15 mar 2007

Dzień pierwszy

Duszek przyjechał!
Myślałam, że będzie trudniej. Z samochodu wyszedł spięty, ale jak zaczęłam go głaskać, nie odsuwał się ani nie uciekał, tylko łypał wokoło. Najpierw wzięłam go do boksu, gdzie spędziłam z nim undemanding two hours. Potem zaczęłąm go szykować na spacer. Linę zakceptował bez problemu, ale na kantar bardzo sie boczył – może dlatego, że lina używana i pachniała koniem (i to nie byle jakim koniem, bo Truskawką), a kantar nowy. Więc trochę zajęło nam friendly z kantarem. Już na początku drogi napotkaliśmy stracha – kozy w zagrodzie. Duszek stanął jak wmurowany. Dałam mu trochę popatrzeć na te białe potwory, a potem sie wycofaliśmy. I to wystarczyło. Za drugim podejściem przeszliśmy. Najpierw poszliśmy na łąkę. Duszek się pasł, a ja od czasu do czasu bawiłam się liną: albo zarzucałam na niego, albo machałam koło niego – ale nie za dużo, żeby mu nie psuć przyjemności. Z początku jadł tę trawę bardzo nerwowo, ale potem się zrelaksowal. Chociaż były momenty, gdy się spinał i wypatrywał wroga, to jednak większość czasu był spokojny. Byliśmy na tej łące ze dwie godziny. Okazoło się to bardzo dobrym pomysłem, bo potem jak poszliśmy zwiedzać wszystkie kąty, to był już na tyle oswojony z nowa sytuacją, że bez problemu przeszedł wąską dróżką ograniczoną po obu stronach białą TAŚMĄ. W międzyczasie zrobiło się szaro, konie zostały zabrane do stajni i zwolnił się dla nas padok. Puściłam Duszka luzem, trochę pokłusował, ale bez jakiegoś specjalnego zapału, więc postanowiałam go trochę przegonić i niechcący wyszła nam z tego super zabawa. Ja go odganiałam, on odbiegał, potem zatrzymywał się, patrzył na mnie i zaczynał do mnie iść. Jak przystawał, kiwałam na niego palcem i dalej ruszał (chociaż z tym palcem to może takie moje wishful thinking, bo już było tak szaro, że nie wiem, czy w ogóle mógł ten palec widzieć). W każdym razie przychodził, ja go głaskałam, staliśmy trochę i znowu go goniłam. Przeważnie przychodził stępem, troszeczkę zakłusowywał, ale jeden raz zdarzyło się coś fantastycznego. Ruszył w moim kierunku galopem! Nawet nie zdążyłam się przestraszyć, bo myślałam, że mnie po prostu wyminie i pogalopuje dalej. A on wyhamował przy mnie, zarył się kopytami tak gwałtownie, że opryskał mnie błotem. Kto by pomyślał, że można się cieszyć z opryskania błotem! A potem jeszcze trochę undemanding time w boksie i wróciłam do domu. Jutro popróbuję 7 gier.

3 komentarze:

Dot pisze...

Zrób jakieś zdjęcia :) Twoje konie ślicznie się nazywają. Na pewno robi im to dobrze na charakter :)

Ania + Truskawka&Duszek pisze...

Też uważam, że imię ma wpływ na charakter. Po imieniu też widać czy ten, kto je nadał, lubi konie czy nie. Kiedyś z w jakieś szkółce dostaliśmy z Jaśkiem dwie śliczne klaczki, gniado-srokatą i kasztanowato-srokatą. Nazywały się Rewira i Retora. Aż cierki mi przeszły po plecach, gdy to usłyszałam.

Malgosia i Mentos pisze...

Ja zgodnie z ta zasada przechrzcilam mojego z Etosa na Mentosa - bo Etos to takie powazne imie.