17 lis 2011

Gęba mi się śmieje

Nawiązanie do uwagi Małgosi o braku szczęścia.

Od wczoraj do tej pory, jak o tym pomyślę, gęba mi się śmieje. Dojechałam do stajni i zatrzymałam się przy samochodzie (a raczej zostałam zatrzymana), żeby porozmawiać z właścicielem. Ciemno oczywiście już było i samego budynku stajennego nie widziałam (stajnia angielska). Stoimy, gadamy i nagle słyszę, jak Duszek przeraźliwie głośno rży. On często rży na mój widok, ale zwykle jest to takie ciche i krótkie zarżenie, takie hasło, że mnie widzi. A wczoraj wyraźnie wydzierał się: „przyjechałaś do mnie i tam stoisz, zamiast tu przyjść” .

To było szczęście. Nie wiem, czym sobie na nie zasłużyłam.

Ha, i nie porównuję Duszka do Truskawki, która nie rży, bo ona jest mniej gadatliwa.

15 lis 2011

Docenianie

Zrobiłam Duszkowi zastrzyki i po raz kolejny wpadłam w zachwyt, jaki to on wspaniały, że tak je zaakceptował, a przecież jeszcze niedawno tak się wetowi wyrywał, że zakrwawiona strzykawka pofrunęła w przestworza stajenne. Ocham i acham nad nim, aż coś mi w mózgu zaskoczyło: "chwila, moment, przecież Truskawka od zawsze tak się zachowuje, fruwających strzykawek nigdy nie było, a ja się nad nią nie rozpływam".

Jak często zdarza nam się nie doceniać tego, co mamy? Jak często zdarza nam się nie zauważać, co koń nam oferuje? Jak często przechodzimy do porządku dziennego nad czymś, co koń wbrew sobie robi dla człowieka? Jak często z zazdrością patrzymy, jak się zachowuje czy co potrafi inny koń? Jak często porównując z innymi końmi deprecjonujemy własnego?

Cieszmy się tym, co mamy. Bo każdy koń coś nam daje. Bo stąd bierze się radość.

O, na taką filozofię zebrało mi się w ten ponury listopadowy wieczór.

14 lis 2011

Trzy paski...

.. bo dresiarsko będzie :)

Miałam w zeszłym tygodniu pierwszą w życiu lekcję dresażu i to z kimś, kto nie miał do czynienia z naturalnym jeździectwem. Było - mhh interesująco :)

Pierwsze zajęcia zawsze są czasem dotarcia się, a w tym przypadku także znalezienia wspólnego języka i ustalenia motoryk jeździeckich, na które obie strony się zgadzają. Nie poszło jak po maśle, ale myślę, że podwaliny zostały zbudowane.

Na parę rzeczy się zdecydowanie zgodziliśmy, inne mogłam przyjąć a z kilkoma mocno bym polemizowałam.

Ale, żeby nie było, że pierwszą lekcję spędziliśmy na udowadnianiu wyższości Bożego Narodzenia nad Wielkanocą - krótka lista rzeczy do dalszej pracy własnej jeźdźca:
- przyspieszanie przed zwalnianiem i zwalnianie przed przyspieszaniem - dla mnie OBOP tego spotkania - działa bardzo fajnie - i na większe zaangażowanie zadu, i końskiej głowy - bo zaczyna być to zabawą a nie nudnymi komendami.
- połączenie rozciągania i jazdy z energią - do tej pory bawiliśmy się jednym i drugim osobno, fajnie, że pod doświadczonym okiem mogłam to połączyć
- przejścia w punkcie (bo literki na czworobokach nie wiszą bez celu) - więcej precyzji w przejściach, dla nas, co ciekawe, szczególnie w dół

Ogólnie dla mnie ta lekcja była dowodem na to, że zmierzamy w dobrym kierunku. Bo mieliśmy wypracowane elementy, które teraz można było połączyć w fajną całość a M był skupiony, chętny do pracy i zaangażowany w szukanie odpowiedzi na moje pytania. I co oczywiście było bezcenne - to doświadczone oczy z ziemi, dające mi szybką informację zwrotną.

A i na koniec zagwostka - czyli rzecz do rozgryzienia - jak podnosić energię w ciele nie podnosząc jednocześnie swojego środka ciężkości...wszelkie sugestie mile widziane, bo na razie przyznam się, że chyba jeszcze tak nie umiem...

12 lis 2011

Kroczek w stronę paddock paradise

Post poświęcony nowej stajni.

Stoimy tu od powrotu z wakacji. Wymyśliłam sobie, żeby przeprowadzkę połączyć z wyjazdem wakacyjnym, żeby: - po pierwsze koni nie stresować przyjazdem do nowej stajni, a potem zaraz kolejnym wyjazdem, - po drugie oszczędzić na kosztach przewozu. Pomysł byłby dobry, gdyby nie to, że....

Wakacje były dwuczęściowe. Najpierw tydzień rodzinnie zwiedzając Izrael, powrót w piątek rano, w sobotę planowany wyjazd z Jaśkiem i końmi. W domu pod naszą nieobecność remontowała się łazienka, co mocno przyczyniło się do horroru, jaki towarzyszył przygotowaniom do wyjazdu z końmi. Bo remont łazienki w jakiś nieokreślony bliżej sposób spowodował, że zepsuła się pralka (dla jasności - pralka nie stoi w łazience). Kupa rzeczy do prania - na wyjazd na Mazury, potem na wyjazd Jaśka z kolegami gdzieś tam. Na szczęście jest dobra sąsiadka, która użyczyła swojej. Ale nie muszę dodawać, że zrobienie siedmiu prań u sąsiadki jest bardziej kłopotliwe i zabiera więcej czasu, niż zrobienie ich u siebie. Prań przeplatanych pakowaniem siebie, kursami do stajni, żeby spakować konie i trwającym wciąż remontem łazienki. Ale przeżyłam, wyjechałam i wróciłam do ...

nowej stajni, od tematu której odbiegłam w tym przydlugim wstępie. Nowa stajnia jest mniejsza od poprzedniej. Mniejsza pod względem ilości koni. Jest ich tu siedem, z czego dwie klacze rencistki, jedna klacz dopiero zajeżdzana, ale na razie bez jeźdźca, cztery konie użytkowane, w tym dwa moje. Mniejsza pod względem terenów okołostajennych. Ujeżdżalnia dużo mniejsza - jak pierwszy raz spojrzałam na nią z wyskości konia, pomyśłam, że nie dam rady na niej jeździć (ale myliłam się, jeżdżę i "małość" już mi nie przeszkadza). Mniejsze też padoki. Są dwa - jeden trawiasty, drugi beztrawowy.

No i w końcu doszłam do tytułowego paddock paradise. Na padoku beztrawowym jest poidło i wiszą 3 siatki z sianem. Okazuje się, że do poruszania się nie jest niezbędny duży teren. Niezbędny jest powód. W poprzedniej stajni powodu brakło. Konie głównie stały nieruchomo. Był to bardzo smutny widok. Tu ruszają się: od siatki do siatki, z własnej ciekawości, czy przeganiane przez kumpli i kumpelki.

Oczywiście, nadal tego ruchu nie mają w nadmiarze, ale efekt i tak jest. Chociażby w kopytach - nie muszę skracać ścian tak często, jak poprzednio, same sobie ścierają na piasku. Strzałki też się polepszyły - ruch + codzienne sprzątanie w boksie.

No i jest to pierwsza nasza stajnia, gdzie konie mają siano bez ograniczeń.

Koniom lepiej. Ja natomiast - niestety - stałam się częstszym gościem stacji benzynowych. Do poprzedniej stajni miałam 7 km, teraz - 29.