28 mar 2007

Już w stadzie

Od trzech dni Duszek wypuszczany jest ze stadem. W rezulacie ma pogryzioną szyje, a ja opatruję mu rany. Wczoraj miał dwie brzydkie i jedną znośną, dziś najbrzydsza wyglądała nieco lepiej, natomiast średnio brzydka zrobiła się brzydsza niż wczorajsza najbrzydsza, bo w to samo miejsce został ugryziony po raz drugi. Żal mi go, ale tłumaczę sobie, że musi przez to przejść.

Nie wiem z jakiego powodu, ale dziś Duszek miał problem z siodłem: jak podnosiłam siodło, to się odsuwał. Robiliśmy CG wokół siodła, wypoczynek przy siodle, obwąchiwanie. W końcu doszliśmy do tego, że przestał uciekać, ale nie było to jeszcze to, o co mi chodziło. Natomiast przy wsiadaniu pełen relaks i spokój. Ruszylismy na fazę “uśmiechu policzkami”, postępowaliśmy po round-penie, postanowiłam wprowadzić więcej zatrzymań i ruszań. Zatrzymywanie super: skręcał głowę na pogłaskanie liny. No i nagle zdarzyło się coś niesamowitego. Stoimy, przygotowuję się do ruszania, podnoszę swoją energię – i on idzie. Za pierwszym razem pomyślałam, że to przypadek, że akurat zachciało mu się ruszyć. Ale powtórzyłam to jeszcze dwa razy i dwa razy było tak samo. Zasłużył, żeby na tym zakończyć.

Jest lepiej :)

Jest lepiej. Zdecydowanie jest lepiej. Nie mam już wrażenia, że mój koń mnie nie lubi. Działamy sobie mniej więcej co drugi dzień. Na razie dwa razy mieliśmy taki schemat - najpierw round pen, potem spacer w terenie, potem znów round pen. Wszędzie dużo przerw. Jak Czarny mówi, że właśnie wyszedł na środek round penu, żeby sobie trochę postać po galopowaniu, to nie popędzam go znów na koło, tylko spokojnie sobie tam stoję wyłuskując mu jakieś śmietki z grzywy albo przekręcając się na siodle tyłem do przodu i z powrotem w ramach wygłupiania się, a po jakimś czasie proszę o ponowne ruszenie. Nie szukam zwady. Nie wkurzam się. Mam czas. Mam wrażenie, że Czarny to docenia. On też nie szuka zwady. Po chwili przerwy zawsze robi to, o co go proszę. W terenie coraz lepiej. Wsiadam na krótkie odcinki, wczoraj kilka razy zakłusowałam, na razie "od domu", żeby go jednak nie nakręcać, mam jeszcze w pamięci te ostatnie poniesienia, chciałabym być teraz pewna, ze jesteśmy zgrani i nie grozi nam cwał na złamanie karku. (A była taka jedna genialna droga, którą zawsze galopujemy, cudownie piaszczysta, tak mnie korciło! i on też by poszedl bez zmrużenia powieki, ale powstrzymałam sie resztką rozsądku - jeszcze nie teraz.) Zatrzymujemy się na skrzyżowaniach dróg, żeby przełamać schemat: "Ha, tam jest skręt do domu, dawaj!". Czarny był posłuszny, zachowywał się bardzo dobrze. Mam kieszenie pełne kawałków marchewek i nie czuję się już z tego powodu urażona. Marchewki wydaję różnie - czasem za szczególnie spokojny, równy kłus, a czasem ot tak, bez powodu, kiedy sobie po prostu idziemy.

Mieliśmy też zabawne zdarzenie. Szłam obok Czarnego prowadząc go w ręku, przed nami pojawiła się kałuża, Czarny ją obszedł, ja zamarudziłam szukając miejsca, by przejść suchą stopą, linka wysunęła sie z mojej ręki i nagle Czarny był wolny. Pomyslałam "no koniec, teraz poleci do domu i szukaj wiatru w polu". Nie pokłusował, ale poszedł przed siebie stępem, czasem oglądając się na mnie, ale generalnie oddalając sie ode mnie - i oddalając sie od domu. Obejrzał sie parę razy, stanął, ale nim do niego doszłam, poszedł sobie dalej. Po kilku minutach tej wędrówki w oddaleniu zaczął obracam sie coraz częściej bokiem, a w końcu stanął i poczekał na mnie. Podeszłam nie patrząc na niego, wydałam marchewkę, wzięłam łagodnie linę, poszliśmy sobie dalej. Niby to nie tak dużo, ale ucieszyłam się, ze nie poleciał przed siebie i nie zlekceważył mnie zupełnie.

26 mar 2007

Na Duszku

W sobotę po raz pierwszy wsiadłam na Duszka „samodzielnie” (poprzednie wsiadanie było w Orce pod okiem Basi). Miałam przykazane przez tydzień nie wsiadać, tylko go oswajać z nowym miejscem i bawić się z ziemi. Tak też robiliśmy, niestety deszczowa pogoda i błotniste podłoże mocno zakłócały nam nasz plan. W sobotę było już trochę mniej błota, więc wzięłam Duszka do round pena i po rozgrzewce ustawiłam chłopaka przy nowo zakupionych schodkach. Stał spokojnie, wkładanie nogi w strzemię spokoju tego nie zaburzyło więc WSIADŁAM. On nawet nie drgnął. Posiedziałam, posiedziałam i zeszłam. Znowu się pobawiliśmy i wsiadłam po raz drugi. Posiedziałam, posiedziałam i doszłam do wniosku, że pora, aby ciąg dalszy nastąpił. Oczywiście podniesienie energii nic nie dało, uśmiech „czterem policzkami” też nie, ale już sygnał nogami zadziałał i RUSZYLIŚMY. Postępowaliśmy trochę, usiłowołam przyjąć pozycję pchającego pasażera, ale mam wrażenie, że mi nie wyszła. Parę razy zatrzymał się, żeby coś obwąchać na ziemi, więc gapiłam się na to, co obwąchiwał, a potem ruszaliśmy. Aż nagle przypomniałam sobie stałe hasło szkółkowe „ nie dawaj się schylać, bo sie zapopręży”. Tak mnie to przeraziło, że spanikowałam i zlazłam. Przy tym złażeniu bardzo Duszek mnie wzruszył, bo zahaczyłam nogą o strzemię i trochę mnie gibnęlo, chyba nawet go kopnęłam, a Duszek nawet nie drgnął (z powodu błocka miałam na nogach kalosze, które mają to do siebie, że nie chcą łatwo wysuwać się ze strzemienia). Gdyby w tym momencie się ruszył, na pewno bym klapnęła w to błocko. Bolesne by to nie było, ale miłe na pewno też nie!.
Te kilka minut stępa były dla mnie prawie jak teren z galopami z góry (w kategorii jeździeckich stresów galopy z góry plasują się u mnie bardzo wysoko). Niestety, z powodu Torwaru nie zdążyłam w niedzielę przymierzyć się do powtórzenia tego sukcesu. Na szczęście dzięki zmianie czasu najtrudniejszy okres za nami. No i proszę, cieszę się ze zmiany czasu - nie sądziałam, że kiedykolwiek to się zdarzy. Zawsze strasznie klęłam, że ci, którzy to wprowadzili, ukradli mi godzinę snu. Jak to się człowiekowi zmienia spojrzenie na świat!
Ale problem zapoprężenia został. Nie wiem, jak pogodzić przyzwolenie na opuszczanie głowy z zagrożeniem zapoprężeniem.

25 mar 2007

Czas dla konia, czas dla mnie :)

Dziś pierwsze spotkanie z Czarnym po przerwie. Bardzo przyjemne i znów w moim tempie. Najpierw pojeździliśmy nieco po round penie, wysiadywany kłus, przejścia i galopy na obie strony, żeby trochę się pogimnastykować, potem wycieczka na dalekie pastwisko i oswajanie sytuacji "Eman jest tak daleko, jestem taki sam i taki przerażony, a tam jest takie straszne, a Ciebie nie lubię", gdzie nagradzaliśmy wszystkie chwile powracania na lewo i spokojnego stania nosem do mnie. Potem wycieczka do lasu po hasłem "to zupełna normalka, że koń idzie sobie na smyczy na spacer" - w lesie były piaszczyste skarpy i kałuże i otwarte przestrzenie i trawki nawet nieco do skubania, a potem powrót do domu i jeszcze nieco kłusów i galopów na round penie dla spuszczenia pary i pozytywnego zakończenia spotkania. Po odpięciu linki na padoku Czarny nie odbiegł ode mnie galopem, tylko zakręcił się i wytarzał, czyli nie był zły. Ale spocił się ze zdenerwowania, to fakt. Zobaczymy, co będzie następnym razem. Całe spotkanie zajęło nam trzy godziny i udało mi się nie popaść w stan wkurzenia. Biorę, co mi daje, czasem pozwalam się powydurniać, nabrałam do stosunku jak do dzieci: nie musze wygrać kazdej potyczki, czasem lepiej po prostu nie zwracac uwagi, zająć jego i siebie czymś innym, uprzedzić wcześniej o tym, co się zdarzy, powrócic do tematu za chwilę, a nuż opór już minął? Staram się więcej słuchać, nie reagować paniką na każde skubnięcie trawki, rozumiem, że trawka to teraz rarytas. Udaje mi się zapytać czasem bez złości: "O co chodzi?" i poczekać na odpowiedź, zamiast "O co ci, K@##$%, chodzi?!" retorycznie. Jak czuję, że zaczynam buzować, to siadam sobie na trawce. Ponieważ zaczęłam do pojeżdżenia sobie na round, więc nie mialam poczucia, że coś muszę, że dlaczego on taki spięty, że dlaczego nie mogę jeszcze wsiąść?! Wsiadłam już sobie, pobujałam się w siodle, teraz czas dla konia :)

Nie da się ukryć, że Czarny był dziś dość rozkojarzony, czasem buntowniczy, czasem nie zwracający na mnie uwagi, ale w sumie nie było źle. Z rzeczy ładnych to dostałam bardzo ładne galopy, zwarte i harmonijne, zamiast zwyczajowego na round penie każda-noga-oddzielnie-a-wszystko-bardzo-kanciaste, i ja też siedziałam ładnie, wyprostowana, rozluźniona, bez podkurczania nóg, ze strzemionami trzymanymi lekko końcem stopy, z zewnętrzną ręką nonszalancko opuszczoną za biodrem :) I przejścia do kłusa mieliśmy niezłe. Jeszcze będzie z nas horse-man. W czasie wyżu łatwiej tak myśleć.

Ach, trochę też zaczęłam zwracać uwagę na poruszana ostatnio na forum "stronność". Więcej prowadzimy się z prawej i nie daję się wmanewrowywać na lewo. Wczesniej nawet tego nie dotrzegałam.

21 mar 2007

Przemyślenia człowieka w toku przemian

Nie jeżdżę, nie pracuję, nie bawię się. Chwilowo. Myslę. Myslę przez duże M.

Moje kłopoty zaczęly się chyba od momentu, kiedy wymyśliłam, że jesienią zaliczę L2, potem L3, harmonogramowo i reżimowo, będę pracować wytrwale i łatać wszystkie nasze dziury w programie, a potem to ho ho! Wyznaczyłam sobie cel i najwyraźniej zdenerwowałam się nim. Straciłam poczucie, że tu dla przyjemności jestem. Zaczęłam wychodzić do konia jak do pracy. Przedtem, kiedy po prostu robiłam to, co nam wychodziło, brałam to, co Emiter mi dawał i jakos na tym rozwijałam, a przede wszystkim kiedy przez cały zeszły sezon miałam podejście "ja tu nie mam co wymagac cudów, bo ja nie realizuje jeszcze swoich obowiązków, dosiad nie ten, jak będę miała lepszy dosiad, to zacznę wymagać, a na razie, mały żuczek, nad dosiadem tu sobie pracuję, a Czarny mnie wozi" - było znacznie lepiej. Ja się czułam lepiej. Nie oczekiwałam cudów i cieszyłam się tym, co miałam, a do tego miałam poczucie, że robimy ogromne postępy. Jasne, bywało lepiej i gorzej, czasem czarny walił baranki w galopie albo robił inne zaskakujące dla mnie i niemiłe rzeczy, ale to wszystko nie wyprowadzało mnie do tego stopnia z równowagi.
Nie patrzyłam na kalendarz, nie odliczałam do kursu, nie zastanawiałam się, co zaliczę, a co nie. Było fajnie. Teraz nie jest fajnie. Więc chrzanię te moje plany. Zawodowo to ja piszę teksty o informatyce, półzawodowo tłumaczę z angielskiego, Czarny powinien zdecydowanie powrócić do kategorii "hobby" oraz "amatorka". I właśnie tam wraca.

Po drugie czas. Przedtem jeździłam trzy-cztery razy w tygodniu. Teraz nagle zaczęłam do sześciu. Bez sensu. Zamienię sobie te sześć na trzy razy w tygodniu, ale takie, kiedy zakładam bryczesy i wiem, że mogę je zdjąć za trzy, cztery, pięć godzin - za tyle, ile będzie trzeba. Że mogę wziąć Czarnego do lasu i wrócić rzeczywiście wtedy, kiedy oboje będziemy zrelaksowani, zgrani i wygrani, nie patrząc na zegarek i przechodząc zupełnie na czas koński. Że w razie niepowodzeń mogę spokojnie odpiąć linę, usiąść z boku, pomyśleć, przypiąć ją znowu, spróbować, odpiąć, pomyśleć, naprawdę poświęcając na to tyle czasu, ile trzeba, i zupełnie się nie spiesząc.

Po trzecie, melisa :) Kupiłam sobie w tabletkach, łykam i wyluzowuję się. Bo coś mi się takiego w życiu porobiło, że zaczęłam na wszystkich krzyczeć, na wszystko reagować agresją, skakać bliźnim do gardła i zawzięcie krytykować. Zmiana osobowości, która nawet w ciązy mnie jakoś ominęła. Może wiosna. Także łykam i uspokajam się. Jak zauważę, że minął cały dzień, a ja
przeżyłam go bez wyraźnych konfliktów z dziećmi, to będzie znak, że mogę wrócić do spotkań z Emiterem. Na razie jeszcze czekam, jeszcze się wyciszam.

Po czwarte, czytam Marka Rashida "Lekcje, których udzielił mi koń". Trafia do mnie. Niekonfrontacyjne nastawienie. Wytrwałość. Cierpliwość. Planowanie naprzód. Przechodzenie do porządku dziennego nad katastrofami i nieporozumieniami. Pisałam o tym, ta szansa, którą ciągle od nowa dają nam konie i małe dzieci. To niekonfrontacyjne nastawienie od dawna chodzi mi po głowie, a Mark dobrze to zwerbalizował. Staram się zwracać uwagę na to, czy więcej gadam czy słucham. Gadam :(( Ale ja naprawdę popracuje nad sobą. Znów - dla przyjemności. Dla siebie, dla Emitera. Chrzanię zaliczanie. Nie umiem tego pogodzić.

18 mar 2007

Dzień czwarty

Dzień czwarty okazał się moją porażką. Było oswajanie Duszka z nowym siodłem – najpierw powtórzylismy siedem gier z siodłem na grzbiecie, a potem przyzwyczajałam go do wsiadania, skacząc po obu jego stronach z nogą w strzemieniu. Duszek zdał egzamin, stał spokojnie, ale ja oblałam – wydaje mi się, że nie będę w stanie wsiąść na niego z ziemi! Kiedy ja ostatnio wsiadałam ziemi? W stajni, w której jeździłam “przed-Duszkowo”, wsiada się tylko ze schodków. Chyba w czasie wakacji na matkę Truskawki, ale teraz wydaje mi się, że ona jest mniejsza od Duszka.
I tym ponurym odkryciem kończę cykl “Duszek w nowej stajni”.

17 mar 2007

Dzień trzeci

Rano padało, więc plany zajęć z siodłem przesunęłam na jutro. Mimo deszczu ujeżdżalnia była zajęta przez trzech jeźdźców, więc poszliśmy do round-pena. Pobawiliśmy się w CG i chody boczne z przeszkodami, a przy okazji oświeciło mnie, dlaczego wczoraj te chody wychodzily nam tak topornie. Po prostu ja, ciemna, masa, zamiast patrzeć tam, dokąd chciałam, żebyśmy szli, wgapiałam się w bok koniska. Jak zmieniłam fokus, od razu było lepiej. Potem jak ujeżdżalnia się zwolniła, poćwiczyliśmy prowadzenie ze strefy 3.

Dziś najważnieszym wydarzeniem było pierwsze padokowe spotkanie Duszka z innymi końmi. Najpierw wpuszczony został z jednym koniem, spokojnym i łagodnym. Duszek nową znajomość zaczął z założeniem “Ja tu będę szefem”. Kwiczał, wspinał się, tupał. Koleś znosił wszystko cierpliwie do czasu. Duszek ignorował wszelkie delikatne wskazówki i w końcu dostał kopa. To trochę ostudziło jego zapał, ale nadal próbował. Tamten parę razy “pogroził” tylną nogą, aż w końcu Duszek załapał i już wystarczyła mina czy uszy. Potem dołączyły jeszcze dwa konie, z jednym Duszek się obwąchał, drugi w ogóle nie włączył się do gry. Natomiast Pierwszy zaczął bronić przed Duszkiem tę nową parę. Z każdym razem, gdy Duszek się zbliżał, tak się ustawiał, żeby znaleźć się pomiędzy Duszkiem a tamtymi. Tak że wszelkie scysje, które jeszcze od czasu do czasu wybuchały, były zawsze pomiędzy Duszkiem a Pierwszym. Ale wszystko się wyciszało, aż w końcu trójka trzymała sie razem, a Duszek odstawiony został na boczny tor.

Dla Duszka była to kompletnie nowa sytuacja życiowa. W swoim pierwszym, rodzinnym stadzie żył od urodzenia, w Orce nie był włączany do stada, więc tu musiał przejść przyspieszony kurs przystosowania. Na szczęście nie zdecydował sie walczyć do krwi ostatniej.

16 mar 2007

Dzień drugi

Dzień drugi znowu rozpoczęliśmy od wyprawy na łąkę, ale poskubywanie trawki zostało skrócone. Potem poszliśmy na ujeżdżalnię, gdzie zrobiliśmy książkowe undemanding time. Ja siedziałam na krzesełku, a Duszek się szwendał. Czasami się zatrzymywał, jakby kogoś wypatrywał i głośno rżał. Myślę, że przyzywał Basię (Orka). Pierwszy raz podszedł do mnie po 10 minutach, powąchał nogę i odszedł. A potem juz ”wpadał z wizytą” co i rusz. Nie bardzo pamiętałam, ile czasu taki undemanding time powinien trwać, zakończyłam po 40 minutach, bo zmarzłam. Zabraliśmy się za 7 gier. Było dobrze: jeż na pierwszą fazę, driving frontu na drugą, driving zadka na pierwszą, cofanie przy pomocy driving na drugą. W CG najpierw wypasowywał po pierwszym kółku, ale doszliśmy do trzech-czterech kółek w stępie. Przeciskanie pomiędzy mną a płotem bez żadnego wachnięcia, chody boczne trochę chropawo, ale szedł. Potem przytachałam sztuczną kłodę, czyli rurę do wylewania betonowych słupów. Niestety, miałam tylko krótszy kawałek, więc oczywiśćie zaczęło się od obchodzenia jej, ale po kilka próbach wyszedł nam squeeze na przeszkodą. Sesję poranno-wczesnopopołudniową zakończyliśmy zapoznawaniem się z dluga liną. Lina długa poza długością tym różni się od krótkiej, że była dziewicza, czyli biała, a to już budziło w Duszku podejrzenia co do jej zamiarów. Jak już mniej więcej lina została oswojona, zostawiłam Duszka z tą nową wiedzą i pojechałam odebrać Jaśka ze szkoły.
Po południu trochę pobawiliśmy się na ujeżdżalni, ale zrobił się ruch, więc przenieśliśmy się do round-pena. Okazało się, że Duszek dobrze przetrawił lekcję z dlugą liną, bo zaakceptował ją bez żadnego problemu. Natomiast ja miałam z nią problem – ona naprawdę jest dłuuuuuga. Plątała mi się okropnie, ale udało się zrobić kilka kółek w obie strony bez owinięcia Duszka pajęczyną długiej liny. Zrobiliśmy jeszcze chody boczne nad drągiem – najpierw był bardzo zakoczony tym pomysłem i odbijał od ogrodzenia, żeby drąg ominąć. Ale potem udało się w obie strony. Był to koniec zaplanowanych zajęć, więc puściłam go luzem. Ale tak na mnie patrzył, jakby domagał się jeszcze czegoś. No to pomyślałam, że spróbuję CG na wolności. Odesłałam go z taką energią jak nigdy, bo ruszył galopem. Po dwóch kółkach przywołałam, podbiegł kłusem. To samo w drugą stronę. Więc już nie ryzykowałam, na tym zakończyliśmy. Co najdziwniejsze, miałam wrażenie, że te dwa kółka na wolności wyszły nam najlepiej! A jaki Duszek był zadowolony! Potem wróciliśmy na pustą już ujeżdżalnię, trochę razem pobiegaliśmy (biegał za mną bez liny), kilka razy odesłałałam go - ładnie wracał, gdy go wołałam – i tak dzień drugi się zakończył. A ja jestem nieżywa – cały dzień z koniem jest jednak bardziej męczący, niz dzień za biurkiem. Plan na jutro: to samo, tylko z siodłem.

15 mar 2007

Dzień pierwszy

Duszek przyjechał!
Myślałam, że będzie trudniej. Z samochodu wyszedł spięty, ale jak zaczęłam go głaskać, nie odsuwał się ani nie uciekał, tylko łypał wokoło. Najpierw wzięłam go do boksu, gdzie spędziłam z nim undemanding two hours. Potem zaczęłąm go szykować na spacer. Linę zakceptował bez problemu, ale na kantar bardzo sie boczył – może dlatego, że lina używana i pachniała koniem (i to nie byle jakim koniem, bo Truskawką), a kantar nowy. Więc trochę zajęło nam friendly z kantarem. Już na początku drogi napotkaliśmy stracha – kozy w zagrodzie. Duszek stanął jak wmurowany. Dałam mu trochę popatrzeć na te białe potwory, a potem sie wycofaliśmy. I to wystarczyło. Za drugim podejściem przeszliśmy. Najpierw poszliśmy na łąkę. Duszek się pasł, a ja od czasu do czasu bawiłam się liną: albo zarzucałam na niego, albo machałam koło niego – ale nie za dużo, żeby mu nie psuć przyjemności. Z początku jadł tę trawę bardzo nerwowo, ale potem się zrelaksowal. Chociaż były momenty, gdy się spinał i wypatrywał wroga, to jednak większość czasu był spokojny. Byliśmy na tej łące ze dwie godziny. Okazoło się to bardzo dobrym pomysłem, bo potem jak poszliśmy zwiedzać wszystkie kąty, to był już na tyle oswojony z nowa sytuacją, że bez problemu przeszedł wąską dróżką ograniczoną po obu stronach białą TAŚMĄ. W międzyczasie zrobiło się szaro, konie zostały zabrane do stajni i zwolnił się dla nas padok. Puściłam Duszka luzem, trochę pokłusował, ale bez jakiegoś specjalnego zapału, więc postanowiałam go trochę przegonić i niechcący wyszła nam z tego super zabawa. Ja go odganiałam, on odbiegał, potem zatrzymywał się, patrzył na mnie i zaczynał do mnie iść. Jak przystawał, kiwałam na niego palcem i dalej ruszał (chociaż z tym palcem to może takie moje wishful thinking, bo już było tak szaro, że nie wiem, czy w ogóle mógł ten palec widzieć). W każdym razie przychodził, ja go głaskałam, staliśmy trochę i znowu go goniłam. Przeważnie przychodził stępem, troszeczkę zakłusowywał, ale jeden raz zdarzyło się coś fantastycznego. Ruszył w moim kierunku galopem! Nawet nie zdążyłam się przestraszyć, bo myślałam, że mnie po prostu wyminie i pogalopuje dalej. A on wyhamował przy mnie, zarył się kopytami tak gwałtownie, że opryskał mnie błotem. Kto by pomyślał, że można się cieszyć z opryskania błotem! A potem jeszcze trochę undemanding time w boksie i wróciłam do domu. Jutro popróbuję 7 gier.

13 mar 2007

Związek konia z koniem

Chcieliśmy dziś z Olem pojechać razem w teren. Po rozgrzewkach i testach Olo pojechał sam, a ja zostałam na pastwisku z rozerżanym Emiterem płacząc w trawę. Więc między Emanem i Emiterem stała się po zimie spędzonej na małym, wspólnym padoczku tak silna, że trudno jest pracować z Emiterem, kiedy Eman jest w odległości większej niż 150 metrów, a jednocześnie w zasięgu wzroku. Kiedy jesteśmy w lesie jest znacznie lepiej, Emana już nie widać i nie słychać, łatwiej jest uzyskać koncentrację na mnie, zgranie -czuję, że mój koń zwraca na mnie uwagę i myślami jest całkiem blisko. Kiedy jednak Eman coś robi z Olem np. na round penie, a ja próbuję zabrać Emitera na dalsze pastwisko i coś tam z nim zrobić - jest dramat. Ciągnięcie do Emana, wszystko na granicy ponoszenia (bo ponoszenie, jak wiadomo, zaczyna się od szybkiego, nerwowego stępa, ścinania kół w cg, ociągania się z odejściem). Ja jestem kompletnie nikim. Jestem czymś, co przeszkadza dostać się do kumpla. Kiedy jesteśmy razem z Olem w terenie, liczy się Eman, nie ja. Ogon Emana albo to, co Eman robi z tyłu. Ja jestem nikim. Załamałam się tym dziś kompletnie, uświadomiłam to sobie z bolesną jasnością. Jasne, daj mu coś do roboty, żeby zająć mu głowę, wykrzesaj z siebie więcej energii, postaw wyzwania, przynoś ze sobą coś smacznego i zabawę, żeby sie dobrze kojarzyć, ale ja już czasem nie mam siły... Czasem czuję, że skumulowane emocje biorą górę i wyłażą na wierzch w postaci słonych łez. To wszystko jest takie trudne. Bawię się w PNH już tyle czasu i cały czas rozwiązuję podstawowe problemy. Może po prostu w pewnym momencie trzeba się poddać, może nie wszyscy nadają się na horsemanów. Praca nad swoimi i końskimi emocjami mnie przerasta. Są dni, kiedy jest tak dobrze. Wczoraj np. zrobiliśmy wstęp do cofania za ogon i bardzo dobrze nam poszło. Ale jak tylko naciągnę trochę granice, zmienię miejsce zabaw z padoczku na odlegle pastwisko, wszystko się rozsypuje i prawda wyłazi na wierzch. Wiem, że w grę wchodzą pewne schematy, które sami mu wdrukowaliśmy - skoro Olo kręci się koło Emana z siodłem, to na pewno zaraz pójdziemy razem, koń za koniem albo koń obok konia, na spacer do lasu. Więc trzeba szybko do niego dołączyć. Tak dobrze widziałam to dziś, kiedy jeździłam rozgrzewkowo na round penie. Pojawił się Olo z siodłem i Emiter miał juz ucho głowę tylko w tamtą stronę, zaczął ścinać koła, opuścił mnie zupełnie. Nie wiem, może to minie, może to kwestia dwóch tygodni pracy, przełamania schematów, ale czuję się potwornie zmęczona. Nie mam już siły tak się kręcić w kółko.

12 mar 2007

Co się dzieje w stajni, kiedy mnie nie ma...?

...a nie ma mnie często, bo odwiedzam kobyłkę raz w tygodniu tylko. Długo by gadać, dlaczego tak mało, uwiera mnie to... może się uda zmienić. Ale fakt jest faktem -- przez 6 dni w tygoniu nie_ja zajmuję się koniem.

Co nastroiło mnie do takich przemyśleń?

Nieprzyjemnie zaskoczyła mnie reakcja Campiny na kantar w sobotę. Weszłam do boksu, przywitałam się, napoiłam [zła była i całe wiadro wody wypiła -- aha, nie były pojone przed śniadaniem :(]. Po chwili wróciłam z kantarem, żeby wypuścić młodą na pastwisko (wyprowadzałyśmy wszystkie konie). Głowa do ściany. Hmm.... Przełożyłam sznurek za szyją, czekam. Zwykle dostaję paszczę w nachrapnik, a teraz tylko wygięta w moja stronę szyja, głowa do ściany. Co jest?!

Zostawiłam ją, poszłam wyprowadzić innego, wróciłam -- to samo. Wyprowadziłam drugiego, trzeciego, za każdym razem wracałam do niej, ale ewidentnie nie chciała wpakować łba w kantar. W końcu poczekałam na nią. Po jakichś 5 minutach z ociąganiem dostałam paszczę.

Wyszła na dwór, ja sprzątnęłam boks (cokolwiek robią, kiedy mnie nie ma, nie jest to wywożenie gnoju... ale chociaż słomy w tym tygodniu dościelili trochę). Czekała już na mnie przy bramie, chętnie poszła się bawić. Chociaż tyle...

Inne poszlaki... kantar sznurkowy Bilona przewieszony z jego osobistego haczyka (nikt inny TEORETYCZNIE nie używa PNHowego sprzętu). Moja lina krótka przewieszona na sąsiedni haczyk.

Może zbieg okoliczności. A może ktoś "funduje tresurę" naszym koniom, kiedy nas nie ma.

Nie podoba mi się. Bardzo mi się nie podoba.

A żeby nie było tak pesymistycznie, pozytyw: postawiłyśmy nogę na oponie. To nasze pierwsze osiągnięcie w stawianiu_nogi_na -- wczesniej dostawałam tylko grzebanie (lub skok) i nie bardzo wiedziałam, co z tym zrobić. Wreszcie się udało. Oczywiście kluczem jest approach and retreat i uświadomienie sobie, że grzebanie to reakcja nerwowa wynikająca z niepewności, a nie "po prostu ciekawość" :) To z serii OBOP.

11 mar 2007

Barrel racing

Czyli barrel jumping z drobnymi modyfikacjami.

Beczek użyłam, ponieważ nie bardzo miałam przy czym wprowadzić przeciskanie. Na padoku dysponuję: płotem, słupem i drzewkiem - ruda na przeciskanie między mną, a którąś z tych rzeczy przechodziła, odwracała się do mnie i robiła minę "ale o co ci właściwie chodzi?". Czyli, że nie robiło to na niej wrażenia, to mało powiedziane.
Dlatego w piątek rano podprowadziłam mamie beczki, w których latem trzyma wodę do polewania ogródka i przetoczyłm je na padok. Takie porządne, duże, czarne, metalowe beczki, jeszcze z resztkami piasku na dnie, więc wydające dodatkowo odgłosy. Mój bardzo tchórzliwy koń, jak beczki zobaczył, odbiegł na całe dwa kroki. Potem według powszechnie znanej zasady, że co konia goni, to nie jest straszne, odprowadzała beczki na upatrzone przeze mnie miejsce plącząc się zawzięcie przed nimi, aż ją musiałam wyprosić na bok - wiadomo, pancia zabawopsuj - bo tu takie fajne do konia przyszło, a pancia co. Ogólnie beczki całkiem praktyczna rzecz - można je wylizywać, obgryzać, drapać się o nie, albo ignorować - wedle uznania. Zostawiłam konia z nowymi przyjaciółmi i wróciłam za czas jakiś.
Na pierwszy dzień miałam w palnach squeez game między dwoma beczkami. Po paru chwilach zabaw na rozluźnienie, zaprosiłam rudą do beczek. Przeciskanie między mną, a beczką - żaden problem, między dwoma beczami - a, to już nie taka prosta sprawa. Musiałam sporo zwiekszyć optymistycznie założoną odległość między beczkami, którą ustawiłam na początek. Rude zachowywało się bardzo przykładowo - podchodzenie i wąchanie, kroczek w przód i dwa w tył, dużo pytania czy aby na pewno ja chcę, żeby koń tam wszedł, bo może jednak wystarczy obejść dookoła itp. W końcu przechodzenie w stylu "raz kozie śmierć", z wyraźną dumą i radością z przeżycia na zakończenie. Pomęczyłyśmy beczki rano i po południu, z dużą ilością przerw w czasie jednej sesji, ze zmianami odległości pomiędzy strachami w zależności od rezultatów. Jak dla mnie, efekt po pierwszym dniu bardzo się podobał.
W sobotę sprawdziłam, czy przechodznie pomiędzy beczkami dalej działa - działało. Ale ruda miała pewną granicę szerokości, do której była skłonna wejść, dalej już nie. Z tego co widziałam na różnych filmach z Patem, teoretycznie konie potrafią wejść w bardz wąskie przejścia, w których ledwo im się tak naprawdę nogi mieszczą. Ale z pewną dozą samokrytycyzmu stwierdziłam, że co Pat, to nie ja i może na razie nie będę się w to pchała. Za to wykombinowałam, że nie wiem jak ruda, ale ja, zamiast obijać sobie kostki o beczki, wolałabym je chyba przeskoczyć. No to może wprowadźmy przeciskanie nad beczką? Jak pomyślałam, tak zrobiłam.
Przeprowadziłam beczki pod płot, żeby było mi łatwiej jakoś to wszystko ogarnąć i zaczynamy. Rudej oczy z wrażenia wyszły, bo co to za pomysły ma ta pancia, zginie biedny koń marnie ani chybi. Było dużo prób ucieczek w tył i na boki, a też wbijanie się w kilkucentymetrową przestrzeń między mną a beczkami - wizja skoczenia zdawała się być wręcz paraliżująco straszna. Dużo do myślenia rudej dał brak ponaglania, a nieźle się musiałam pilnować, żeby mieć luz na linie, pamiętać o dobrej postawie i tym nieszczęsnym baciku (jakoś zawsze zastygał kilka centymetrów nad ziemią i nie chciał się do końca zneutralizować). Za którymś z kolei razem, gdy ruda zamarła znowu strasznie wytrzeszczona około dwa kroki przed beczką, ja zastygłam w pozie napoleońskiej wskazując z determinacją kirunek ataku, a myślami błądząc gdzieś w poszukiwaniu rozwiązania naszych problemów, nagle hop - był koń po prawej, jest koń po lewej. Ha! Zaskoczyła mnie nieźle, nawet akurat nie bardzo na nią patrzyłam, liczyłam co najwyżej na jeszcze jeden kroczek w stronę beczek a tu proszę. Stoi przede mną strasznie przejęty koń, prychajac, żując i chyba nie bardzo wierząc, że żyje. Czym prędzej zostawiłam beczki, poszłyśmy sobie porobić jakieś rzeczy proste i przyjemne. Wracałyśmy do skakania jeszcze kilka razy - z różnymi efektami. Czasami więcej, czasami mniej oporów. Znowu dużo przerw w międzyczasie, dużo czasu do namysłu. Chyba jeszcze ze dwa skoki były właśnie takie bez ostrzeżenia - ruda zamierała w pewnej odległości od beczek i nic nie wskazywało na to, że akurat tym razem zamierza się ruszyć. Kiedy osiągnęłyśmy moim zdaniem zadowalający efekt, porzuciłyśmy skoki do dnia następnego.
Kiedy sobie przemyślałam te nasze sobotnie skakanie doszłam do wniosku, że ani razu nie skoczyłyśmy w prawo - jakoś mi to umknęło w okołobeczkowym zamęcie. Na niedzielę miałam więc stanowczy plan tego nadrobienia. W lewo poszło już łatwiej niż w sobotę, ale w prawo... Co to się ruda nabiegała, nawspinała, naciągała mnie na sznurku. I znowu - gdy w planach miałam już tylko osiągnięcie spokojnego podejścia do beczek w prawą stronę, nagle hyc i lądujemy po prawej. Znowu odejście, przerwa, długa chwila na zebranie myśli. Powrót do beczek - najpierw w lewo, potem w prawo - znowu sporo buntów. Za to o ile łatwiejsze stały się skoki w lewo - już wystarczyło od jednego do trzech odesłań. W pewnym momencie przy odsyłaniu w prawo ruda po raz kolejny przeleciała mi za plecami, ale tym razem zakończył to pięknym skokiem w lewo. "I co ty na to?" No co ja na to mogłam? - tylko podziękować. I odesłać konia w prawo - ładny skok.
Po południu dostałam już raczej spokojne skoki - po dwa w każdą stronę. Baaardzo miło :)
Czasami przerażenie mnie ogarnia, kiedy sobie uzmysłowię, ile nas jeszcze czeka pracy. Błędów widzę u siebie miliony, a wcale nie tak łatwo będzie mi je zlikwidować. Aż się boję myśleć, ilu błędów nie widzę. Bo nie na samych beczkach weekend minął. Jak zwykle było dużo momentów gdy stwierdzałam, że ze mnie przypadek niereformowlny, że lepiej porozglądać się za klaserami na znaczki. Ale jednocześnie to, co jeszcze niedawno spędzało sen z powiek (np. gryzienie), nagle znikneło "samo". Czyli stare problemy wymieniamy ciągle na nowe - hmm... czyżby to właśnie były postępy?
W każdym razie kolejny wspólny z rudą weekend zakończony bardzo sympatycznym beczkowym akcentem :)

8 mar 2007

Back to basics działa!

Dziś kolejne podejście do samotnego terenu. Kask, linka w dłoń, zamiar wyprodukowania osiołka. Wyszłam z założenia, że liczy się każdy krok. Pierwszy krok przy wyjściu ze stajni to już krok, który ma być taki, jakiego oczekuje. Krok. Zatrzymaj. Krok. Zatrzymaj. Cofnij. Naprzód. Zatrzymaj. Zanim doszliśmy do sąsiada, porozumienie było dobrze ugruntowane. Biegające po drodze, szczekające psy. Nie dbam o to - krok naprzód, krok do tyłu, cofnij, stań. Dobrze. Coś w krzakach. Spójrz sobie, ale to nieistotne - krok naprzód, teraz kłus, zatrzymaj, stoiiiimy, w tył, kłus. Nie przeszłam nawet 200 metrów, jak miałam konia z głową przy ziemi, niemal powłóczącego nogami, ale karnie synchronizującego się ze mną, a wszystko udało się osiągnąć bez przemocy i dotykania go liną - po prostu starałam się zrobić mniej wcześniej niż więcej później (OBOP!). Wprowadziłam więc jeszcze przestawianie zadu, cofanie yoyo i ślepcem, yoyo do mnie w kłusie, trochę jeży. Wsiadłam. Przy wsiadaniu zupełnie inaczej niż wczoraj - koń stoi spokojnie, nie rusza naprzód, nie stara się odwrócić w stronę domu. Idziemy sobie, stajemy, idziemy, stoimy, cofamy - trans przejść. Trans of transitions :) Mam wrażenie, że tam, dokąd mam dojść (a czy w ogóle mam dokądś dojść?) idę bardzo powoli i dojdę jutro :), ale Czarnego ewidentnie to uspokaja i koncentruje na mnie. Po szczególnie ładnym cofaniu zsiadłam. Pomaszerowaliśmy kawałek, on się rozluźnił, jak się rozluźniłam, ale cały czas częste sprawdzanie synchronizacji. Wrażenie, że mózg ze skupienia zaraz mi zacznie dymić. Wsiadam znów. Naprzód, stój, naprzód, stój. Świetnie, więc kłus - policzę do 10, poproszę o przejście do stępa. Działa. Jeszcze raz, do dziesięciu, stęp. Świetnie, zsiadam, znów spacerek. Droga do galopu. Poszliśmy kawałek w jedną, kawałek w drugą, jestem nieprzewidywalnie nieprzewidywalna, jak mówi Małgosia Mentosowa, wsiadam, stęp, kłus, wszystko pod kontrolą, głowa przy ziemi, Emiter pozbierany fizycznie i psychicznie, nie walący się na przód. Zsiadam, wędrujemy, łopatka przy łopatce, głowa wreszcie na wysokości mojego łokcia, a nie gdzieś w chmurach. Było mi dobrze. Ta strategia działała. Czarny szedł spokojnie, żuł i mlaskał, aż się po lesie niosło, pod siodłem tylko troszkę bardziej się pobudzał, ale reagował na podnoszenie liny, oddawał głowę bez oporów. Wszystko było do tego stopnia zgrane i spokojne, że poproszony o chody boczne na piaszczystej drodze Czarny bardzo szybko złapał o co chodzi, choć z narzędzi miałam tylko końcówkę liny 3,5m, i dał mi całkiem nieźle wykonane ćwiczenie na obie strony. Jeszcze wsiadłam, jeszcze jakieś zwroty na zadzie i powrót do domu - wszystko cały czas pod kontrolą, cały czas sprawdzanie, czy zatrzymujemy się razem, do ostatnich kroków przy stajni. To zajęło tylko dwa dni. Jesteśmy zupełnie gdzie indziej. To wszystko jest niesamowite.

Nowe miejsce zbliża!

Wczoraj przyjechałam do Promyka, zaparkowałam samochód i idąc w stronę stajni pomachałam na dzień dobry do wyglądającego konika. W połowie drogi do niego przypomniałam sobie, że mam chleb w samochodzie i zawróciłam, żeby go wyjąć. Gdy doszłam do samochodu usłyszałam głosne rżenie Promyka. Ryk pełną piersią :))) Mój koń, gdy zobaczył, że zawróciłam do samochodu postanowił mnie zawołać!! Pierwszy raz odezwał się do mnie!

7 mar 2007

Back to basics

Postanowiłam wziąć się w garść i podejść do tematu metodycznie. Mamy problem w terenowaniem - strachy, klejenie się do stajni i Emana, pobudzanie się w galopie, ponoszenie. Czarny mnie nie respektuje w terenie. Zatem rozbierzmy te tereny na czynniki pierwsze, naprawmy je i poskładajmy z powrotem. Z tą myślą osiodłałam Czarnego, założyłam kask i wyszłam na lince do lasu, zdecydowana tak długo naprawiać na lince, aż zobaczę osiołka, i dopiero wtedy wsiąść - lub nie wsiąść. Celem był miły, grzeczny, posłuszny, spokojny konik drepczący niezbyt szybko obok mnie. Najpierw dostałam jakieś bunty i porywy. Po pierwszym spuszczeniu pary w kłusie na kole było lepiej, choć cały czas myślami zupełnie w stajni. Strategia "postój sobie w tym lesie spokojnie, zobacz, jak tu miło" tak sobie ze wskazaniem na "to jednak kiepski pomysł" - niby spokojnie, ale jak tylko testowo wsiadłam, to nerwowe zasuwanie ponoszącym stępem do stajni i myśli daleko ode mnie. Zsiadłam. Zaczęłam wybierać różne mniej znane ścieżki, po czym wracać nimi na znaną drogę. Takie aproach and retreat, do tego po drodze różne zadania - a to cofanie pod górkę, a to cofanie z górki, a to przestawianie zadu na nierównościach, a to squezze nad jakimś pieńkiem. Niby dość spokojnie, ale cały czas na granicy przejście do zdenerwowania i cały czas za mało skupienia na mnie. Kałuża. Circling, squezze, yoyo. Niby robi, ale myśli daleko. Co tu wykombinować? Różne manewry na spłachetku śniegu, coraz bardziej oko nie na mnie, tylko w bok, jakaś olewka! Zirytowałam się i zafundowałam Czarnemu 200-300 metrów cofania. Chyba byłam rzeczywiście zła, bo cofał się na same uniesione w górę ręce. Co jakiś czas zaczynał zakręcać zadem, ale w pewnym momencie tak pogoniłam ten zad, że zaczął się pilnować prostej już bez dalszych dyskusji. Chyba przemyślał kwestię, bo od tej pory już było znacznie lepiej i wszystko zaczęło się układać. Dostrzegłam wreszcie, że ogólna olewka zaczyna się od jednego kroku wykonanego niezgodnie z moją koncepcją, którą on doskonale rozpoznaje, ale jednak decyduje się mniej lub bardziej co jakiś czas zlekceważyć. Duże nieposłuszeństwa zaczynają się od małych. Wsiadanie zaczyna się od spokojnego stania przy podskakiwaniu. Przecież to takie oczywiste, a ja jakoś zaczęłam to lekceważyć. Więc wróciłam do podstaw i zaczęłam zwracać uwagę na każdy szczegół. Czy stoisz, jak podskakuje? Czy stoisz, jak wkładam nogę w strzemię? A co z machaniem rękami koło ciebie? Czy idziesz obok mnie, łopatka przy łopatce, i stajesz z luzem na linie, gdy ja staję? Pilnujesz każdego mojego kroku? Zaczęłam wymagać tego, by szedł ZE mną, a nie OBOK mnie. Zaczęłam więc iść w sposób urozmaicony, pilnując, by cały czas on pilnował mnie. Krok, krok, krok powolutku, szybciej, szybciej, powolutku, stój. Stoiiiiiimy. W tył, w przód, w tył, kłus w przód, stęp, stęęęęp, powoli, stój. Powoli, stój. Krok. Stój. Krok, krok, kłus, krok, stój. Tak bardzo zaczęliśmy się na tym koncentrować, że strachy jakoś sobie poszły. Harmonia, zgranie, łagodność pierwszych faz. Zdecydowałam się wsiąść i pomaszerować w kierunku "od domu". Do domu po ostatnim poniesieniu nie czułam się pewnie. I w siodle to samo. Krok, krok, spokojnie, stój. Czy stajesz od razu? Jak tylko przez głowe przechodziła mi myśl, że może on już odpływa, prosiłam o stój. I cofanie. W życiu tak ładnie i szybko nie cofaliśmy. I jeszcze kilka kroków. I stój, i stoimy. I w tył. I jeszcze raz w przód. To było niemal transowe. Wróciliśmy z poczuciem sukcesu. Przynajmniej ja. Zobaczymy, jak będzie następnym razem. Pokonamy te tereny tą metodą, czuję to.

6 mar 2007

Ambicjoza

Nie daję sobie rady ze sobą. Każde nieposłuszeństwo Czarnego doprowadza mnie do szaleństwa. Wszystkie strachy, rzeczywiste i urojone, klejenie się do stajni, klejenie się do Emana, wszystkie trochę za późno i trochę za ospale przestawiane nogi. Mam ochotę wziąć ten cs i tak wp*&%$#@ić!, żeby mu w pięty poszło. Nie robię tego, ale cała się gotuję. Na co Emiter robi się zwarty i posłuszny i wręcz nadgorliwy i "ależ co mogę dla Ciebie zrobić?!", więc nie mam już za co mu sprawiać bęcków, więc idę w końcu pogotować się w samotności i wkurzać się, że nadaję się do hodowania chomików. Wkurzam się tym, że muszę naprawdę się wkurzyć, żeby wykrzesać z siebie taką energię, żeby on wykrzesał z siebie taką energię, żeby nagle niemożliwe stało się możliwe. Kiedy już para idzie mi uszami, to nagle okazuje, że cofamy energicznie (Ty, Dea, chyba też ostatnio odkryłaś wariację na ten temat, prawda?), że postukiwanie ślepcem z siedmiu metrów świetnie działa, że galop dla długiej linie nie jest żadnym problemem, a zmiany kierunków wykonujemy skokiem w miejscu. Tylko mnie aż się w żołądku ściska ze złości, bo mam wtedy wrażenie, że przez wiele wcześniejszych sesji byłam robiona w konia.

Mam jakieś ambicje wielkościowe. Wiecie, Dot The Magnificent Rider and Her Magic Horse :) (to jest taki uśmiech ze zgrzytnięciem zębami). Takie wizje przed zaśnięciem, jak galopuję na Czarnym w czarnej pelerynie przez pola i biorę skokiem ogrodzenia 1,50 m, poczta węgierska na Emanie i Emiterze, Moc pod Kontrolą. Kobiety (mężczyźni chyba?) mdleją, a ja odjeżdzam w stronę zachodzącego słońca lekkim, niespiesznym galopem, w który mój koń przeszedł w chwili, gdy o tym pomyślałam. To, co mam w tej chwili, ten bałagan w mojej głowie, to niezrozumienie między mną i Emiterem, odległość, jaka dzieli mnie od tych wizji przed zaśnięciem, mnóstwo prozaicznych problemów, towarzysząca temu obecność Ola, który nie robiąc w zasadzie ostatnio nic z Emanem jest w stanie po pięciu minutach zdecydowanych działań uzyskać od niego znacznie więcej niż ja od Emitera i patrzy na mnie z pobłażliwym uśmiechem, to wszystko wpędza mnie w straszliwego, agresywno-depresyjnego doła.

Ładuję się raz za razem w sytuacje na granicy bezpieczeństwa i przekraczające tę granicę. Idę po bandzie, nie przewiduję, co zdarzy się za chwilę, nie planuję, co zrobię, jak to się zdarzy, bo tak strasznie wkurza mnie to, że po raz kolejny walczę wiosną z tymi samymi kwestiami jak co roku. Strachy w terenie, nie odchodzę od stada, nie pójdę pierwszy. A właśnie, że pójdziesz! I pamiętacie ten rysunek z L2? C'mon, it's just a leaf! C'mon, it's just a gallop! (daj spokój, to tylko liść! daj spokój, to tylko cwał!) To właśnie my. Dzisiejsze poniesienie w terenie zakończyło dobrze tylko dlatego, że Olo lecący za mną bez kontroli na Emanie krzyknął w końcu: "Zegnij go tak, jakby szło o Twoje życie!". I zmobilizowałam się, wykrzesałam z siebie tą siłę, znalazłam lukę w drzewach, ale na miłość boską, co ja robię? To się zdarza kolejny raz. Idę dalej, choć mam nieuporządkowane sprawy wcześniej. Idę dalej, bo tak strasznie mnie wkurza, że jeszcze mnie tam nie ma, że przecież tam byłam, ale teraz jest kolejna wiosna i znów trzeba przejść ten etap. Marny ze mnie jeszcze horseman, nie wiem, kiedy to liść, a kiedy ogrywanie mnie, więc wkurzam się tym bardziej, a potem jest tak, jak na początku tego postu.

Boże, potrzebuję tego kursu w kwietniu. Potrzebuję tego, by ktoś na mnie spojrzał, spojrzał na Emitera i powiedział mi, co mam z tym wszystkim zrobić. Potrzebuję jakiś kropel uspokajających na wybujałe ambicje. Bo jak tak dalej pójdzie, to kolejne poniesienie, kolejny upadek, kolejny skok między drzewa może okazać się ostatni. Co mówi Linda? Najgorsze, co może się nam przydarzyć, to utrata pewności siebie, prowadząca do tego, że kończy się przygodę z końmi. O, nie.

Wiosenne refleksje

Czy konie są meteoropatami? Wyszło dziś słońce, zaśpiewały ptaki, słupek rtęci powędrował w górę i Czarny zaprezentował zupełnie zapomnianą już przeze mnie stronę osobowości. Mizia-mizia, wylegiwanie się na piasku na słoneczku, uszka i oczki super rozespane, zgodność, pogodność, życzliwość dla świata.

***

W małych dzieciach i koniach niesamowite jest to, że każdego dnia masz nową szansę. To nie szkodzi, że wczoraj krzyczałam, nie szkodzi, że droga do łóżeczka została obficie skropiona łzami, nie szkodzi, że nie mogliśmy dogadać się w temacie strasznych snów. Nie szkodzi, że wczoraj naciągnęłam granice, nie zauważyłam treshholdów, nie słuchałam. Dziś jest nowy dzień, mam nowy kredyt zaufania i dziś wszystko może się zdarzyć. Wczoraj małe nóżki i duże kopyta kopały w moją stronę, ale dziś przytula się do mnie i złota główka, i czarne chrapy. Jeszcze wszystko cały czas mogę naprawić. I tak każdego dnia.

***

Może konie mają narowy, ale ludzie też. Mają. Pewne. Ludzie mają ambicje. Ja mam ambicje. Dlatego tak strasznie trudno jest mi wytrzymać sytuację, w której nic się nie dzieje i jest tak dobrze i nie należy już nic do tego dodawać. Siedzieliśmy dziś na padoku może godzinę: ja, Jaś, Eman i Emiter. Właściwie chciałam coś zrobić, coś konkretnego, jakieś zadanie, jakiś progres. Ale Eman położył się na boku i drzemał, Jaś podszedł do niego i zaczął się przytulać do końskiego boku, ja siedziałam obok, na wypadek, gdyby Eman jednak postanowił wstać, a Emiter wisiał głową nad nami. Jaś się śmiał, wdrapywał nieporadnie na koński bok, przechadzał tu i tam na zmianę uderzając w ziemię batem i głaszcząc konie po nogach i brzuchach, a konie sobie stały i leżały wygrzewając się na słońcu. Emiter z niepojętym spokojem dawał się głaskać po wargach, nosie i dziąsłach i miałam tak ogromną ochotę wykorzystać to myśląc sobie: "Ha, jest w takim świetnym nastroju, to weźmy bareback pad i chodźmy coś zrobić, albo może długa lina tym razem", a jednocześnie wiedziałam, że to bez sensu, że zmarnuję coś bardzo miłego i dobrego. Siedziałam tam i uśmiechałam się sama do siebie na myśl o tym pędzie do realizacji zadania, dokonania postępów. Z dziećmi, z końmi, z nauką bardzo często mniej znaczy więcej. Bardzo trudno mi się z tym pogodzić. Moja natura prymusa ciężko to znosi. Choć i tak jest o niebo lepiej niż kilka lat temu. W końcu jednak zwyciężyłam :) Zaspokoiłam moje demony kilkoma kroczkami cofania i przesiadaniem się to tu, to tam po padoku. A Emiter przesiadał się za mną :)

***

Potęga Parellich polega na tym, że potrafią dać mi do ręki narzędzia samooceny i samokontroli. Przyczepiłam dziś do cs dzwoneczek. Niesamowita informacja zwrotna. Kolejny krok na drodze do delikatności.

***

Miałam dziś wrażenie spotkań trzeciego stopnia. Stałam przed Czarnym i prosiłam o kilka kroczków w tył za pomocą "laski ślepca". Stoję luźno - uszy na mnie. Pochylam się w przód z napięciem (jeszcze nie stukam, jeszcze Czarny nie idzie) - uszy w tył. Odchylam się w tył - uszy w przód. Pochylam w przód - uszy w tył. To działało jak na pilota!

Jesteśmy już w nowej stajni !! :)))

Przeprowadzka odbtyła się w niedzielę. Przebiegała dramatycznie i jeszcze nie jestem gotowa na opowiesci. Powiem tylko tyle, ze mielismy jechac w sobotę.


W nowej stajni Promyk ma wielkie oczy jak spodki!
Wczoraj bylismy na krótkim spacerze na padok. Po drodze mój koń musiał wszystko powąchać! Płot sąsiadów, dwa szczekająca jamniki, kamienie, samochód, kota w krzakach wszystko co było w zasięgu nosa. Szłam obok niego w 3 strefie i wszystkie te rzeczy konik oglądał sam.

Na padoku musiał się wybiegać, wyskakać, wyszaleć i oczywiscie wytarzać ! Był tak przejęty nowosciami ,że nie wiedział w którą stronę patrzeć, a we wszystkie jednoczesnie się nie da :)))
Usłyszał nadjeżdżający samochód szutrową drogą, muslałam, że raczej tylko odwróci się, żeby zobaczyć co to. A on galopem popędził zobaczyć co tak szelesci.

Smiesznie było, gdy stałam na padoku i wołałam go do siebie, to leciał galopem z miną " wołałas to jestem" ale przestępował z nogi na nogę z pytaniem na pysku " ale czy mogę już isc zobaczyc co jest w innym miejscu?" Gdy go odsyłałam to biegł w inne miejsce i patrzył co tam jest. I taką mielismy zabawę ;)))

Bardzo jestem ciekawa ja poszło dzisiejsze wyjscie na podok z dwoma konikami . I czy dał sie spokojnie zaprowadzic stajennemu bez uszczerbku dla zdrowia, stajennego oczywiscie :)))

4 mar 2007

Z Dzikiem Bliskie Spotkanie i co z niego wynikło

Po pierwsze, dziękuję bardzo za zaproszenie na bloga. Nosiłam się z zamiarem poproszenia o nie, ale jakoś tak odkładałam na później... :)

Po drugie, wypada się przedstawić. W końcu nie wszyscy muszą nas znać. My, to Kasia, znana w niektórych kręgach jako dea, oraz kasztanowata klaczka Campina. Campi wielkoformatowym koniem nie jest, w kłębie jakieś 135cm. Młodziak (w maju skończy 4 latka). Z charakteru... zrównoważona, to chyba dobre słowo. Ani z niej specjalny wypłoch, ani leniwiec. Ciekawska, czasem się czegoś wystraszy, ale raczej odważna. Do tego skłonności czołgowo-dominacyjne, nie jest to skrajność, ale są wyraźne. Typ nie-karm-mnie-z-ręki. Ja jestem raczej marchewkowa niż bacikowa. Co jakiś czas ruda przypomina mi, że na szacunek trzeba sobie zasłużyć...

A po trzecie... podzielę się sobotnim OBOPem :)
Wybrałyśmy się na spacer do lasu. Trzech ludzi naziemnych, trzy konie sznurkowe. Pogoda sympatycznie mglista. W pewnym momencie z mgły na leśnej ścieżce wyłonił się Dzik. Campina zrobiła Bardzo Okrągłe Oczy i, co prawda, nie stratowała mnie (co jej się chwali), ale wyraźnie dała do zrozumienia, że NieJestPewnaCzyToJejNieZje. Tym bardziej, że To dostojnym krokiem odtuptało w krzaki na poboczu i przestało być widoczne. Po krótkiej naradzie, zarządziłyśmy grupowo spokojny odwrót na upatrzone pozycje, co by się dzikiej świni nie narażać. Tak się złożyło, że z Campiną szłyśmy pierwsze, więc po odwrocie wylądowałyśmy naturalnie na ostatniej pozycji... na co Campina powiedziała:

-!NIE!-.
Ona jest Dzielna, bardzo nad sobą Panuje, ale ja mam coś wykombinować, bo nie ma mowy, żeby ona szła Ostatnia, bo przecież ToCoś zaraz może wrócić, i wtedy na pewno ją zje i będzie wtedy zjedzona i -!NIE!-, ona Nie pójdzie Ostatnia.

Hmmm... no dobrze... co możemy zrobić? Żadnego z pozostałych koni pchać za nas nie będę, po co mają się stresować, skoro potwora nie widziały i na razie mamy względny spokój, plus jednego lekko sztywnego konia. Trzy lekko sztywne konie, co jakiś czas wybuchające i pobudzające do wybuchu pozostałą dwójkę, to już jest naprawdę ciekawy zestaw... W połączeniu z naszą najmłodszą, początkującą parellityczką, aż nadto ciekawy. No dobrze... czyli wyjście jest jedno: pani musi robić za latarnię, a konia puścić przodem. Prowadzenia z 5 strefy nie ćwiczyłyśmy, więc została jedna możliwość: ustawiam konia tyłem do dwóch pozostałych i cofamy za nimi.

I tutaj wrażenie pierwsze: to, co zobaczyłam w oczach Campiny w odpowiedzi na odwrócenie tyłem do koni i przodem do stracha, mogę określić tylko jako "dziękiii....". Opuściła głowę, zniknął wytrzeszcz oczu, przeżuła. Chwilkę postałyśmy -- inny koń. Próbowałam jeszcze raz ustawić ją za sobą, ale -!NIE!- połączone z ogromniejącymi oczyma i Dzikim wyskokiem do przodu było nadal w mocy.

A drugie wrażenie, jeszcze bardziej piorunujące, to jej odpowiedź na prośbę o ruszenie do tyłu... piękne, obszerne, okrągłe kroki do tyłu, skupienie na paszczy, głowa nisko...

Hejże, moja piękna, to Ty tak potrafisz?... :D

Wniosek... od czasu, kiedy ustaliłyśmy sygnał do cofania, minął już ponad rok. A ja wciąż akceptowałam maleńkie, powłóczące kroczki... wypracowałyśmy odległość (dużo kroczków), wypracowałyśmy w miarę prostość (proste kroczki), ale kroczki zawsze były takie mikre, aby-aby... koniec wakacji, teraz skupimy się nad tym, żeby "Dzikie Kroki" utrwalić. Spodobały mi się straszliwie. :)

Taka refleksja: czasami musi zdarzyć się coś, co uświadomi nam, ile koń tak naprawdę potrafi, do czego już jest gotowy. W którą stronę rozciągać wymagania... Pozytywne, zdecydowanie :]

Koniec i początek

Dziś zakończył się rozdział mego życia pt.: “jazda szkółkowa”. W zależności od transportu albo w najbliższy, albo w kolejny weekend przyjeżdża Duszek z Orki. Dzisiejsza, ostatnia już dla mnie jazda na obcym koniu była przyjemnym, zrelaksowanym terenem, ale mój duch był z Duszkiem. Bardzo się cieszę, że to już, ale jednocześnie trochę w dołku mnie ściska. Myślę o tych wszystkich relacjach, które Basia mi przysyłała, o dołkach i górkach, które Duszek tam przechodził i zastanawiam sie, czy uda mi sie zdobyć jego zaufanie, być oparciem w chwilach jego lęków. Były momenty, że jak widziałam maila od Basi, to bałam się go otwierać. Były momenty, że jak takiego maila otwierałam, to płakałam. Większość z tego minęła, świadoma jestem, na co mam zwracać uwagę, ale jednocześnie wiem, że zmiana miejsca będzie dla Duszka wyjściem poza jego comfort zone i że w dużym stopniu ode mnie będzie zależało, jak długo poza CZ będzie przebywał. Zresztą dla mnie również będzie to wyjście poza mój CZ. On jest taki inny niż Truskawka!

Po dzisiejszej jeździe mam wciąż taki widok przed oczami: na pastwisku stado koni trzyma się razem, a jeden samotny koń stoi wciśnięty w najbardziej odległy róg tego pastwiska. Stał tam jak wyjeżdżaliśmy, stał dokładnie w tym samym miejscu jak wróciliśmy. NOWY KOŃ w stadzie. Przyjechał wczoraj i stado go odgoniło. Serce mi się kraja na myśl, że to samo czeka Duszka.

No i akcent pozytywny: Basia donosi, że zarówno kłus, jak i galop Duszek ma miękki i przyjemny. Mądrośc ludowa: jak się kupuje konia niezajeżdżonego, to nigdy nie wiadomo, jak się na nim siedzi.

Czarny daje pierwszą żółtą kartkę

Dużo się działo przez ostatnie dni, w czwartek i w piątek byłam u znajomej na występach gościnnych. Znajoma ma dwie klaczki, z którymi ostatnio nie daje sobie rady i bardzo chciała zobaczyć siedem gier na żywo z jej końmi. O klaczkach napiszę następnym razem, bardzo to było ciekawe, tym bardziej, że na końcu pojawił się jeszcze jedna klacz, której właścicielka również zainteresowała się siedmioma grami, natomiast koń okazał się takim wyzwaniem, że po prostu sobie nie poradziłam na najbardziej podstawowym poziomie i po 20 minutach - zdyszana, spocona, zmęczona - przyznałam, że nie mam koncepcji, co mam zrobić, by koń chociaż zarejestrował moją obecność. Miałam wrażenie, że ja i ona, zwana Zośką, po prostu jesteśmy w dwóch równoległych światach, że nie ma takiego działania, które mogłabym podjąć, żeby przesunąć jej nogi, spowodować skierowanie na mnie wzroku lub choćby ucieczkę ode mnie! Cokolwiek! Reakcję! Człowiek czuje się jak idiota :), macha rękami, uderza carrotem, łupie w ziemię ss, aż mu bark wyskakuje, a koń nawet nie drgnie, pomnik ze spiżu... Nie, to nie był koń pociągowy :) Ale o tym następnym razem :)

Dziś założyłam na Czarnego pad, wdrapałam sie na oklep i postanowiłam nieco popasażerować w kłusie i nieco popracować nad precyzyjnymi manewrami typu przestawanie zadu z góry, przestawianie przodu z góry, chody boczne z góry, które do tej pory zupełnie pomijaliśmy. No więc chody boczne zaskakująco dobrze, z pomocą carrota, ale nie bardzo dużą. Zwroty na zadzie rownież dobrze i również carrot oddał nieocenione usługi, choć nie musiałam Czarnego nim dotykać, wystarczył jako "wskazówka", o co chodzi w tym ćwiczeniu, płynął do nosa Czarnego, a Czarny ładnie przestawiał nóżki, kiedy carrot był jeszcze jakieś 50 cm od jego nosa. Zwroty na przodzie gorzej, choć było kilka dobrych kroków, może nie ma się co spieszyć, tylko trzeba nagradzać te powolne, dobre ruchy. Trudne to, trudno kontrolować energię własnego ciała - stój, nie naprzód, ale jednocześnie "coś", jest jakiś ruch. Na oklep zdecydowanie łatwiej, więcej się czuje - i siebie, i konia. Ewidentnie na przykład Czarny reagował na pchający pośladek w chodach bocznych, bardzo ładnie reagował.

Potem był jeszcze pasażer w kłusie na round-penie, na ktorym zostaliśmy uwięzieni, bo wszędzie indziej mokro potwornie i mamy zakaz rozwalania rozmokłych pastwisk kopytami :) Trochę niespodziewanych zwrotów, ale czuję się coraz lepiej w nich, jeśli jestem wyprostowana, to nogi, uda, pośladki układają się właściwie i dobrze się zabieram. Dziś zebrałam kolejny fragment układanki pt: "O co chodzi z nogą pchającą od zewnątrz do zwrotu". Pasażer to jednak potęga.

Tytułową żółtą kartkę dostałam na samym końcu. Olo biegał sobie na Emanie po okolicach i przyniosł wieść, że niedaleko nas jest wyższy fragment terenu, mniej mokry, dobry do ćwiczeń. Podreptałam więc za nim na oklep na Czarny, czując się mniej pewnie niż tuż koło naszego padoku, ale sądząc, że w towarzystwie Emana Czarny będzie spokojny i bez niespodzianek. Caarny zaczął podnosić głowę i pokazywać, że nie jest spokojny. Olo wymyślił, że będzie kłusował a ja za nim i dla Czarnego to będzie takie ćwiczenie" "kłusujemy sobie kółeczka wokół choinek za Emanem, twoje zadanie to nie wyprzedzać i trzymać sie ogona". Nie wiem dlaczego, ale spięta czułam się okropnie i do tego pomyślałam, ze to głupie ćwiczenie, bo uczy tylko Czarnego, że chodzi za swoim przywódcą, a nie za moimi wskazówkami. Więc poprosiłam, by Eman stanął, a ja kłusowałam sobie kręcąc wokół nich rożne kółeczka. O, o wiele lepiej, Czarny sie zrelaksował, znów byłam u steru, ale generalnie czułam, że jestem już zmęczona, ze ten pad się przesuwa, że jednak te uszy za często są postawione, że coś w Czarnym buzuje i generalnie nie ma co ryzykować, że coraz częściej tracę dobrą pozycję, zsuwam się. Eman przeszedł do stępa - Emiter jeszcze cały czas ze mną. Eman przeszedł do kłusa - najwyraźniej Olo uznał, że wszystko jest już ze mną i Czarnym OK - na co Czarny zerwał się jak ukłuty ostrogą do cwału, a ja z pozycji zrelaksowanie-wyprostowanej runęłam w tył i na bok. Miałam kask na szczęście, ale było to nieprzyjemne i miałam przede wszystkim obrzydliwe uczucie, że sama sobie zafundowałam tą atrakcję. On ostrzegał, zrywał się wcześniej, tylko mniej dynamicznie, usztywniał się, stawiał uszy i szyję. Myśl o zejściu przeszła mi przez głowę parę razy - powinnam zejść za pierwszym. A tak, to tylko głowa mnie boli ku przestrodze...