Wczoraj pierwszy raz od trzech miesięcy wsiadłam na Czarnego. Nie chciało mi się go kompleksowo doczyszczać, nosić siodła na padok, a zresztą i tak przewidywałam króciutką jazdę rozruchową, więc wybrałam bareback pad, który został kupiony tuż przed tym, jak Czarny okulał, więc nie mieli jeszcze okazji zapoznać się ze sobą. BBP został czujnie obwąchany w czasie czyszczenia i nie budził zasadniczych obiekcji Czarnego. Kiedy wskoczyłam ze stopnia, Czarny zrobił kilka kroków w przód i wymaszerował z koralu na obszerne pastwisko, więc przewidywałam już jakiś niekontrolowany galop - czułam to zbieranie się w sobie (a ja dopiero się gramoliłam do właściwej pozycji) - ale jakoś skończyło się na zbieraniu. Głównie sobie pokłusowaliśmy - takim uroczym, Czarnuchowym, płaskim, miękkim, łagodnym, powolnym, niskim kłusem, który doskonale się wysiaduje. Głównie różne obszerne ósemki na ciężar ciała, łydkę i delikatne dopełnienie wodzą.
Na koniec poprosiłam jeszcze o kilka fuli galopu (galopuje sam, może i ze mną, nie jestem taka znowu ciężka) i to było bardzo frapujące doświadczenie. Nigdy nie galopowałam jeszcze na niczym na BBP, to był mój pierwszy raz. Pamiętacie takie opowieści z książki Sally Swift o tym, że galop jest trochę podobny do bujania się na takiej huśtawce-desce, podpartej na środku, na której siada dwoje dzieci po dwóch przeciwnych stronach? Koń podnosi przód, a my stykamy się z nim przednią częścią miednicy, jak wówczas, gdy jesteśmy na dole; a potem przód opada i stykamy się koniem naszym ogonem, jak wtedy, gdy jesteśmy na górze, i tak się bujamy przód miednicy-ogon-przód-ogon. No więc wczoraj poczułam to po raz pierwszy. Ja wiem, że to żadne wielkie odkrycie, niemniej dla mnie było to odczucie dość przełomowe, zupełnie nowe doświadczenie mojego ciała. Mam nadzieję, że kilka powtórek i przeplatanie BBP siodłem pozwoli mi złapać ten ruch również w siodle i przestać odwoływać się do półsiadu w normalnym galopie, do czego mam tendencję. W każdym razie trzeba przyznać, że ruch ten nie ma nic wspólnego z żadnym wycieraniem siodła od tyłu do przodu i zgadza sie z tym, co mówiła Elaine: "Tułów jeźdźca nie porusza się w galopie od tyłu do pionu i z powrotem, ale raczej od pionu do przodu i z powrotem".
Poza tym Czarny wymizerowany, więc muszę dawkowac mu te wysiłki i jazdy na oklep, póki się nie podtuczy i nie odzyska choćby tej niewielkiej masy mięśniowej, którą zazwyczaj posiada. I chyba muszę podkładać mu coś jeszcze na grzbiet, bo kościsty ma jednak kręgosłup i wystający zabójczo. Ale bez siodła jeździ się fajnie, nie ma co.
Mieliśmy też zabawne zdarzenie. Stałam naprzeciwko niego i rozcierałam energicznie ręce. Czarny popatrzył w skupieniu i zaczął się krok po kroku cofać. To nie było "oj, ona robi coś strasznego", tylko raczej "hm, do czego to jest komenda? Czy chodzi o cofanie? tak, o to chodzi?".
Każdy z nas pracuje z końmi. Każdy z nas ma coś wspólnego z PNH - niektórzy idą ściśle z programem, inni łączą naturals z najlepszymi elementami szkoły tradycyjnej, niemniej wszyscy uznają, że Pat Parelli wymyślił coś niezwykłego, co otworzyło nam drogę do współpracy z koniem na zupełnie nowym poziomie. Jeśli pracujesz z koniem metodą Pata Parellego i chcesz zostać współtwórcą tego bloga, napisz krótki e-mail w tej sprawie na adres dorota.konowrocka@gazeta.pl
26 sty 2007
25 sty 2007
A to co?

To nie cukiereczki, ani nie ciasteczka, lecz butki dla Mentonia.

Jestesmy po wstepnym mierzeniu i na razie wyglada, ze jest dobrze - latwo wlozyc, latwo zdjac, trzyma sie na kopycie. Jedyne co to konio Mentonio jeszcze do nich nie jest przekonany. Mierzylismy pozno wieczorem razem z naszym wetem, na ciasnym korytarzu stajni. Menio najpierw zaprezentowal wysoka akcje "na bociana" a potem wlaczyl wsteczny i chcial dac dyla do boksu. Wiec poogladalismy sobie go jeszcze chwile w stoj i rozbucilismy chlopaka. Nastepne mierzenia zaplnowalismy za dnia, czyli pewnie w weekend.
Truskawka i Duszek
23 sty 2007
Chody boczne jeszcze raz
Ćwiczymy z ziemi, bo od czegoś trzeba zacząć to powtórne wprowadzanie do pracy. Mamy nowego kopa, bo jedziemy na L2 w kwietniu (mam ambitny plan, żeby zaliczyć L2 we wrześniu, no zobaczymy). Także wczoraj zabraliśmy się za odświeżanie wprowadzonych ostatnio elementów. Cofanie przez dwa drągi bardzo ładnie. Squezze przez przeszkodę w stępie bardzo ładnie. Squezze przez dwa drągi z rozpisaniem na kroki - jedna noga w przód, stój, następna noga przez drąg, stój, jedna noga w tył, stóóóóóóój, aż do odwołania, dobrze, teraz przejdź resztę i obróć się - bardzo dobrze. Bardzo fajne są takie precyzyjne zadania, takie ciche, bardzo ostrożnie trzeba dawkować energię, bardzo delikatnie wysyłać. Musiałam nad sobą popracować, bo wysyłałam go za bardzo zdecydowanie i potem musiałam hamować właściwie juz w chwili, kiedy robił krok do przodu, czyli strasznie mieszałam mu w głowie i musiałam sięgać po wyższe fazy. Ale po kilku minutach udało nam się dostroić i wszystko się bardzo wyciszyło i uprecyzyjniło. Bardzo przyjemne. Potem ustawiłam długą linię prostą z trzech drągów na ziemi, wprowadziłam nad nią Emitera i chciałam go wysłać bokiem ode mnie, wzdłuż drągów. No i chała. Objawiła się prawda o naszych chodach bocznych. Emiter robi pierwszy krok czy dwa w tył, żeby obrócić się nieco przodem w kierunku ruchu, i w ten sposób oczywiście schodzi z drągów. Kilka prób korekty i powróciłam do wersji z drągami przed jego przednimi kopytami. Lepiej, ale postawmy sprawę jasno - mamy te chody boczne po prostu niedopracowane. Bez ogrodzenie zupełnie idzie nam stosunkowo dobrze, przestawia nogi dość ładnie i rytmicznie, ale nie zawsze, nie w każdą stronę, generalnie - mamy dziury i nie ma się co oszukiwać, także wracamy do chodów bocznych pod ogrodzeniem sąsiada i dążymy do spokojnego, rytmicznego przestawiania obu par nóg, bez uciekania przodem, bez nadmiernego ciągnięcia zadu, na luźnej linie, z możliwością zatrzymania w każdej chwili w pozycji "bokiem", bez odwracania się nosem do mnie. Myślę, że jednak pójdzie nam szybko, bo generalnie idea jest i nawet nie najgorsza, teraz chodzi o jakość.
19 sty 2007
Pełna wolność! Jesteśmy znowu w grze.


Emiter dawał sobie podciągnąć kontuzjowaną nogę bardzo wysoko do piersi bez żadnych oznak bólu czy niewygody, nie znaczył w kłusie w ręku, zdecydowałam się więc na ostateczną likwidację jego więzienia. Bardzo to było zabawne, bo kiedy zwijałam taśmy otaczające mikrowybieg stał bez ruchu w drzwiach boksu i fukał nieufnie przez dobre 30 sekund, po czym zdecydował się wyjść na padok statecznym, spokojnym krokiem i zaparkował przy żłobie z sianem :) Następnie obszedł padok w ramach rekonesansu, zakłusował na trzy kroczki i ponownie zaparkował. Ochota do brykania i zabaw z Emanem przyszła dopiero po dobrej godzinie, podobnie jak dłuuuuga sesja wielokrotnego, powtarzanego tarzania się. Moje konie, choc nieczyszczone, są zawsze bardzo czyste - o ile tylko mają gdzie się wytarzać i mogą swobodnie wychodzić na deszcz, czyli zawsze, z wyjątkiem przymusowych postojów. Podczas przymusowego pobytu w boksie Emiter był zazwyczaj okropnie brudny - po godzinnym pobycie na padoku zaczął wracać do swej czarnej, puszystej krecistości (czego na zdjęciach jeszcze nie widać). Bardzo się cieszę. Nie byłam w stanie wymagać od niego czegokolwiek z wyjątkiem podstaw dobrych manier w chwili, gdy był zamknięty. Nie miałam serca. Miałam wrażenie, że oczekuję od niego nic mu nie dając. Czekałam na koniec tego uwięzienia chyba tak samo mocno jak on. Teraz mam poczucie, że znów mogę wymyślać dla nas wspólne zajęcia - oddałam mu wolność. Mam też nadzieję, że znów będę pisać częściej na blogu o moich odkryciach, przeżyciach, wyzwaniach i błędach. Będzie znów o czym.
17 sty 2007
Protecting our herd w moim wykonaniu
Na dworze wichura łamie gałęzie, wygina drzewa, wydmuchuje liście, piach i patyki. W rezultacie konie w stajni, więc postanowiłam urozmaicić Truskawce tę przymusową niewolę. Usiadłam w jej boksie i miałyśmy undemanding time połączony z poskrobywaniem malutkiej carrotem w ulubionych punktach jej ślicznego ciałka pokrytego gęstym, czarnym zimowym futerkiem. Nagle kobyła w boksie obok zaczęla się szczerzyć na Truskawkę. Wtedy ja: mina teściowej w wydaniu teściowej mocno wrednej i celuję carrotem w jej stronę. Kobyła natychmiast zmienia front, uszki do przodu, minka niewinna, co złego to nie ja. Odwracam się do Truskawki i widzę, że ona patrzy na mnie jak nigdy dotąd, jakby mówiła „takiej cię jeszcze nie znałam”. Pogłaskałam ją, a ona położyła głowę na moim ramieniu i tak sobie stałyśmy. Myślałam, że się rozpłynę!!!
A gdy wiatr ucichł, konie wyszły na pastwisko i Truskawka pokazała, co to jest radość życia dwulatki: galopy, skoki, wierzgi ..... Potem weszła do gigantycznej kałuży i rozpoczęła prace poszukiwawcze – na zmianę raz jedną, raz drugą nogą rozgrzebywała ją i wkładała nos w wodę – wyglądała jak małe dziecko bawiące się błotkiem w kałuży. I tak jak dziecko wyszła z niej upaćkana, ale szczęśliwa. Patrzyłam na to i puchłam z dumy, że ona tak dzielna.
A gdy wiatr ucichł, konie wyszły na pastwisko i Truskawka pokazała, co to jest radość życia dwulatki: galopy, skoki, wierzgi ..... Potem weszła do gigantycznej kałuży i rozpoczęła prace poszukiwawcze – na zmianę raz jedną, raz drugą nogą rozgrzebywała ją i wkładała nos w wodę – wyglądała jak małe dziecko bawiące się błotkiem w kałuży. I tak jak dziecko wyszła z niej upaćkana, ale szczęśliwa. Patrzyłam na to i puchłam z dumy, że ona tak dzielna.
8 sty 2007
Potęga komendy "odstaw zad"
Wczoraj zabrałam Czarnego na pierwszy od miesiąca krótki spacer w ręku. Wet uprzedzał "Pani co prawda jeździ na tych wynalazkach, ale wystanego konia nie da się na tym utrzymać, potrzebne jest wędzidło, a w ogóle pierwsze spacery pod siodłem, a nie z ręki, bo z ręki nie da się utrzymać" i dalej w ten deseń. Och, no rzeczywiście, czyżby? Czarny owszem, fukał i prychał, i warkotał nosem, czego generalnie prawie nigdy nie robi, i widać było, że energia go roznosi, bo pierwsze kontrolne pod kątem kulawizny zakłusowania mieliśmy dość gwałtowne, bo było i wspinanie się, i wykopy w moim kierunku z zadu (tylko straszenie), ale wystarczyło pochylenie w bok na "zabieraj ten tyłek", po czym wcale nie bardzo mocne "do tyłu", żeby Czarny stawał spokojnie, uważnie mi się przyglądając. Czarny do góry na tylnych nogach, ja "zabieraj tyłek" i Czarny łagodnie opadał i pytał "no i co mam zrobić?". Kolejne zakłusowania też bardzo ładne, bez żadnego przyspieszania, ponoszenia, galopów, musiałam się tylko pilnować, by prośba o kłus była naprawdę baaaaardzo delikatna i cicha, bo Czarny był jak beczka prochu. Ale naprawdę zdyscyplinowana beczka prochu, bez inklinacji do powleczenia mnie za sobą. Nie. Trawa, stęp, kłus, trawa, obrót, cofanie. Bardzo przyjemnie jest mieć konia dobrze przygotowanego z ziemi, który ma tak zakodowane podstawowe komendy, że działa w zasadzie automatycznie, natychmiast powracając do równowagi. Nie da się, no rzeczywiście, phi.
:)
:)
6 sty 2007
Kliku-miku
Zaklikałam dzisiaj Mentonia. Plan był trochę inny – ale po pierwsze deszcz, po drugie piękna błotna i jeszcze mokra panierka na całym koniu od uszu po ogon, a po trzecie mój leń, planowany teren zamieniły w sesję klikającą.
Na początek sprawdziliśmy czy uruchomienie klikera z pierwszej sesji, którą mieliśmy jakiś czas temu działała. Działało, wiec zajęliśmy się targetowaniem – a że targetowanie moich placów poszło błyskawicznie zajęliśmy się podstawową umiejętnością każdego konia;) – czyli dawanie człowiekowi buzi. W pięć minut mój niedotykalski stał się całuśnym chłopakiem. Miodzio. Zupełnie nieprzydatne, ale jakie słodkie…
Rita dziś pod siodłem pasażerowała w stępie i kłusie. Generalnie milo i ładnie, coraz częściej zaczyna szukać odpowiedzi na moje pytania, coraz częściej głowa w dół i rozluźnienie. Co interesujące, przy zakłusowaniu na małym ropundpenie pokazuje opór (mamy machanie głową, kręcenie ogonem). A na dużym placu takie zachowania występują znacznie rzadziej. Ciekawe. Będziemy dalej obserwować.
Szeroki łęk barefoota pasuje na dziewczynę – musze tylko nabrać wprawy w wymienianiu tych łęków – bo M jeździ na razie na normalnym. Albo kupić drugie siodło - barefoota ujeżdżeniowego:)
Na początek sprawdziliśmy czy uruchomienie klikera z pierwszej sesji, którą mieliśmy jakiś czas temu działała. Działało, wiec zajęliśmy się targetowaniem – a że targetowanie moich placów poszło błyskawicznie zajęliśmy się podstawową umiejętnością każdego konia;) – czyli dawanie człowiekowi buzi. W pięć minut mój niedotykalski stał się całuśnym chłopakiem. Miodzio. Zupełnie nieprzydatne, ale jakie słodkie…
Rita dziś pod siodłem pasażerowała w stępie i kłusie. Generalnie milo i ładnie, coraz częściej zaczyna szukać odpowiedzi na moje pytania, coraz częściej głowa w dół i rozluźnienie. Co interesujące, przy zakłusowaniu na małym ropundpenie pokazuje opór (mamy machanie głową, kręcenie ogonem). A na dużym placu takie zachowania występują znacznie rzadziej. Ciekawe. Będziemy dalej obserwować.
Szeroki łęk barefoota pasuje na dziewczynę – musze tylko nabrać wprawy w wymienianiu tych łęków – bo M jeździ na razie na normalnym. Albo kupić drugie siodło - barefoota ujeżdżeniowego:)
2 sty 2007
Counting down
Do uwolnienia Czarnego pozostało pięć dni. W ramach wydurniania się z nudów robimy ostatnio friendly z paszczą. Paszcza Czarnego jest dość newralgicznym obszarem. Czarny nie lubi dotykania go po nosie, wargach czy nozdrzach. Uszy, czoło, ganasze, szyja, potylica - voila! Nos i poniżej - niechętnie. Do tej pory nie poruszałam tej kwestii w naszych kontaktach, gdyż de facto nie powoduje ona żadnych problemów, nie przeradza się z żadne rzucanie głową przy nakładaniu kantara czy niechęć do oddawania głowy w zgięciu. Nawet jeż na nosie w tył przyjmowany jest bez oporów. Zasadniczo nacisk liny przyjmowany jest przez Czarnego o wiele lepiej niż dotyk ludzkiej ręki. Masowanie liną nozdrzy - nie ma problemu. To samo dłońmi - uciekanie głową. Stoi, nie przesuwa się ani o centymetr, ale ucieka głową na wszelkie możliwe sposoby: góra, doł, schowanie gdzieś za łopatką, nurek w dół, wystrzał w górę, nurek w dół.... Nie zależy mi bardzo, więc bawię się. Ręce delikatne, bez rękawiczek, szyja, ganasz, nozdrza, ganasz, szyja, nos, wargi, ganasz, szyja, szyja, ganasz, wargi. Czarny skonsternowany. Dziś zaczął myśleć. Zastygał na chwilę pozwalając mi dotykać jego warg, wtedy natychmiast odpuszczałam, dooooooooobry koń. Chwila przerwy i od początku: szyja, ganasz, szyja, ganasz, wargi etc. doooobry koń! Biedaczek zaczął kombinować, o co może chodzić, a efekty? Beczka śmiechu :) Wywijanie warg, kłapanie wargami, jakieś dziwne grymasy, wyginanie szyi... Czarny nie jest typem mamlającym, więc jego wydurniające się oblicze było dla mnie sporym zaskoczeniem. Uważam jednak, że to bardzo pozytywne zachowania. Coś w rodzaju "acting out", poszukiwanie metod zrelaksowania się i poradzenia sobie z niekomfortową sytuacją wraz z odreagowywaniem nacisku. Wolę takie odreagowywanie niż wspinanie się czy przechodzenie po mnie :) Myślę, że kiedy przejdziemy tą barierę, nasze relacje mogą się bardzo poprawić i może będzie to miało pozytywny wpływ na jakość przejść albo cofania? Nie mówiąc oczywiście o poprawie komfortu odrobaczania...
Subskrybuj:
Posty (Atom)







