ja tu o nogach w oponach..). Wprowadziłam Czarnego kilka razy do bardzo trudnej, groźnej i wymagającej dla konia przyczepy Kasi Promykowej. Nie postał tam długo, ale wstawił wszystkie cztery nogi i przy każdym kolejnym razie _nie było gorzej_ , czyli nie schrzaniłam tego zadania. Czarny wstawił dwie przednie, a potem dwie tylne nogi w hulahop. Jak wsadził tylne, to wciągnęłam mu to hulahop na kłodę. Ładnie przechodził tyłem przez bramkę z dwóch tyczek z powiewającymi taśmami. Udało mi się przestawić tył z siodła i przód z siodła z luzem na linie, kroczek po kroczku, kilka kroków. Chodził w circling na długiej linie, kiedy ja siedziałam na krzesełku. Chody boczne przy ogrodzeniu z siodła - bardzo na razie koślawo, ale coś zaczęliśmy chwytać. Wstępne załapanie prowadzenia za nogę za pomocą liny.

16. Ale do licha, tu naprawdę nie chodziło o zadania. Uwierzyłam znów w mojego konia. Wzięłam na siebie odpowiedzialność za budowanie jego pewności siebie. Pogodziłam sie z tym, ze z moim koniem wszystko _ nowe _ musi _ dziać _ się _ bardzo _ powoli _ i _ delikatnie.

...moje L2...

Trochę mi się myśli tłuką po czaszce ostatnimi czasy... Obraz jakiś mało spójny... Iść dalej, to wymagać więcej od siebie... Jedno zdanie Berniego wyłania się z tego chaosu...
"shut up and listen for a while"
I to chyba powinnam zrobić...

17 kwi 2007

moje L2 w Siannie

Ja też krótko i tresciwe: było więcej niż super. I chyba dla Duszka też, mimo że fizycznie go tam nie było. Dzis byłam u niego po czterodniowej przerwie i zastałam zupełnie innego konia. Nie było kulenia uszu, gdy weszłam do boksu; na padoku po raz pierwszy cos mi zaproponował: chcesz, żebym postawił tu nogę? I wstawił obie nogi do opony, chociaż nigdy do tej pory tego nie próbowalismy. Zabawa "połóż nos" wyszła nam książkowo (do tej pory nie mógł pojąć, o co mi chodzi), przy zakładaniu siodła nawet nie drgnął, odesłałam go do CG siedząc na krzesle i zrobił kółko (też tego jeszcze nie robilismy), sam wszedł do myjki. Drogie uczestniczki i uczestniku kursu: czyżby od samego patrzenia na Was przybyło mi savvy?

L2 w Siannie

Bedzie krotko i tresciwie - bylo super:) W odroznieniu od zeszlorocznej dwojki poczulam, ze rozsypane do tej pory elementy zaczynaja nam sie skladac w ladna calosc. Bardzo mile uczucie...


8 kwi 2007

Przemyślenia wolnościowe

Ostatnio trochę bawiłyśmy się na wolności.

Pierwszy raz, bo stwierdziłam, że jak się pojawiam po półtora tygodnia nieobecności, to nie zabiorę konia bez słowa wyjaśnienia z padoku -- więc z młodą (i pozostałymi końmi) na pastwisku zostałam. Dzień był ciepły, więc postanowiłam zabrać się za spryskiwacz -- traktowany wcześniej przeze mnie trochę po macoszemu. Sytuacja jak ze wszystkim na starcie u Campi: znosi (nie odfruwa na księżyc, nie taranuje), ale się mocno kręci, lekko wpycha na człowieka. Parę podejść na linie robiłam, ale najwyraźniej bez przekonania, bo nic się widocznie nie poprawiało... Tym razem postanowiłam podnieść poprzeczkę -- sobie ;) i połączyć friendly spryskiwaczowe z catching game.
Tak więc mój koń, "goły i wesoły" (i brudny jak pieron... wyobraźcie sobie liniejącego mamuta, którego szczotka nie widziała przez ponad tydzień, w boksie czysto idealnie nie jest, a jeszcze czasami bydlę wychodzi na dwór, gdzie sporą część wybiegu zajmuje teraz błoto... :P) oraz ja -- uzbrojona w spryskiwarkę wypełnioną wodą i linę (nie przyczepioną do konia, w celach wyłącznie wzmacniających odpędzanie).
Strategia w założeniach prosta: jest sobie taki punkt, w którym konia może stać. W tymże samym punkcie ją spryskuję, z przerwami (o ile grzecznie stoi). Jeśli wybierze inny wariant (ruszy się, odejdzie), to się ganiamy, aż zechce pójść za mną i wrócić do naszego punktu odpoczynkowego, gdzie ma chwilę przerwy (czasem nawet pozwolenie na skubanie resztek trawki), a później -- znowu psikanie. Cel: konia pozwala się psikać i nie odchodzi.
Trochę się nabiegałam, szczególnie na początku ;) Ale i tak zdziwiło mnie, jak szybko udało się doprowadzić do tego, że naprawdę z własnej woli, naprawdę bez ruchu stała. Ale naprawdę zachwyciło mnie to, że na następnej sesji (też na wolności) przeszła tylko parę metrów, a potem dała się cała stojąc, bez dalszych "ale", wypsikać. Później na tej samej sesji sprawdzenie już na linie -- rewelacja, konia mi w ziemię wmurowało :D
Postanowiłam sobie teraz utrwalać nasze osiągnięcie, stosując spryskiwacz w trakcie czyszczenia równolegle ze szczotkami. A przydaje się i praktycznie, nic (prócz śniegu i środków za grubą kasę) nie działa równie skutecznie na zelektryzowaną sierść, niechcącą "wypuścić" brudu => przyjemne z pożytecznym :]

Następne zadanie wolnościowe... nie mogłam się powstrzymać, żeby nie poprosić jej o CG. Po parę kroczków driving we wszystkie strony już nam całkiem ładnie bez liny wychodzi, jojo elegancko (chociaż może nie na szokująco dużą odległość), proste squeeze ("między") też działa. Circling na przestrzeni bardziej otwartej niż lonżownik, nie testowałam.
Cóż mam rzec -- dostałam od mojego konia prezent :> Co prawda zadanie było ułatwione, bo ustawiłam się w pewnej odległości od rogu placyku (tak, że z dwóch stron młoda była jakośtam ograniczona), ale pozostałe dwie strony miała zupełnie wolne. Nawet nie bardzo dryfowała. W lepszą stronę dostałam nawet kłus :D W gorszą na początku trochę bez przekonania zapytała, czy może zmienić kierunek, ale szybko zaakceptowała moje "nie-e, proszę"...

Dzięki Ani, mogę podzielić się fotkami (to właśnie nasza "gorsza" strona)..:

Moja konia idzie (wzdłuż płota pod lasem)...


Moja konia zakręca (a tu już nie ma płota)


Moja konia przychodzi na przywołanie :)


Obserwacje: zabawy na wolności wymuszają użycie naprawdę delikatnych faz. Trzeba się skupić, żeby konia nie odepchnąć za mocno, bo... po prostu sobie pójdzie, i tyle. Trzeba się będzie nabiegać ;) A poza tym... już to słyszałam wcześniej od innych (w kontekście jazdy bez ogłowia), a teraz tego doświadczyłam osobiście: mam wrażenie, że koń dziękuje za okazane zaufanie (brak liny) i bardzo się stara. Młoda była bardzo skupiona, sporo żuła, a po zabawach była wyciszona i chętnie za mną szła. No i nawet jak wróciłyśmy na linę, używałam jej jakby mniej...

Łamałam się długo, czy próbować się bawić na wolności. Pierwsze akcje w tę stronę były "oszukane", bo miałam marchewki w kieszeni i ruda o tym wiedziała. Strasznie się bałam, że nie wyjdzie ;) Teraz już nie potrzebujemy marchewek, mogą wrócić na swoje miejsce -- do żłoba. Na pewno czasem będę do wolnościowych zabaw wracać -- świetny test na przyciąganie, świetne wymuszenie użycia niskich faz i skupienia od obu stron, hiehie...

6 kwi 2007

Przyczepa, grr.... gulp.

Mam stresa. Mam stresa, że on tam nie wejdzie. Że będę ładować go trzy godziny. Pięć godzin. Myślę o tym od dwóch tygodni. StRRRRReSSSSS. Czarny, błagam, nie histeryzuj. Wystarczy, że ja histeryzuję.

Za to sprzedałam dziś dzieci na noc i jutro rano wezmę Czarnego na dłuuuuugi spacer w teren :)

4 kwi 2007

Wszystko mi się już pomieszało :)

Czarny docenił chyba zmianę nastawienia i zaczął uprawiać coś w rodzaju czytania w myślach, nie mówiąc o tym, że szalenie się rozgadał i zaczął się wydurniać. Dziś przyszedł, gdy prosiłam, z padoku, dał sobie założyć kantar i wyprowadzić się na pastwisko, na zaproszenie zajął się trawą podając jednocześnie nogi i ciało do czyszczenia, na hasło liberty porobił chwilkę, po czym powiedział, "o nie, co za nuda" i pobiegł spokojnym kłusem do stajni i stanął pod drzwiami. Po chwili wyjrzał i zapytał: "no co, nie idziesz? ach, więc chcesz dalej pracować? Geeee... Niech Ci będzie." Zabrałam, kantar, lina, zadanka - robił wszystko i jeszcze więcej, jakby chciał powiedzieć "dobra, załatwmy to szybko, skoro musisz, i daj mi żyć". Pastwisko jeszcze mokre i marne, zostawiał straszne ślady po swoich galopach, więc zabrałam na round pen. Trochę wolności, pogalopował tu i tam na życzenie, po czym rzekł: "no nie, znów to samo" i wyłamał drewniane ogrodzenie, po czym pokłusował między dwoma pastiskami, wąskim przesmykiem do kurnika. Tam zatrzymał się zadziwiony, po czym zajął się wyjadaniem kurom suchego chleba. Nigdzie nie uciekał, kiedy po niego przyszłam, wydurniał się z chlebem, zabrałam go z pełną mordą. Zabrałam go na teren z przeszkodami, poskakaliśmy wspólnie z ziemi jakieś psie przeszkódki, zrobił grzecznie to, o co prosiłam, trochę pobuzował, po czym z ulgą powrócił do stajni i zajął się sianem. A co ja? A mnie się wszystko pomieszało i zaczęłam traktować mojego konia jak trzeciego syna. Durne ma czasem pomysły, że wytrzymać trudno, ale w sumie jest kochany. Strasznie trzeba nad sobą pracować, żeby nie stłuc na kwaśne jabłko, ale w sumie fajnie gada, więc niech sobie gada. Każdy jest przecież jakiś i ciekawszy taki barwny, prostestujący i humorzasty niż bezbarwny prymus, i ja go nawet rozumiem. No i bardzo jestem ciekawa, czy to doprowadzi mnie do tego, że w ogóle przestanę jeździć, bo moje trzecie dziecko nie wyrazi zgody? :) A może ten nagły przypływ energii i pomysłów u śniętego zazwyczaj Czarnego to po prostu efekt dostawania sporej ilości owsa? (z sianem u nas kiepsko, ostatnia przyczepa luzem i nie mam skąd wziąć więcej, więc całe towarzystwo zajada tyle owsa, co chyba nigdy). Marzę już o kursie. Niech Berni na nas popatrzy, bo nam się już wszystko pomieszało na amen :)

1 kwi 2007

Siodłanie i tarzanie

Duszek przeżył regres jeśli chodzi o akceptację siodła. Zastanawiam się, czy może to mieć jakiś związek z przystosowaniem się do stada i z tym, że zaliczył kilka ukąszeń (objawiło to się po tym, jak zacząl być wypuszczany ze stadem). Tak czy owak, od siodła zaczął się odsuwać, więc nastąpiła moja kolej na “back to basics”. Pamiętam, że jak po raz pierwszy oglądałam siodłanie w SS L1 w wykonaniu Lindy, wydało mi się to takie okropnie długie. Tymczasem w porównaiu z moimi wysiłkami tamta prezentacja to błysk. Wczoraj pewnie 2-3 godziny, dzisiaj wydaje mi się, że było krócej, ale może to złudzenie. Najpierw czaprak, potem czaprak, znowu czaprak .... potem siodło, siodło, siodło .... potem poręg, popręg, popręg ... . Dziś to samo od początku. Aż sama jestem ciekawa, ile razy włożyłam i zdjęłam z niego siodło. W przerwach CG wokól siodła – wtedy siodło stawało się fajną zabawką i zabierał się za memłanie: jakoś sprytnie to robił, wydawało mi się, że gryzł, ale śladów zębów nie było.

Gdy ja tak miotałam się z siodłem, moja rodzina spedziła czas na jeździe w terenie ze wspaniałymi galopami! No i gdzie tu przyjemność z własnego konia?

Na dodatek na zakończenie Duszke wyciął mi niezły numer. Podczas PPL opuścił głowę, żeby coś powąchać. Dałam mu chwilę i już miałam poprosić go o podniesienie głowy, gdy on ukłąkł, a następnie zaczął kłaść się na bok, żeby się wytarzać. Sama nie wiem, jak udało mi się z niego zejść. Na szczęście zrezygnował z wytarzania, bo chyba z siodła nic by nie zostało. Potem wsiadłam jeszcze raz, pokręciliśmy się chwilę omijając punkt krytyczny (jak się tam zbliżyliśmy, znowu zaczął opuszczać głowę, przestraszyłam się, że to miejsce ma w sobie coś wyjątkowego, gdzie trzeba się tarzać) i miałam dość, tym bardziej że naciągnęłam sobie mięśnie uda i teraz ledwo chodzę. A wniosek taki, że konisko mnie olewa.