Każdy z nas pracuje z końmi. Każdy z nas ma coś wspólnego z PNH - niektórzy idą ściśle z programem, inni łączą naturals z najlepszymi elementami szkoły tradycyjnej, niemniej wszyscy uznają, że Pat Parelli wymyślił coś niezwykłego, co otworzyło nam drogę do współpracy z koniem na zupełnie nowym poziomie. Jeśli pracujesz z koniem metodą Pata Parellego i chcesz zostać współtwórcą tego bloga, napisz krótki e-mail w tej sprawie na adres dorota.konowrocka@gazeta.pl
28 mar 2007
Już w stadzie
Nie wiem z jakiego powodu, ale dziś Duszek miał problem z siodłem: jak podnosiłam siodło, to się odsuwał. Robiliśmy CG wokół siodła, wypoczynek przy siodle, obwąchiwanie. W końcu doszliśmy do tego, że przestał uciekać, ale nie było to jeszcze to, o co mi chodziło. Natomiast przy wsiadaniu pełen relaks i spokój. Ruszylismy na fazę “uśmiechu policzkami”, postępowaliśmy po round-penie, postanowiłam wprowadzić więcej zatrzymań i ruszań. Zatrzymywanie super: skręcał głowę na pogłaskanie liny. No i nagle zdarzyło się coś niesamowitego. Stoimy, przygotowuję się do ruszania, podnoszę swoją energię – i on idzie. Za pierwszym razem pomyślałam, że to przypadek, że akurat zachciało mu się ruszyć. Ale powtórzyłam to jeszcze dwa razy i dwa razy było tak samo. Zasłużył, żeby na tym zakończyć.
Jest lepiej :)
Mieliśmy też zabawne zdarzenie. Szłam obok Czarnego prowadząc go w ręku, przed nami pojawiła się kałuża, Czarny ją obszedł, ja zamarudziłam szukając miejsca, by przejść suchą stopą, linka wysunęła sie z mojej ręki i nagle Czarny był wolny. Pomyslałam "no koniec, teraz poleci do domu i szukaj wiatru w polu". Nie pokłusował, ale poszedł przed siebie stępem, czasem oglądając się na mnie, ale generalnie oddalając sie ode mnie - i oddalając sie od domu. Obejrzał sie parę razy, stanął, ale nim do niego doszłam, poszedł sobie dalej. Po kilku minutach tej wędrówki w oddaleniu zaczął obracam sie coraz częściej bokiem, a w końcu stanął i poczekał na mnie. Podeszłam nie patrząc na niego, wydałam marchewkę, wzięłam łagodnie linę, poszliśmy sobie dalej. Niby to nie tak dużo, ale ucieszyłam się, ze nie poleciał przed siebie i nie zlekceważył mnie zupełnie.
26 mar 2007
Na Duszku
Te kilka minut stępa były dla mnie prawie jak teren z galopami z góry (w kategorii jeździeckich stresów galopy z góry plasują się u mnie bardzo wysoko). Niestety, z powodu Torwaru nie zdążyłam w niedzielę przymierzyć się do powtórzenia tego sukcesu. Na szczęście dzięki zmianie czasu najtrudniejszy okres za nami. No i proszę, cieszę się ze zmiany czasu - nie sądziałam, że kiedykolwiek to się zdarzy. Zawsze strasznie klęłam, że ci, którzy to wprowadzili, ukradli mi godzinę snu. Jak to się człowiekowi zmienia spojrzenie na świat!
Ale problem zapoprężenia został. Nie wiem, jak pogodzić przyzwolenie na opuszczanie głowy z zagrożeniem zapoprężeniem.
25 mar 2007
Czas dla konia, czas dla mnie :)
Nie da się ukryć, że Czarny był dziś dość rozkojarzony, czasem buntowniczy, czasem nie zwracający na mnie uwagi, ale w sumie nie było źle. Z rzeczy ładnych to dostałam bardzo ładne galopy, zwarte i harmonijne, zamiast zwyczajowego na round penie każda-noga-oddzielnie-a-wszystko-bardzo-kanciaste, i ja też siedziałam ładnie, wyprostowana, rozluźniona, bez podkurczania nóg, ze strzemionami trzymanymi lekko końcem stopy, z zewnętrzną ręką nonszalancko opuszczoną za biodrem :) I przejścia do kłusa mieliśmy niezłe. Jeszcze będzie z nas horse-man. W czasie wyżu łatwiej tak myśleć.
Ach, trochę też zaczęłam zwracać uwagę na poruszana ostatnio na forum "stronność". Więcej prowadzimy się z prawej i nie daję się wmanewrowywać na lewo. Wczesniej nawet tego nie dotrzegałam.
21 mar 2007
Przemyślenia człowieka w toku przemian
Moje kłopoty zaczęly się chyba od momentu, kiedy wymyśliłam, że jesienią zaliczę L2, potem L3, harmonogramowo i reżimowo, będę pracować wytrwale i łatać wszystkie nasze dziury w programie, a potem to ho ho! Wyznaczyłam sobie cel i najwyraźniej zdenerwowałam się nim. Straciłam poczucie, że tu dla przyjemności jestem. Zaczęłam wychodzić do konia jak do pracy. Przedtem, kiedy po prostu robiłam to, co nam wychodziło, brałam to, co Emiter mi dawał i jakos na tym rozwijałam, a przede wszystkim kiedy przez cały zeszły sezon miałam podejście "ja tu nie mam co wymagac cudów, bo ja nie realizuje jeszcze swoich obowiązków, dosiad nie ten, jak będę miała lepszy dosiad, to zacznę wymagać, a na razie, mały żuczek, nad dosiadem tu sobie pracuję, a Czarny mnie wozi" - było znacznie lepiej. Ja się czułam lepiej. Nie oczekiwałam cudów i cieszyłam się tym, co miałam, a do tego miałam poczucie, że robimy ogromne postępy. Jasne, bywało lepiej i gorzej, czasem czarny walił baranki w galopie albo robił inne zaskakujące dla mnie i niemiłe rzeczy, ale to wszystko nie wyprowadzało mnie do tego stopnia z równowagi.
Nie patrzyłam na kalendarz, nie odliczałam do kursu, nie zastanawiałam się, co zaliczę, a co nie. Było fajnie. Teraz nie jest fajnie. Więc chrzanię te moje plany. Zawodowo to ja piszę teksty o informatyce, półzawodowo tłumaczę z angielskiego, Czarny powinien zdecydowanie powrócić do kategorii "hobby" oraz "amatorka". I właśnie tam wraca.
Po drugie czas. Przedtem jeździłam trzy-cztery razy w tygodniu. Teraz nagle zaczęłam do sześciu. Bez sensu. Zamienię sobie te sześć na trzy razy w tygodniu, ale takie, kiedy zakładam bryczesy i wiem, że mogę je zdjąć za trzy, cztery, pięć godzin - za tyle, ile będzie trzeba. Że mogę wziąć Czarnego do lasu i wrócić rzeczywiście wtedy, kiedy oboje będziemy zrelaksowani, zgrani i wygrani, nie patrząc na zegarek i przechodząc zupełnie na czas koński. Że w razie niepowodzeń mogę spokojnie odpiąć linę, usiąść z boku, pomyśleć, przypiąć ją znowu, spróbować, odpiąć, pomyśleć, naprawdę poświęcając na to tyle czasu, ile trzeba, i zupełnie się nie spiesząc.
Po trzecie, melisa :) Kupiłam sobie w tabletkach, łykam i wyluzowuję się. Bo coś mi się takiego w życiu porobiło, że zaczęłam na wszystkich krzyczeć, na wszystko reagować agresją, skakać bliźnim do gardła i zawzięcie krytykować. Zmiana osobowości, która nawet w ciązy mnie jakoś ominęła. Może wiosna. Także łykam i uspokajam się. Jak zauważę, że minął cały dzień, a ja
przeżyłam go bez wyraźnych konfliktów z dziećmi, to będzie znak, że mogę wrócić do spotkań z Emiterem. Na razie jeszcze czekam, jeszcze się wyciszam.
Po czwarte, czytam Marka Rashida "Lekcje, których udzielił mi koń". Trafia do mnie. Niekonfrontacyjne nastawienie. Wytrwałość. Cierpliwość. Planowanie naprzód. Przechodzenie do porządku dziennego nad katastrofami i nieporozumieniami. Pisałam o tym, ta szansa, którą ciągle od nowa dają nam konie i małe dzieci. To niekonfrontacyjne nastawienie od dawna chodzi mi po głowie, a Mark dobrze to zwerbalizował. Staram się zwracać uwagę na to, czy więcej gadam czy słucham. Gadam :(( Ale ja naprawdę popracuje nad sobą. Znów - dla przyjemności. Dla siebie, dla Emitera. Chrzanię zaliczanie. Nie umiem tego pogodzić.
18 mar 2007
Dzień czwarty
I tym ponurym odkryciem kończę cykl “Duszek w nowej stajni”.
17 mar 2007
Dzień trzeci
Dziś najważnieszym wydarzeniem było pierwsze padokowe spotkanie Duszka z innymi końmi. Najpierw wpuszczony został z jednym koniem, spokojnym i łagodnym. Duszek nową znajomość zaczął z założeniem “Ja tu będę szefem”. Kwiczał, wspinał się, tupał. Koleś znosił wszystko cierpliwie do czasu. Duszek ignorował wszelkie delikatne wskazówki i w końcu dostał kopa. To trochę ostudziło jego zapał, ale nadal próbował. Tamten parę razy “pogroził” tylną nogą, aż w końcu Duszek załapał i już wystarczyła mina czy uszy. Potem dołączyły jeszcze dwa konie, z jednym Duszek się obwąchał, drugi w ogóle nie włączył się do gry. Natomiast Pierwszy zaczął bronić przed Duszkiem tę nową parę. Z każdym razem, gdy Duszek się zbliżał, tak się ustawiał, żeby znaleźć się pomiędzy Duszkiem a tamtymi. Tak że wszelkie scysje, które jeszcze od czasu do czasu wybuchały, były zawsze pomiędzy Duszkiem a Pierwszym. Ale wszystko się wyciszało, aż w końcu trójka trzymała sie razem, a Duszek odstawiony został na boczny tor.
Dla Duszka była to kompletnie nowa sytuacja życiowa. W swoim pierwszym, rodzinnym stadzie żył od urodzenia, w Orce nie był włączany do stada, więc tu musiał przejść przyspieszony kurs przystosowania. Na szczęście nie zdecydował sie walczyć do krwi ostatniej.
16 mar 2007
Dzień drugi
Po południu trochę pobawiliśmy się na ujeżdżalni, ale zrobił się ruch, więc przenieśliśmy się do round-pena. Okazało się, że Duszek dobrze przetrawił lekcję z dlugą liną, bo zaakceptował ją bez żadnego problemu. Natomiast ja miałam z nią problem – ona naprawdę jest dłuuuuuga. Plątała mi się okropnie, ale udało się zrobić kilka kółek w obie strony bez owinięcia Duszka pajęczyną długiej liny. Zrobiliśmy jeszcze chody boczne nad drągiem – najpierw był bardzo zakoczony tym pomysłem i odbijał od ogrodzenia, żeby drąg ominąć. Ale potem udało się w obie strony. Był to koniec zaplanowanych zajęć, więc puściłam go luzem. Ale tak na mnie patrzył, jakby domagał się jeszcze czegoś. No to pomyślałam, że spróbuję CG na wolności. Odesłałam go z taką energią jak nigdy, bo ruszył galopem. Po dwóch kółkach przywołałam, podbiegł kłusem. To samo w drugą stronę. Więc już nie ryzykowałam, na tym zakończyliśmy. Co najdziwniejsze, miałam wrażenie, że te dwa kółka na wolności wyszły nam najlepiej! A jaki Duszek był zadowolony! Potem wróciliśmy na pustą już ujeżdżalnię, trochę razem pobiegaliśmy (biegał za mną bez liny), kilka razy odesłałałam go - ładnie wracał, gdy go wołałam – i tak dzień drugi się zakończył. A ja jestem nieżywa – cały dzień z koniem jest jednak bardziej męczący, niz dzień za biurkiem. Plan na jutro: to samo, tylko z siodłem.
15 mar 2007
Dzień pierwszy
Myślałam, że będzie trudniej. Z samochodu wyszedł spięty, ale jak zaczęłam go głaskać, nie odsuwał się ani nie uciekał, tylko łypał wokoło. Najpierw wzięłam go do boksu, gdzie spędziłam z nim undemanding two hours. Potem zaczęłąm go szykować na spacer. Linę zakceptował bez problemu, ale na kantar bardzo sie boczył – może dlatego, że lina używana i pachniała koniem (i to nie byle jakim koniem, bo Truskawką), a kantar nowy. Więc trochę zajęło nam friendly z kantarem. Już na początku drogi napotkaliśmy stracha – kozy w zagrodzie. Duszek stanął jak wmurowany. Dałam mu trochę popatrzeć na te białe potwory, a potem sie wycofaliśmy. I to wystarczyło. Za drugim podejściem przeszliśmy. Najpierw poszliśmy na łąkę. Duszek się pasł, a ja od czasu do czasu bawiłam się liną: albo zarzucałam na niego, albo machałam koło niego – ale nie za dużo, żeby mu nie psuć przyjemności. Z początku jadł tę trawę bardzo nerwowo, ale potem się zrelaksowal. Chociaż były momenty, gdy się spinał i wypatrywał wroga, to jednak większość czasu był spokojny. Byliśmy na tej łące ze dwie godziny. Okazoło się to bardzo dobrym pomysłem, bo potem jak poszliśmy zwiedzać wszystkie kąty, to był już na tyle oswojony z nowa sytuacją, że bez problemu przeszedł wąską dróżką ograniczoną po obu stronach białą TAŚMĄ. W międzyczasie zrobiło się szaro, konie zostały zabrane do stajni i zwolnił się dla nas padok. Puściłam Duszka luzem, trochę pokłusował, ale bez jakiegoś specjalnego zapału, więc postanowiałam go trochę przegonić i niechcący wyszła nam z tego super zabawa. Ja go odganiałam, on odbiegał, potem zatrzymywał się, patrzył na mnie i zaczynał do mnie iść. Jak przystawał, kiwałam na niego palcem i dalej ruszał (chociaż z tym palcem to może takie moje wishful thinking, bo już było tak szaro, że nie wiem, czy w ogóle mógł ten palec widzieć). W każdym razie przychodził, ja go głaskałam, staliśmy trochę i znowu go goniłam. Przeważnie przychodził stępem, troszeczkę zakłusowywał, ale jeden raz zdarzyło się coś fantastycznego. Ruszył w moim kierunku galopem! Nawet nie zdążyłam się przestraszyć, bo myślałam, że mnie po prostu wyminie i pogalopuje dalej. A on wyhamował przy mnie, zarył się kopytami tak gwałtownie, że opryskał mnie błotem. Kto by pomyślał, że można się cieszyć z opryskania błotem! A potem jeszcze trochę undemanding time w boksie i wróciłam do domu. Jutro popróbuję 7 gier.
13 mar 2007
Związek konia z koniem
12 mar 2007
Co się dzieje w stajni, kiedy mnie nie ma...?
Co nastroiło mnie do takich przemyśleń?
Nieprzyjemnie zaskoczyła mnie reakcja Campiny na kantar w sobotę. Weszłam do boksu, przywitałam się, napoiłam [zła była i całe wiadro wody wypiła -- aha, nie były pojone przed śniadaniem :(]. Po chwili wróciłam z kantarem, żeby wypuścić młodą na pastwisko (wyprowadzałyśmy wszystkie konie). Głowa do ściany. Hmm.... Przełożyłam sznurek za szyją, czekam. Zwykle dostaję paszczę w nachrapnik, a teraz tylko wygięta w moja stronę szyja, głowa do ściany. Co jest?!
Zostawiłam ją, poszłam wyprowadzić innego, wróciłam -- to samo. Wyprowadziłam drugiego, trzeciego, za każdym razem wracałam do niej, ale ewidentnie nie chciała wpakować łba w kantar. W końcu poczekałam na nią. Po jakichś 5 minutach z ociąganiem dostałam paszczę.
Wyszła na dwór, ja sprzątnęłam boks (cokolwiek robią, kiedy mnie nie ma, nie jest to wywożenie gnoju... ale chociaż słomy w tym tygodniu dościelili trochę). Czekała już na mnie przy bramie, chętnie poszła się bawić. Chociaż tyle...
Inne poszlaki... kantar sznurkowy Bilona przewieszony z jego osobistego haczyka (nikt inny TEORETYCZNIE nie używa PNHowego sprzętu). Moja lina krótka przewieszona na sąsiedni haczyk.
Może zbieg okoliczności. A może ktoś "funduje tresurę" naszym koniom, kiedy nas nie ma.
Nie podoba mi się. Bardzo mi się nie podoba.
A żeby nie było tak pesymistycznie, pozytyw: postawiłyśmy nogę na oponie. To nasze pierwsze osiągnięcie w stawianiu_nogi_na -- wczesniej dostawałam tylko grzebanie (lub skok) i nie bardzo wiedziałam, co z tym zrobić. Wreszcie się udało. Oczywiście kluczem jest approach and retreat i uświadomienie sobie, że grzebanie to reakcja nerwowa wynikająca z niepewności, a nie "po prostu ciekawość" :) To z serii OBOP.
11 mar 2007
Barrel racing
Beczek użyłam, ponieważ nie bardzo miałam przy czym wprowadzić przeciskanie. Na padoku dysponuję: płotem, słupem i drzewkiem - ruda na przeciskanie między mną, a którąś z tych rzeczy przechodziła, odwracała się do mnie i robiła minę "ale o co ci właściwie chodzi?". Czyli, że nie robiło to na niej wrażenia, to mało powiedziane.
Dlatego w piątek rano podprowadziłam mamie beczki, w których latem trzyma wodę do polewania ogródka i przetoczyłm je na padok. Takie porządne, duże, czarne, metalowe beczki, jeszcze z resztkami piasku na dnie, więc wydające dodatkowo odgłosy. Mój bardzo tchórzliwy koń, jak beczki zobaczył, odbiegł na całe dwa kroki. Potem według powszechnie znanej zasady, że co konia goni, to nie jest straszne, odprowadzała beczki na upatrzone przeze mnie miejsce plącząc się zawzięcie przed nimi, aż ją musiałam wyprosić na bok - wiadomo, pancia zabawopsuj - bo tu takie fajne do konia przyszło, a pancia co. Ogólnie beczki całkiem praktyczna rzecz - można je wylizywać, obgryzać, drapać się o nie, albo ignorować - wedle uznania. Zostawiłam konia z nowymi przyjaciółmi i wróciłam za czas jakiś.
Na pierwszy dzień miałam w palnach squeez game między dwoma beczkami. Po paru chwilach zabaw na rozluźnienie, zaprosiłam rudą do beczek. Przeciskanie między mną, a beczką - żaden problem, między dwoma beczami - a, to już nie taka prosta sprawa. Musiałam sporo zwiekszyć optymistycznie założoną odległość między beczkami, którą ustawiłam na początek. Rude zachowywało się bardzo przykładowo - podchodzenie i wąchanie, kroczek w przód i dwa w tył, dużo pytania czy aby na pewno ja chcę, żeby koń tam wszedł, bo może jednak wystarczy obejść dookoła itp. W końcu przechodzenie w stylu "raz kozie śmierć", z wyraźną dumą i radością z przeżycia na zakończenie. Pomęczyłyśmy beczki rano i po południu, z dużą ilością przerw w czasie jednej sesji, ze zmianami odległości pomiędzy strachami w zależności od rezultatów. Jak dla mnie, efekt po pierwszym dniu bardzo się podobał.
W sobotę sprawdziłam, czy przechodznie pomiędzy beczkami dalej działa - działało. Ale ruda miała pewną granicę szerokości, do której była skłonna wejść, dalej już nie. Z tego co widziałam na różnych filmach z Patem, teoretycznie konie potrafią wejść w bardz wąskie przejścia, w których ledwo im się tak naprawdę nogi mieszczą. Ale z pewną dozą samokrytycyzmu stwierdziłam, że co Pat, to nie ja i może na razie nie będę się w to pchała. Za to wykombinowałam, że nie wiem jak ruda, ale ja, zamiast obijać sobie kostki o beczki, wolałabym je chyba przeskoczyć. No to może wprowadźmy przeciskanie nad beczką? Jak pomyślałam, tak zrobiłam.
Przeprowadziłam beczki pod płot, żeby było mi łatwiej jakoś to wszystko ogarnąć i zaczynamy. Rudej oczy z wrażenia wyszły, bo co to za pomysły ma ta pancia, zginie biedny koń marnie ani chybi. Było dużo prób ucieczek w tył i na boki, a też wbijanie się w kilkucentymetrową przestrzeń między mną a beczkami - wizja skoczenia zdawała się być wręcz paraliżująco straszna. Dużo do myślenia rudej dał brak ponaglania, a nieźle się musiałam pilnować, żeby mieć luz na linie, pamiętać o dobrej postawie i tym nieszczęsnym baciku (jakoś zawsze zastygał kilka centymetrów nad ziemią i nie chciał się do końca zneutralizować). Za którymś z kolei razem, gdy ruda zamarła znowu strasznie wytrzeszczona około dwa kroki przed beczką, ja zastygłam w pozie napoleońskiej wskazując z determinacją kirunek ataku, a myślami błądząc gdzieś w poszukiwaniu rozwiązania naszych problemów, nagle hop - był koń po prawej, jest koń po lewej. Ha! Zaskoczyła mnie nieźle, nawet akurat nie bardzo na nią patrzyłam, liczyłam co najwyżej na jeszcze jeden kroczek w stronę beczek a tu proszę. Stoi przede mną strasznie przejęty koń, prychajac, żując i chyba nie bardzo wierząc, że żyje. Czym prędzej zostawiłam beczki, poszłyśmy sobie porobić jakieś rzeczy proste i przyjemne. Wracałyśmy do skakania jeszcze kilka razy - z różnymi efektami. Czasami więcej, czasami mniej oporów. Znowu dużo przerw w międzyczasie, dużo czasu do namysłu. Chyba jeszcze ze dwa skoki były właśnie takie bez ostrzeżenia - ruda zamierała w pewnej odległości od beczek i nic nie wskazywało na to, że akurat tym razem zamierza się ruszyć. Kiedy osiągnęłyśmy moim zdaniem zadowalający efekt, porzuciłyśmy skoki do dnia następnego.
Kiedy sobie przemyślałam te nasze sobotnie skakanie doszłam do wniosku, że ani razu nie skoczyłyśmy w prawo - jakoś mi to umknęło w okołobeczkowym zamęcie. Na niedzielę miałam więc stanowczy plan tego nadrobienia. W lewo poszło już łatwiej niż w sobotę, ale w prawo... Co to się ruda nabiegała, nawspinała, naciągała mnie na sznurku. I znowu - gdy w planach miałam już tylko osiągnięcie spokojnego podejścia do beczek w prawą stronę, nagle hyc i lądujemy po prawej. Znowu odejście, przerwa, długa chwila na zebranie myśli. Powrót do beczek - najpierw w lewo, potem w prawo - znowu sporo buntów. Za to o ile łatwiejsze stały się skoki w lewo - już wystarczyło od jednego do trzech odesłań. W pewnym momencie przy odsyłaniu w prawo ruda po raz kolejny przeleciała mi za plecami, ale tym razem zakończył to pięknym skokiem w lewo. "I co ty na to?" No co ja na to mogłam? - tylko podziękować. I odesłać konia w prawo - ładny skok.
Po południu dostałam już raczej spokojne skoki - po dwa w każdą stronę. Baaardzo miło :)
Czasami przerażenie mnie ogarnia, kiedy sobie uzmysłowię, ile nas jeszcze czeka pracy. Błędów widzę u siebie miliony, a wcale nie tak łatwo będzie mi je zlikwidować. Aż się boję myśleć, ilu błędów nie widzę. Bo nie na samych beczkach weekend minął. Jak zwykle było dużo momentów gdy stwierdzałam, że ze mnie przypadek niereformowlny, że lepiej porozglądać się za klaserami na znaczki. Ale jednocześnie to, co jeszcze niedawno spędzało sen z powiek (np. gryzienie), nagle znikneło "samo". Czyli stare problemy wymieniamy ciągle na nowe - hmm... czyżby to właśnie były postępy?
W każdym razie kolejny wspólny z rudą weekend zakończony bardzo sympatycznym beczkowym akcentem :)
8 mar 2007
Back to basics działa!
Nowe miejsce zbliża!
7 mar 2007
Back to basics
6 mar 2007
Ambicjoza
Mam jakieś ambicje wielkościowe. Wiecie, Dot The Magnificent Rider and Her Magic Horse :) (to jest taki uśmiech ze zgrzytnięciem zębami). Takie wizje przed zaśnięciem, jak galopuję na Czarnym w czarnej pelerynie przez pola i biorę skokiem ogrodzenia 1,50 m, poczta węgierska na Emanie i Emiterze, Moc pod Kontrolą. Kobiety (mężczyźni chyba?) mdleją, a ja odjeżdzam w stronę zachodzącego słońca lekkim, niespiesznym galopem, w który mój koń przeszedł w chwili, gdy o tym pomyślałam. To, co mam w tej chwili, ten bałagan w mojej głowie, to niezrozumienie między mną i Emiterem, odległość, jaka dzieli mnie od tych wizji przed zaśnięciem, mnóstwo prozaicznych problemów, towarzysząca temu obecność Ola, który nie robiąc w zasadzie ostatnio nic z Emanem jest w stanie po pięciu minutach zdecydowanych działań uzyskać od niego znacznie więcej niż ja od Emitera i patrzy na mnie z pobłażliwym uśmiechem, to wszystko wpędza mnie w straszliwego, agresywno-depresyjnego doła.
Ładuję się raz za razem w sytuacje na granicy bezpieczeństwa i przekraczające tę granicę. Idę po bandzie, nie przewiduję, co zdarzy się za chwilę, nie planuję, co zrobię, jak to się zdarzy, bo tak strasznie wkurza mnie to, że po raz kolejny walczę wiosną z tymi samymi kwestiami jak co roku. Strachy w terenie, nie odchodzę od stada, nie pójdę pierwszy. A właśnie, że pójdziesz! I pamiętacie ten rysunek z L2? C'mon, it's just a leaf! C'mon, it's just a gallop! (daj spokój, to tylko liść! daj spokój, to tylko cwał!) To właśnie my. Dzisiejsze poniesienie w terenie zakończyło dobrze tylko dlatego, że Olo lecący za mną bez kontroli na Emanie krzyknął w końcu: "Zegnij go tak, jakby szło o Twoje życie!". I zmobilizowałam się, wykrzesałam z siebie tą siłę, znalazłam lukę w drzewach, ale na miłość boską, co ja robię? To się zdarza kolejny raz. Idę dalej, choć mam nieuporządkowane sprawy wcześniej. Idę dalej, bo tak strasznie mnie wkurza, że jeszcze mnie tam nie ma, że przecież tam byłam, ale teraz jest kolejna wiosna i znów trzeba przejść ten etap. Marny ze mnie jeszcze horseman, nie wiem, kiedy to liść, a kiedy ogrywanie mnie, więc wkurzam się tym bardziej, a potem jest tak, jak na początku tego postu.
Boże, potrzebuję tego kursu w kwietniu. Potrzebuję tego, by ktoś na mnie spojrzał, spojrzał na Emitera i powiedział mi, co mam z tym wszystkim zrobić. Potrzebuję jakiś kropel uspokajających na wybujałe ambicje. Bo jak tak dalej pójdzie, to kolejne poniesienie, kolejny upadek, kolejny skok między drzewa może okazać się ostatni. Co mówi Linda? Najgorsze, co może się nam przydarzyć, to utrata pewności siebie, prowadząca do tego, że kończy się przygodę z końmi. O, nie.
Wiosenne refleksje
Czy konie są meteoropatami? Wyszło dziś słońce, zaśpiewały ptaki, słupek rtęci powędrował w górę i Czarny zaprezentował zupełnie zapomnianą już przeze mnie stronę osobowości. Mizia-mizia, wylegiwanie się na piasku na słoneczku, uszka i oczki super rozespane, zgodność, pogodność, życzliwość dla świata.
***
W małych dzieciach i koniach niesamowite jest to, że każdego dnia masz nową szansę. To nie szkodzi, że wczoraj krzyczałam, nie szkodzi, że droga do łóżeczka została obficie skropiona łzami, nie szkodzi, że nie mogliśmy dogadać się w temacie strasznych snów. Nie szkodzi, że wczoraj naciągnęłam granice, nie zauważyłam treshholdów, nie słuchałam. Dziś jest nowy dzień, mam nowy kredyt zaufania i dziś wszystko może się zdarzyć. Wczoraj małe nóżki i duże kopyta kopały w moją stronę, ale dziś przytula się do mnie i złota główka, i czarne chrapy. Jeszcze wszystko cały czas mogę naprawić. I tak każdego dnia.
***
Może konie mają narowy, ale ludzie też. Mają. Pewne. Ludzie mają ambicje. Ja mam ambicje. Dlatego tak strasznie trudno jest mi wytrzymać sytuację, w której nic się nie dzieje i jest tak dobrze i nie należy już nic do tego dodawać. Siedzieliśmy dziś na padoku może godzinę: ja, Jaś, Eman i Emiter. Właściwie chciałam coś zrobić, coś konkretnego, jakieś zadanie, jakiś progres. Ale Eman położył się na boku i drzemał, Jaś podszedł do niego i zaczął się przytulać do końskiego boku, ja siedziałam obok, na wypadek, gdyby Eman jednak postanowił wstać, a Emiter wisiał głową nad nami. Jaś się śmiał, wdrapywał nieporadnie na koński bok, przechadzał tu i tam na zmianę uderzając w ziemię batem i głaszcząc konie po nogach i brzuchach, a konie sobie stały i leżały wygrzewając się na słońcu. Emiter z niepojętym spokojem dawał się głaskać po wargach, nosie i dziąsłach i miałam tak ogromną ochotę wykorzystać to myśląc sobie: "Ha, jest w takim świetnym nastroju, to weźmy bareback pad i chodźmy coś zrobić, albo może długa lina tym razem", a jednocześnie wiedziałam, że to bez sensu, że zmarnuję coś bardzo miłego i dobrego. Siedziałam tam i uśmiechałam się sama do siebie na myśl o tym pędzie do realizacji zadania, dokonania postępów. Z dziećmi, z końmi, z nauką bardzo często mniej znaczy więcej. Bardzo trudno mi się z tym pogodzić. Moja natura prymusa ciężko to znosi. Choć i tak jest o niebo lepiej niż kilka lat temu. W końcu jednak zwyciężyłam :) Zaspokoiłam moje demony kilkoma kroczkami cofania i przesiadaniem się to tu, to tam po padoku. A Emiter przesiadał się za mną :)
***
Potęga Parellich polega na tym, że potrafią dać mi do ręki narzędzia samooceny i samokontroli. Przyczepiłam dziś do cs dzwoneczek. Niesamowita informacja zwrotna. Kolejny krok na drodze do delikatności.
***
Miałam dziś wrażenie spotkań trzeciego stopnia. Stałam przed Czarnym i prosiłam o kilka kroczków w tył za pomocą "laski ślepca". Stoję luźno - uszy na mnie. Pochylam się w przód z napięciem (jeszcze nie stukam, jeszcze Czarny nie idzie) - uszy w tył. Odchylam się w tył - uszy w przód. Pochylam w przód - uszy w tył. To działało jak na pilota!
Jesteśmy już w nowej stajni !! :)))
W nowej stajni Promyk ma wielkie oczy jak spodki!
Wczoraj bylismy na krótkim spacerze na padok. Po drodze mój koń musiał wszystko powąchać! Płot sąsiadów, dwa szczekająca jamniki, kamienie, samochód, kota w krzakach wszystko co było w zasięgu nosa. Szłam obok niego w 3 strefie i wszystkie te rzeczy konik oglądał sam.
Na padoku musiał się wybiegać, wyskakać, wyszaleć i oczywiscie wytarzać ! Był tak przejęty nowosciami ,że nie wiedział w którą stronę patrzeć, a we wszystkie jednoczesnie się nie da :)))
Usłyszał nadjeżdżający samochód szutrową drogą, muslałam, że raczej tylko odwróci się, żeby zobaczyć co to. A on galopem popędził zobaczyć co tak szelesci.
Smiesznie było, gdy stałam na padoku i wołałam go do siebie, to leciał galopem z miną " wołałas to jestem" ale przestępował z nogi na nogę z pytaniem na pysku " ale czy mogę już isc zobaczyc co jest w innym miejscu?" Gdy go odsyłałam to biegł w inne miejsce i patrzył co tam jest. I taką mielismy zabawę ;)))
Bardzo jestem ciekawa ja poszło dzisiejsze wyjscie na podok z dwoma konikami . I czy dał sie spokojnie zaprowadzic stajennemu bez uszczerbku dla zdrowia, stajennego oczywiscie :)))
4 mar 2007
Z Dzikiem Bliskie Spotkanie i co z niego wynikło
Po drugie, wypada się przedstawić. W końcu nie wszyscy muszą nas znać. My, to Kasia, znana w niektórych kręgach jako dea, oraz kasztanowata klaczka Campina. Campi wielkoformatowym koniem nie jest, w kłębie jakieś 135cm. Młodziak (w maju skończy 4 latka). Z charakteru... zrównoważona, to chyba dobre słowo. Ani z niej specjalny wypłoch, ani leniwiec. Ciekawska, czasem się czegoś wystraszy, ale raczej odważna. Do tego skłonności czołgowo-dominacyjne, nie jest to skrajność, ale są wyraźne. Typ nie-karm-mnie-z-ręki. Ja jestem raczej marchewkowa niż bacikowa. Co jakiś czas ruda przypomina mi, że na szacunek trzeba sobie zasłużyć...
A po trzecie... podzielę się sobotnim OBOPem :)
Wybrałyśmy się na spacer do lasu. Trzech ludzi naziemnych, trzy konie sznurkowe. Pogoda sympatycznie mglista. W pewnym momencie z mgły na leśnej ścieżce wyłonił się Dzik. Campina zrobiła Bardzo Okrągłe Oczy i, co prawda, nie stratowała mnie (co jej się chwali), ale wyraźnie dała do zrozumienia, że NieJestPewnaCzyToJejNieZje. Tym bardziej, że To dostojnym krokiem odtuptało w krzaki na poboczu i przestało być widoczne. Po krótkiej naradzie, zarządziłyśmy grupowo spokojny odwrót na upatrzone pozycje, co by się dzikiej świni nie narażać. Tak się złożyło, że z Campiną szłyśmy pierwsze, więc po odwrocie wylądowałyśmy naturalnie na ostatniej pozycji... na co Campina powiedziała:
-!NIE!-.
Ona jest Dzielna, bardzo nad sobą Panuje, ale ja mam coś wykombinować, bo nie ma mowy, żeby ona szła Ostatnia, bo przecież ToCoś zaraz może wrócić, i wtedy na pewno ją zje i będzie wtedy zjedzona i -!NIE!-, ona Nie pójdzie Ostatnia.
Hmmm... no dobrze... co możemy zrobić? Żadnego z pozostałych koni pchać za nas nie będę, po co mają się stresować, skoro potwora nie widziały i na razie mamy względny spokój, plus jednego lekko sztywnego konia. Trzy lekko sztywne konie, co jakiś czas wybuchające i pobudzające do wybuchu pozostałą dwójkę, to już jest naprawdę ciekawy zestaw... W połączeniu z naszą najmłodszą, początkującą parellityczką, aż nadto ciekawy. No dobrze... czyli wyjście jest jedno: pani musi robić za latarnię, a konia puścić przodem. Prowadzenia z 5 strefy nie ćwiczyłyśmy, więc została jedna możliwość: ustawiam konia tyłem do dwóch pozostałych i cofamy za nimi.
I tutaj wrażenie pierwsze: to, co zobaczyłam w oczach Campiny w odpowiedzi na odwrócenie tyłem do koni i przodem do stracha, mogę określić tylko jako "dziękiii....". Opuściła głowę, zniknął wytrzeszcz oczu, przeżuła. Chwilkę postałyśmy -- inny koń. Próbowałam jeszcze raz ustawić ją za sobą, ale -!NIE!- połączone z ogromniejącymi oczyma i Dzikim wyskokiem do przodu było nadal w mocy.
A drugie wrażenie, jeszcze bardziej piorunujące, to jej odpowiedź na prośbę o ruszenie do tyłu... piękne, obszerne, okrągłe kroki do tyłu, skupienie na paszczy, głowa nisko...
Hejże, moja piękna, to Ty tak potrafisz?... :D
Wniosek... od czasu, kiedy ustaliłyśmy sygnał do cofania, minął już ponad rok. A ja wciąż akceptowałam maleńkie, powłóczące kroczki... wypracowałyśmy odległość (dużo kroczków), wypracowałyśmy w miarę prostość (proste kroczki), ale kroczki zawsze były takie mikre, aby-aby... koniec wakacji, teraz skupimy się nad tym, żeby "Dzikie Kroki" utrwalić. Spodobały mi się straszliwie. :)
Taka refleksja: czasami musi zdarzyć się coś, co uświadomi nam, ile koń tak naprawdę potrafi, do czego już jest gotowy. W którą stronę rozciągać wymagania... Pozytywne, zdecydowanie :]
Koniec i początek
Po dzisiejszej jeździe mam wciąż taki widok przed oczami: na pastwisku stado koni trzyma się razem, a jeden samotny koń stoi wciśnięty w najbardziej odległy róg tego pastwiska. Stał tam jak wyjeżdżaliśmy, stał dokładnie w tym samym miejscu jak wróciliśmy. NOWY KOŃ w stadzie. Przyjechał wczoraj i stado go odgoniło. Serce mi się kraja na myśl, że to samo czeka Duszka.
No i akcent pozytywny: Basia donosi, że zarówno kłus, jak i galop Duszek ma miękki i przyjemny. Mądrośc ludowa: jak się kupuje konia niezajeżdżonego, to nigdy nie wiadomo, jak się na nim siedzi.
Czarny daje pierwszą żółtą kartkę
Dziś założyłam na Czarnego pad, wdrapałam sie na oklep i postanowiłam nieco popasażerować w kłusie i nieco popracować nad precyzyjnymi manewrami typu przestawanie zadu z góry, przestawianie przodu z góry, chody boczne z góry, które do tej pory zupełnie pomijaliśmy. No więc chody boczne zaskakująco dobrze, z pomocą carrota, ale nie bardzo dużą. Zwroty na zadzie rownież dobrze i również carrot oddał nieocenione usługi, choć nie musiałam Czarnego nim dotykać, wystarczył jako "wskazówka", o co chodzi w tym ćwiczeniu, płynął do nosa Czarnego, a Czarny ładnie przestawiał nóżki, kiedy carrot był jeszcze jakieś 50 cm od jego nosa. Zwroty na przodzie gorzej, choć było kilka dobrych kroków, może nie ma się co spieszyć, tylko trzeba nagradzać te powolne, dobre ruchy. Trudne to, trudno kontrolować energię własnego ciała - stój, nie naprzód, ale jednocześnie "coś", jest jakiś ruch. Na oklep zdecydowanie łatwiej, więcej się czuje - i siebie, i konia. Ewidentnie na przykład Czarny reagował na pchający pośladek w chodach bocznych, bardzo ładnie reagował.
Potem był jeszcze pasażer w kłusie na round-penie, na ktorym zostaliśmy uwięzieni, bo wszędzie indziej mokro potwornie i mamy zakaz rozwalania rozmokłych pastwisk kopytami :) Trochę niespodziewanych zwrotów, ale czuję się coraz lepiej w nich, jeśli jestem wyprostowana, to nogi, uda, pośladki układają się właściwie i dobrze się zabieram. Dziś zebrałam kolejny fragment układanki pt: "O co chodzi z nogą pchającą od zewnątrz do zwrotu". Pasażer to jednak potęga.
Tytułową żółtą kartkę dostałam na samym końcu. Olo biegał sobie na Emanie po okolicach i przyniosł wieść, że niedaleko nas jest wyższy fragment terenu, mniej mokry, dobry do ćwiczeń. Podreptałam więc za nim na oklep na Czarny, czując się mniej pewnie niż tuż koło naszego padoku, ale sądząc, że w towarzystwie Emana Czarny będzie spokojny i bez niespodzianek. Caarny zaczął podnosić głowę i pokazywać, że nie jest spokojny. Olo wymyślił, że będzie kłusował a ja za nim i dla Czarnego to będzie takie ćwiczenie" "kłusujemy sobie kółeczka wokół choinek za Emanem, twoje zadanie to nie wyprzedzać i trzymać sie ogona". Nie wiem dlaczego, ale spięta czułam się okropnie i do tego pomyślałam, ze to głupie ćwiczenie, bo uczy tylko Czarnego, że chodzi za swoim przywódcą, a nie za moimi wskazówkami. Więc poprosiłam, by Eman stanął, a ja kłusowałam sobie kręcąc wokół nich rożne kółeczka. O, o wiele lepiej, Czarny sie zrelaksował, znów byłam u steru, ale generalnie czułam, że jestem już zmęczona, ze ten pad się przesuwa, że jednak te uszy za często są postawione, że coś w Czarnym buzuje i generalnie nie ma co ryzykować, że coraz częściej tracę dobrą pozycję, zsuwam się. Eman przeszedł do stępa - Emiter jeszcze cały czas ze mną. Eman przeszedł do kłusa - najwyraźniej Olo uznał, że wszystko jest już ze mną i Czarnym OK - na co Czarny zerwał się jak ukłuty ostrogą do cwału, a ja z pozycji zrelaksowanie-wyprostowanej runęłam w tył i na bok. Miałam kask na szczęście, ale było to nieprzyjemne i miałam przede wszystkim obrzydliwe uczucie, że sama sobie zafundowałam tą atrakcję. On ostrzegał, zrywał się wcześniej, tylko mniej dynamicznie, usztywniał się, stawiał uszy i szyję. Myśl o zejściu przeszła mi przez głowę parę razy - powinnam zejść za pierwszym. A tak, to tylko głowa mnie boli ku przestrodze...