Dzień drugi znowu rozpoczęliśmy od wyprawy na łąkę, ale poskubywanie trawki zostało skrócone. Potem poszliśmy na ujeżdżalnię, gdzie zrobiliśmy książkowe undemanding time. Ja siedziałam na krzesełku, a Duszek się szwendał. Czasami się zatrzymywał, jakby kogoś wypatrywał i głośno rżał. Myślę, że przyzywał Basię (Orka). Pierwszy raz podszedł do mnie po 10 minutach, powąchał nogę i odszedł. A potem juz ”wpadał z wizytą” co i rusz. Nie bardzo pamiętałam, ile czasu taki undemanding time powinien trwać, zakończyłam po 40 minutach, bo zmarzłam. Zabraliśmy się za 7 gier. Było dobrze: jeż na pierwszą fazę, driving frontu na drugą, driving zadka na pierwszą, cofanie przy pomocy driving na drugą. W CG najpierw wypasowywał po pierwszym kółku, ale doszliśmy do trzech-czterech kółek w stępie. Przeciskanie pomiędzy mną a płotem bez żadnego wachnięcia, chody boczne trochę chropawo, ale szedł. Potem przytachałam sztuczną kłodę, czyli rurę do wylewania betonowych słupów. Niestety, miałam tylko krótszy kawałek, więc oczywiśćie zaczęło się od obchodzenia jej, ale po kilka próbach wyszedł nam squeeze na przeszkodą. Sesję poranno-wczesnopopołudniową zakończyliśmy zapoznawaniem się z dluga liną. Lina długa poza długością tym różni się od krótkiej, że była dziewicza, czyli biała, a to już budziło w Duszku podejrzenia co do jej zamiarów. Jak już mniej więcej lina została oswojona, zostawiłam Duszka z tą nową wiedzą i pojechałam odebrać Jaśka ze szkoły.
Po południu trochę pobawiliśmy się na ujeżdżalni, ale zrobił się ruch, więc przenieśliśmy się do round-pena. Okazało się, że Duszek dobrze przetrawił lekcję z dlugą liną, bo zaakceptował ją bez żadnego problemu. Natomiast ja miałam z nią problem – ona naprawdę jest dłuuuuuga. Plątała mi się okropnie, ale udało się zrobić kilka kółek w obie strony bez owinięcia Duszka pajęczyną długiej liny. Zrobiliśmy jeszcze chody boczne nad drągiem – najpierw był bardzo zakoczony tym pomysłem i odbijał od ogrodzenia, żeby drąg ominąć. Ale potem udało się w obie strony. Był to koniec zaplanowanych zajęć, więc puściłam go luzem. Ale tak na mnie patrzył, jakby domagał się jeszcze czegoś. No to pomyślałam, że spróbuję CG na wolności. Odesłałam go z taką energią jak nigdy, bo ruszył galopem. Po dwóch kółkach przywołałam, podbiegł kłusem. To samo w drugą stronę. Więc już nie ryzykowałam, na tym zakończyliśmy. Co najdziwniejsze, miałam wrażenie, że te dwa kółka na wolności wyszły nam najlepiej! A jaki Duszek był zadowolony! Potem wróciliśmy na pustą już ujeżdżalnię, trochę razem pobiegaliśmy (biegał za mną bez liny), kilka razy odesłałałam go - ładnie wracał, gdy go wołałam – i tak dzień drugi się zakończył. A ja jestem nieżywa – cały dzień z koniem jest jednak bardziej męczący, niz dzień za biurkiem. Plan na jutro: to samo, tylko z siodłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz