Nie daję sobie rady ze sobą. Każde nieposłuszeństwo Czarnego doprowadza mnie do szaleństwa. Wszystkie strachy, rzeczywiste i urojone, klejenie się do stajni, klejenie się do Emana, wszystkie trochę za późno i trochę za ospale przestawiane nogi. Mam ochotę wziąć ten cs i tak wp*&%$#@ić!, żeby mu w pięty poszło. Nie robię tego, ale cała się gotuję. Na co Emiter robi się zwarty i posłuszny i wręcz nadgorliwy i "ależ co mogę dla Ciebie zrobić?!", więc nie mam już za co mu sprawiać bęcków, więc idę w końcu pogotować się w samotności i wkurzać się, że nadaję się do hodowania chomików. Wkurzam się tym, że muszę naprawdę się wkurzyć, żeby wykrzesać z siebie taką energię, żeby on wykrzesał z siebie taką energię, żeby nagle niemożliwe stało się możliwe. Kiedy już para idzie mi uszami, to nagle okazuje, że cofamy energicznie (Ty, Dea, chyba też ostatnio odkryłaś wariację na ten temat, prawda?), że postukiwanie ślepcem z siedmiu metrów świetnie działa, że galop dla długiej linie nie jest żadnym problemem, a zmiany kierunków wykonujemy skokiem w miejscu. Tylko mnie aż się w żołądku ściska ze złości, bo mam wtedy wrażenie, że przez wiele wcześniejszych sesji byłam robiona w konia.
Mam jakieś ambicje wielkościowe. Wiecie, Dot The Magnificent Rider and Her Magic Horse :) (to jest taki uśmiech ze zgrzytnięciem zębami). Takie wizje przed zaśnięciem, jak galopuję na Czarnym w czarnej pelerynie przez pola i biorę skokiem ogrodzenia 1,50 m, poczta węgierska na Emanie i Emiterze, Moc pod Kontrolą. Kobiety (mężczyźni chyba?) mdleją, a ja odjeżdzam w stronę zachodzącego słońca lekkim, niespiesznym galopem, w który mój koń przeszedł w chwili, gdy o tym pomyślałam. To, co mam w tej chwili, ten bałagan w mojej głowie, to niezrozumienie między mną i Emiterem, odległość, jaka dzieli mnie od tych wizji przed zaśnięciem, mnóstwo prozaicznych problemów, towarzysząca temu obecność Ola, który nie robiąc w zasadzie ostatnio nic z Emanem jest w stanie po pięciu minutach zdecydowanych działań uzyskać od niego znacznie więcej niż ja od Emitera i patrzy na mnie z pobłażliwym uśmiechem, to wszystko wpędza mnie w straszliwego, agresywno-depresyjnego doła.
Ładuję się raz za razem w sytuacje na granicy bezpieczeństwa i przekraczające tę granicę. Idę po bandzie, nie przewiduję, co zdarzy się za chwilę, nie planuję, co zrobię, jak to się zdarzy, bo tak strasznie wkurza mnie to, że po raz kolejny walczę wiosną z tymi samymi kwestiami jak co roku. Strachy w terenie, nie odchodzę od stada, nie pójdę pierwszy. A właśnie, że pójdziesz! I pamiętacie ten rysunek z L2? C'mon, it's just a leaf! C'mon, it's just a gallop! (daj spokój, to tylko liść! daj spokój, to tylko cwał!) To właśnie my. Dzisiejsze poniesienie w terenie zakończyło dobrze tylko dlatego, że Olo lecący za mną bez kontroli na Emanie krzyknął w końcu: "Zegnij go tak, jakby szło o Twoje życie!". I zmobilizowałam się, wykrzesałam z siebie tą siłę, znalazłam lukę w drzewach, ale na miłość boską, co ja robię? To się zdarza kolejny raz. Idę dalej, choć mam nieuporządkowane sprawy wcześniej. Idę dalej, bo tak strasznie mnie wkurza, że jeszcze mnie tam nie ma, że przecież tam byłam, ale teraz jest kolejna wiosna i znów trzeba przejść ten etap. Marny ze mnie jeszcze horseman, nie wiem, kiedy to liść, a kiedy ogrywanie mnie, więc wkurzam się tym bardziej, a potem jest tak, jak na początku tego postu.
Boże, potrzebuję tego kursu w kwietniu. Potrzebuję tego, by ktoś na mnie spojrzał, spojrzał na Emitera i powiedział mi, co mam z tym wszystkim zrobić. Potrzebuję jakiś kropel uspokajających na wybujałe ambicje. Bo jak tak dalej pójdzie, to kolejne poniesienie, kolejny upadek, kolejny skok między drzewa może okazać się ostatni. Co mówi Linda? Najgorsze, co może się nam przydarzyć, to utrata pewności siebie, prowadząca do tego, że kończy się przygodę z końmi. O, nie.
5 komentarzy:
"Wkurzam się tym, że muszę naprawdę się wkurzyć, żeby wykrzesać z siebie taką energię, żeby on wykrzesał z siebie taką energię, żeby nagle niemożliwe stało się możliwe. Kiedy już para idzie mi uszami, to nagle okazuje, że cofamy energicznie"
To, że potrafisz się wkurzyć, to chyba dobrze. Przytoczę dwie wypowiedzi na ten temat z forum międzynarodowego (jesli czytałaś, to sorry za powtórzenie):
Osoba 1.
Let me tell you of an experience I had where anger was put to good use: In my very first clinic in level 1, I was SO INNEFFECTIVE, and my poor RB horse so needed me to be a leader. ..... I was there for 2 days, and in that time I felt like I had done nothing but beat up my horse and my whole body was bruised and I felt like I had been hit by a truck. .....
Toward the end, my teacher said to me and anotherwoman: you and you need to go home and get angry! Every time you have to go to phase 4, FEEL angry. Because your horses are laughing at you! It was true. My horse was more interested in the scenery, she wouldn't even look in my direction - I was like a little fly beating against the leg of an elephant.
Well, I didn't have to be angry for long. And I've never had to be like that again. That was Level 1, and I remember years later reading that Linda said that sometimes Level 1 can be ugly! Learning about phase 4 in Level 1 sure was ugly for me.
Osoba 2.
I have found anger can be used constructively in several different ways:
First. If I stop and ask myself: "What is it I want or need at this moment?" The answer often helps clarify what the correct answer is and helps me direct my focus on getting it.
Second. If getting angry helps me become more determined, i.e., increases my focus, good!!!.
Third. Anger can be used to "command" respect if I clearly and unequivocally state my boundaries and limitations. "This is what I will do--no more, no less."
It sounds like, when you got angry, your focus and intention became totally clear. That's good! And that you have never had to go there again--great! Sounds like you really learned a life lesson there.
Dorotko!!
Ja też mam marzenia i ambicje i rózne mysli i czasem jestem załamana i bardzo płaczę!!
Dam Ci przykład!!
Marzę o tym, żeby nauczyć się jeździć konno! Ale mam ciągle pod górkę a konia mam ponad 2 lata. W grudniu pisałam " zaczynam jeździć" tak tylko przed Wigilią Promyk uszkodził nogę i do tej pry ma chorą. Teraz będzie miał punkcję. Jesteśmy w nowym miejscu i nawet jeśli szybko noga wróci do zdrowia to wsiądę na niego dopiero, gdy będę czuła się pewnie, bo tu mamy tylko teren. Nie wiem kiedy to będzie , więc moje marzenie pozostaje marzeniem przed snem.
Po drugie przyczepa. Niby wszystko fajnie, ponad miesięczne jedzenie obiadków w samochodzie. A przychodzi sobota wyjazdowa i mimo, że dostał najpierw jedną dawkę żelu uspokajającego, a potem drugą dawkę już "końską" nie pojechaliśmy w sobotę. Płakałm przez godzinę w białą grzywę mojego konia a tusz z rzes i moje łzy spływały czarnymi strugami po jego szyji. Płakałam z bezsilności, z żalu, z kolejnej porażki, braku umiejętności, wiary w siebie i innych rzeczy. Płakałm nad swoim koniem, nad tym, że tak bardzo się boi, że nie umiem dać mu wystrczająco dużo pewności , że tym razem nic mu się nie stanie. Płakałma ze zmęcznia bo trwało to w sumie 5 godzin i i tak się nie udało. Płakałm bo już wiedziałm, że następnego dnia przyjedzie lekarz i da mu zastrzyk i nadal nie nie wiadomo czy uda się go zabrać. Płakałam nad tym, że był u nas dwa razy Berni i starł się przekonać Promyka, żeby pojechał na poprzednie kursy i dwa razy koń został w stajni a ja pojechałam jako słuchacz.
A marzę o tym, że pojedziemy w Bieszczady, na Warmię, do Małgosi Mentosa i Rity.
A tymczasem codziennie jeżdżę do mojego konika i na pocieszenie myślę sobie, że moje marzenia to jedno a drugie to te drobiazgi, te codzienne maleństwa, które daje mi Promyk. Te iskierki, te drobnostki codzienne na których się skupiam i to one powodują, że codziennie wyjeżdżam ze stajni uśmiechnięta i szczęśliwa. I wiem doskonale jakie były niedociągnięcia, że chody boczne dziś nie taki, że cofał po łuku ....itd Ale ....... i na tym ale się skupiam, na tym co było fajne!!!
Dorotko, jeszcze nie raz będziemy płakać, ale myślę, że częściej będziemy się śmiać i cieszyć z tego ile osiągnęłyśmy!!!!! Trzymajcie się idzie wiosna!!!!!!
Kasia, a nie myślałaś, dlaczego Promyk nie chciał wejść akurat tego dnia, mimo że poprzednio juz wchodził? Może za bardzo się skoncentrowałaś na zadaniu, za bardzo chciałaś, żeby koniecznie wyszło? Skojarzyło mi się to z takim wydarzeniem. Wielokrotnie na pewnej klaczy (zresztą mamusi mojej malutkiej) próbowałam wjechać do jeziora. Bez rezultatu. Inne konie wchodziły, ona nie, wrastała w brzeg i koniec jazdy. I nie chodziło o to, że akurat mi brakowało jakiś umiejętności, bo ona nie wchodziła do wody pod żadnych jeźdźcem. Aż któregoś dnia pojechaliśmy w teren i znowu padło hasło do jeziora. Pojechaliśmy do jeziora i nagle okazuje się, że nie ma żadnego problemu – ani chwili wachnięcia, do wody i z wody stępem, kłusem, galopem .... Jak trochę ochłonęłam, zaczęłam analizować sytuację. I uświadomiłam sobie, że tym razem ja w ogóle nie myślałam o tym, że do tej wody możemy nie wejść, w ogóle nie kombinowałam, co zrobić, żeby nie odmówiła. Jak dojechaliśmy do brzegu, to on w ogóle nie stanowił dla mnie jakiejś granicy, nawet na ten brzeg nie patrzyłam – patrzyłam gdzieś w głąb jeziora, bo zastanawiałam się, do której kępki trzciny warto dojechać (chociaż było to niezamierzone, zachowałam się tak, jak zaleca PP na płycie Water Crossing). Posumowując – jak bardzo się starałam, to nic z tego nie wychodziło, jak przestałam postrzegać to jako coś, co może się nie udać – poszło jak po maśle. Może tak samo jest z Promykiem i przyczepą?
Ania, dzięki za te wypowiedzi o wściekłości. Niestety mam wrażenie, że mój koń zachowuje się znacznie lepiej po moich atakach, nazwijmy to, determinacji. Wczoraj dostał jeszcze sporą porcje energicznych zadań na linie po powrocie z terenu i zarówno po południu, jak i dziś rano, jak tylko mnie zobaczył, to zaczął iść w moją stronę. Co mnie doprowadza do rozpaczy w gruncie rzeczy, bo mam wrażenie, że woli mnie w charakterze zdecydowanego lidera bez sentymentów niż miłego partnera. A ja wolałabym być miłym partnerem. Ale to chyba później, wszystko na to wskazuje...
Prześlij komentarz