Dziś głównym źródłem inspiracji dla Duszka okazała się kartonowa rura do betonu. Popychał ja nosem, przesuwał kopytem, kładł sobie pomiędzy przednimi nogami albo pod brzuchem prostopadle do osi ciała. Po każdym nowym wyczynie patrzył na mnie, jakby pytał: „Fajnie to robię? Dzielny jestem?” Żałowałam, że nie miałam aparatu. Potem pokonaliśmy folię malarską: Duszek chodził po niej wzdłuż i wszerz, grzebał w niej nogą, przesuwał, podgryzał. Przy okazji poczyniłam spostrzeżenie: ta sama folia, oswojona, gdy leżała na ziemi, okazała się na nowo niebezpieczna, gdy wzięłam ją do rąk.
Na zakończenie zrobił mi niesamowity prezent. Zdjęłam mu kantar i ruszyłam, żeby otworzyć bramkę na pastwisko. Myślałam, że natychmiast tam pobiegnie. Tymczasem Duszyna szedł obok mnie, ani nie zwalniając, ani nie przyspieszając, w moim tempie. Widząc to postanowiłam poeksperymentować i od czasu do czasu robiłam stop, a on zatrzymywał się ze mną! Robił to mimo że widział, że idziemy na trawę. Gdyby nie przykre wcześniejsze doświadczenia, to bym go wycałowała (kiedyś z radości całowałam konia, na którym udało mi się zagalopować ze stępa i potem długo nie mogłam pozbyć się kłaków z gęby). Jak otworzyłam bramkę, chciał od razu ruszyć na pastwisko, ale wystarczyło, ze lekko zablokowałam karotem, od razu stanął i poczekał, aż pokazałam mu ręką, że może iść.
Aha, i jeszcze zaprzyjaźniliśmy się z taśmą policyjną. Zaczęło się od tego, że nastroszył się i fukał, a zakończyliśmy tym, że machałam nią wokół niego i głaskałam po całym ciele. Ciągiem dalszym będzie taśma żółta, a celem jest oswojenie z najstraszniejszą: biało-czerwoną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz