7 maj 2007

Bezterlicówka w teren

A raczej: Jak to nie pojechałam w teren, tylko poszłam na piechotę :) Jazda w moim nowym siodle po pastwisku, gdy nic wokół nie bryka i nie straszy - to jedna rzecz. A wyjazd w teren z Emanem i Olem to zupełnie inna sprawa. Postawmy sprawę jasno: mam cykora. Kieffer Norbert Koof AT trzymał mnie na amen. Potężne klocki z przodu i za łydką, do tego paseczek, którego łapałam się w chwilach naprawdę krytycznych. Naprawdę Czarny musiałby bardzo się napracować, żeby mnie zrzucić, w siodle zleciałam tylko raz, dwa lata temu. A tu byle odskok, byle zmiana tempa - łydka w tył, ja lecę w przód, rozpaczliwie szukając jakiegoś oparcia. Wyjechaliśmy może 200 metrów i poddałam się. Czarny szedł energicznie stępem, poddenerwowany, a ja miałam poczucie, że kilka nieoczekiwanych skoków i będę leżała. Olo wrócił do domu, a ja poszłam godnie na spacer w moim koniem w ręku, który to koń zresztą, jak to on, witał las po kilku tygodniach przerwy z takim samym niepokojem i zdumieniem jak zawsze. Zniosłam to z godnością.

Swoją drogą, po L2 z Bernim na nowo odkrywam znaczenie pierwszego obowiązku człowieka: "zachowuj się jak partner", i cieszę się na przykład z tego, że kiedy podczas ćwiczeń na wolności Czarny podniósł nagle głowę i obejrzał się z niepokojem, to nie zareagowałam jak zwykle: "gdzie się gapisz, na mnie się skup!", tylko odwróciłam się w tą samą stronę i poszłam tam z nim - prosto na spotkanie mojego synka z czerwoną taczką, który był właśnie źródłem niepokoju mojego konia. Czarny obwąchał taczkę uważnie, postał chwilę, po czym poszedł za mną. Brzmi idiotycznie, ale miałam wrażenie, że potraktowałam mojego konia partnersko i z szacunkiem, a nie jak maszynę. Tak samo było w terenie, kiedy za nami pojawili się rowerzyści - Czarny nagle zrobił kilka szybkich kroków, jednoczesnie się odwracając. Nie zaczęłam go szarpać czy ściągać, tylko przyspieszyłam i odwróciłam sie razem z nim, pogapiłam się chwilę, po czym odprowadziłam go na bok, żeby rowerzyści mogli przejechać. Uczę się odnosić z szacunkiem do informacji przekazywanych mi przez mojego konia.

I wcale nie jest mi łatwo!!! Wszystkie stwory wokół mnie potrzebują tego, by odnosić się do nich z szacunkiem i delikatnością! Olo, synkowie, mój koń! A ja wcale nie mam tego w sobie! Muszę nad tym codziennie pracować, codziennie się przełamywać, kształtować dobre nawyki! We mnie jest "klasyka": klaps, bat, krzyknąć, huknąć i ma robić!

Potrzebuję czegoś, co pozwoli mi rozładować napięcia, wyżyć się... Może zapiszę się na strzelnicę... Albo postawię sobie tablicę do kosza na parkingu przed domem... Do piłki ani tablicy nie będę musiała odnosić się z delikatnością, będę mogła prać, ile wlezie!!!

Brak komentarzy: