Trudno mi opanować moje "jojczące" podejście do mojego konia. Konik jest zawsze malutki, biedny i nieszczęśliwy. Stanowię jaskrawy przykład koniochondrii i jak nie wymyślę przynajmniej raz w tygodniu śmiertelnej choroby u mojego konia, to sama źle sie czuję. Jak konik czegoś nie robi, to znaczy, że go boli, że nie może, że coś jest nie tak, że... Może to lepiej, niż gdybym miała podejście zupełnie olewcze, a może nie, bo żadna skrajność nie jest dobra. Obawiam się, że w tym natłoku przestanę zauważać prawdziwe problemy. Poza tym często widzę, że takie skakanie jak nad zgniłym jajkiem, mojego konia już po prostu drażni.
Ale nie o tym miało być. To tylko słowem wstępu, gdzie chyba leży mój problem łatwości, z jaką popadam w schematy.
A wyłażą one na każdym kroku. Jeżeli było przeciskanie w lewo, będzie też w prawo. Jeżeli było okrążanie w prawo, będzie też w lewo. Jeżeli było jedno jojo, będzie i następne. Itd. Jeżeli podchodzimy do czegoś, np. do drąga i ustawię Rudą w pozycji do odesłania, to w końcu koń wie, że tak czy siak będzie musiał to przeleźć, więc na co czekać. Jak jest bardzo znudzona, to jeszcze się zawróci, przejdzi w drugą stronę i spyta "no juuuż? możemy stąd iść?". Staram się to jakoś zmieniać. Przeciskać przez bardziej wymagające miejsca, wycofywać jak do odesłania i przywołać, nagradzać czekanie w pozycji do odesłania itp., ale mam wrażenie, że to ciągle za mało.
Z dobrych (jeżeli można tak to określić) stron mojej schematyczności - czasami Rudej nudzi się "banie". Najlepszy przykład dała mi przy jojo przez drąg. Drąg był nie tyle Straszny ile Niepokojący i wycofania przez niego stanowiło pewne wyzwanie. Trzeba było się upewnić, czy nie wystarczy wycofać obok, przejść przodem, ominąć itp. Ponieważ "biedny konik się baaał", robiłam wszystko pomału, starałam się nagradzać każdy prosty kroczek, dawałam dużo odpoczynku, a postępy marne. W końcu się udało, więc zostawiłyśmy drąg i wróciłyśmy za czas jakiś. Poszło szybciej, ale ciągle było to cofanie takie rozlatane, przechodzenie jednym susem, takie, że jak już Ruda zaczęła, to kończyła dopiero za drągiem. Po którymś takim byle jakim jojo, gdy przywołałam ją do mnie i stałyśmy sobie odpoczywająć, mój koń w końcu się znudził i stwierdził, że dość już tego. Westchnął ciężko, bez żadnego znaku z mojej strony wycofał prościutko, podnosząc każdą nogę z osobna a nie wszystkie razem, uważnie, patrząc gdzie staje, bez potykania się, bez cienia niepewności. Wrócił do mnie i spytał "to teraz możemy już stąd w końcu iść?". Hmmm... Do teraz nie udało nam się tego powtórzyć na znak, bo konik "nie umie, nie może, boi się"...
Czy program PNH zmienia ludzi z syndromem "flaka w oleju"?
1 komentarz:
Monika, mysle ze to minie z czasem, znam ten syndrom - moj kon miał juz i zołzy, i trzeszczki i mięsniochwat porażenny;]
Mija z czasem;]
Co do podejscia "jojczącego" - moze trzeba ci zabawy z innym koniem? By emocje nie były na pierwszym planie? Moze pomogło by ci to jakos bardziej wymagającą a przy tym ciekawą być?
Prześlij komentarz