Taki fajny chór na blogu w ten weekend :) to i ja swój głosik dołączę.
Plan był: idziemy na spacer. Marzę o tym, żeby regularnie chodzić z młodą na spacery. Kondycji by to przydało nam obu, przyjemne, okazja do podziwiania przyrody itp, itd. Marzę o tym, że młoda przestanie wracać zasapana z trzygodzinnego stępa OBOK mnie :>
Oczywiście nie wyszło ;) No cóż, plany są od tego, żeby je weryfikować...
..nie wyszło po pierwsze dlatego, że dzień wcześniej lało. Konie były na dworze, i super. W kopnym błocie nie chodzą już, ale kiedy pada hmmm... wszędzie robi się błoto, chociaż trochę, chociaż klasyczne kałuże. A deszczowy, mokry grzbiet drażni. Więc trzeba się podrapać, wytrzeć. Najlepiej o ziemię... Koń się wypanierował, wypanierował się tak, że szczotką ani gumowym zgrzebłem nie szło odrapać. Do tego grzywa w splątanych strąkach zaprawionych gliną, szary, pozlepiany ogon... no przecież jej tak ludziom nie pokażę, do ToZu mnie podadzą :P
Tak więc poszłyśmy się wykąpać. Nóg kąpanie, jak pisałam, znosi dobrze. Całej reszty namydlanie -- też pozytywnie, ale cały czas mam Problem z polewaniem wężem. Dryfuje, drepcze, odsuwa zad, tupta, unika. Nie są to RB reakcje, to raczej takie powolne "a ja sobie pójdę, bo mnie się to nie widzi..." No i co z tym zrobić? Jak ganiam za nią z wężem, to zawsze się zaplączemy, ja jestem cała mokra i brudna, ona jest cała mokra i brudna, plac jest cały mokry i brudny, i ogólnie lekkie zdenerwowanie przychodzi. Jak uczyliście Wasze paszczaki SPOKOJNEGO stania przy polewaniu? Naprawdę spokojnego, nie takiego "dalej niż na 10m nie odejdę, bo tu trawa rośnie, o tu..." -- jakieś pomysły? Pliiiz...
Może po prostu zbyt niecierpliwa jestem? Starałam się stosować zasady FG, nagradzać odpuszczeniem za spokojne stanie (momentami jej się zdarzało), ale ZERO żucia, ZERO poprawy w trakcie sesji. Wygląda to, kurczę, na zlewkę. I dość do niej podobna ta wersja ;)
Może, skoro to tak LB wygląda, właśnie ją pogonić? Skoro i tak wszystko jest doszczętnie zalane, rzucić wąż, intensywnie poprzestawiać, i znowu lać?...
A może zbyt wiele się spodziewałam? Może zbyt byłam ufiksowana na cel ("jeszcze zad masz brudny, no stóóój!")? Jakoś tak... z psikaczem nam łatwiej poszło ;) No i ten plączący się, zaginający wąż, po którym koń depcze... :/ mogliby opracować jakieś bezprzewodowe węże wreszcie :P
Kąpiel trwała długo. Totalną porażką nie była, ludzie się z nas nawet nie śmiali, podziwiali jak młoda grzecznie stoi, kiedy ją mydlę i byli na tyle mili, żeby milczeć, kiedy tuptała przy polewaniu. Skończyła się koniem w miarę czystym, na tyle wcześnie, że miałam jeszcze nadzieję na realizację planu spacerowego... :>
..i tu po drugie: nie wyszło, ponieważ mój koń zaczął sie Bać Strasznie wszystkiego, co za bramą. Kiedy teraz na to patrzę, widzę, że miała prawo. OK, chadzałyśmy same, ale to było w starej stajni. OK, byłyśmy tutaj w terenie na spokojnie, ale to było z Bilonem do towarzystwa. A teraz?.. 10m za wyjściem głowa w górze, przerażający krzak, odskok. Kawałek dalej, potworny rudożerca w postaci śmietnika. Mamoooo, ja chcę do domu!! Załamało mnie to... już myślałam, że nie wiem jak bardzo Campi mi ufa, a tu -- takie proste, wyjście z terenu stajni -- i totalna porażka :( No ale na walkę nie miałam ochoty. Poszłyśmy sobie na polną drogę tuż za płotem stajennym, popaść się. Tyle wyszło z planów marszu kondycyjnego ;) I tak było ciężko, bo owady nas zjadały żywcem i mocno młodą denerwowały :| Koniecznie się muszę zaopatrzyć w jakieś dobre paskudztwo psikające...
Teraz, patrząc z pespektywy, widzę, że nie miałam powodu się wkurzać. Dostałam od Campi bardzo dużo: zarżała na moje powitanie w stajni, wyprowadzona bez innych koni w_miarę_spokojnie dawała się kąpać, w międzyczasie konie przeparadowały obok niej, idąc na padok, włączając w to Bilona, który powitał ją radosnym rżeniem, a ona nie odfruwała, nie ślepiła za nimi, (prawie) stała z opuszczoną głową i (prawie) pozwalała się polewać.
A to wyjście? Coż, faktycznie nie robiłyśmy tego nigdy wcześniej. Muszę ją częściej samą zabierać, i tyle. Pewnie nie więcej niż 10 razy -- i przestanie odfruwać -- w końcu pójdziemy na ten spacer ;)
Tutaj chociaż wiem co robić... a kąpiele... ech... muszę jeszcze o tym pomyyyśleć...
3 komentarze:
W sprawie myjkowej. Ja widzę, jak wielką różnicą dla Teo jest to, czy polewam go zimną wodą z węża, czy letnią z wiaderka. Może Twoja kobyłka jest delikatną panienką ;-)
Czy robi się lepiej, kiedy Campina jest już całkiem mokra? Bo gdyby tak było, to by można w ramach kompromisu: namoczyć wodą letnią-wiaderkową (grzbiet, zad, te części, których polewanie gorzej znosi) a dopiero spłukiwanie robić zimnym wężem.
Ja kilka dni temu spróbowałam jeszcze drobnej zmiany - we własnym sposobie myślenia: polewanie wodą nie jako zadanie samo w sobie, ale jako kolejne rozproszenie do innych zadań. Akurat wcześniej klikerowaliśmy stanie w określonej pozycji. Przeniosłam więc dialogi na myjkę: Czy możesz przyjąć pozycję na myjce? Ok, C/T. Czy możesz przyjąć pozycję, kiedy wąż jest włączony? Ok, C/T. Czy możesz przyjąć pozycję, kiedy woda z węża leci na twoje nogi? Ok, C/T. I tak dalej. Okazało się to dużo skuteczniejsze, niż po prostu nagradzanie stania spokojnie. Być może dlatego, że koń się na czym innym skupił. Nie wiem, jak to przenieść na parellowanie, ale może jest jakieś zachowanie, które by wykluczało wiercenie się? Może opuszczanie głowy do ziemi? Czy mogę zjeżować ci głowę w dół, kiedy... (...). Itd. Ale to tylko improwizacja na temat ;-)
p.s. Teo podczas moczenia wiaderkowego - wąż wkroczył do akcji później (zjdęcie sprzed 3 lat... ale ten czas leci...)
Teo fajnie spokojny :) Pamiętam jeszcze jego zdjęcie z ręcznikiem na głowie ;) Chyba mniej więcej ten sam okres.
Skąd bierzesz letnią wodę? Zostawiasz aż się ogrzeje? Na jak długo?
W stajni nie mamy źródła ciepłej wody (pomijając kran o przepływności hmmm.. pół litra na minutę, na oko, na dodatek nie da się pod niego podetknąć wiadra).
Jeśli zostawię na dłużej wiadro z wodą, to prawdopodobnie ktoś wodę zużyje/wyleje zanim się ogrzeje, robiąc porządek albo po prostu chcąc go do czegoś użyć (to dyżurne wiadro okołomyciowe).
Po zmoczeniu jej zachowanie się nie zmienia (nadal "spływa"). Tak więc opcja z nagrzaniem wody w czajniczku i później spłukaniem na zimno odpada...
Myślisz, że nie powinnam wymagać od niej spokojnego stania pod zimną wodą (bo to zbyt dużo)? Słabo będzie z organizacją mycia na ciepło... nie wyobrażam sobie nagrzania takiej ilości wody, żeby ją dokładnie spłukać. Jedyne co mogę zrobić, to wybrać naprawdę ciepły dzień -- ale wtedy jest rozgrzana jeszcze bardziej i pewnie chluśnięcie zimną wodą jest jeszcze mniej fajne...
Nie wyobrażam sobie jeżowania w tej sytuacji :P
Hmmm... a tak sobie teraz myślę... może zacząć od wyczyszczenia jej szczotkami bez ruchu w tym miejscu? Tak żeby jej stworzyć skojarzenie, że tam się stoi. Bo, przyznaję bez bicia, rzadko kiedy wymagam od niej tak długiego stania bez kręcenia. Kiedy ją czyszczę, generalnie pozwalam jej skubać trawę i lekko dryfować (tylko odchodzić dalej nie może), proszę ją o przerwanie jedzenia tylko na czyszczenie głowy/szyi i drugi raz -- kopyt.
Ha! Znalazłam coś, co można zrobić wcześniej i nie zalać całej okolicy :D Ciekawa jestem strasznie, jak/czy to zmieni jej stosunek do wody... Bo tak generalnie to ona nadwrażliwą/histeryczną panienką nie jest raczej. Nie bardziej w każdym razie niż Bilon, a on stoi grzecznie przy myciu...
Hm... Jak po namoczeniu nie robi się lepiej, to chyba rzeczywiście nie ma co iść w tę stronę. I tak tyle wody ciepłej nie naprodukujesz, żeby w niej konia namoczyć, namydlić i spłukać. Ci z ciepłą wodą w myjce mają lepiej (i solarium, i basenem, i halą, i... ;-)).
Ja ciepłą wodę przynosiłam z "pomieszczeń socjalnych". Teraz mam mniej sprzyjające warunki. Więc jak konia myję (tylko jak jest naprawdę ciepło), to najpierw opryskuję stopniowo zimną wodą, a potem jakoś to idzie. Ale Teo jest z tych, co namoczenie pomaga.
Podoba mi się pomysł czyszczenia w myjce i powrotu do uściślenia wymagań w temacie nieruchomego stania.
Prześlij komentarz