Jest lepiej. Zdecydowanie jest lepiej. Nie mam już wrażenia, że mój koń mnie nie lubi. Działamy sobie mniej więcej co drugi dzień. Na razie dwa razy mieliśmy taki schemat - najpierw round pen, potem spacer w terenie, potem znów round pen. Wszędzie dużo przerw. Jak Czarny mówi, że właśnie wyszedł na środek round penu, żeby sobie trochę postać po galopowaniu, to nie popędzam go znów na koło, tylko spokojnie sobie tam stoję wyłuskując mu jakieś śmietki z grzywy albo przekręcając się na siodle tyłem do przodu i z powrotem w ramach wygłupiania się, a po jakimś czasie proszę o ponowne ruszenie. Nie szukam zwady. Nie wkurzam się. Mam czas. Mam wrażenie, że Czarny to docenia. On też nie szuka zwady. Po chwili przerwy zawsze robi to, o co go proszę. W terenie coraz lepiej. Wsiadam na krótkie odcinki, wczoraj kilka razy zakłusowałam, na razie "od domu", żeby go jednak nie nakręcać, mam jeszcze w pamięci te ostatnie poniesienia, chciałabym być teraz pewna, ze jesteśmy zgrani i nie grozi nam cwał na złamanie karku. (A była taka jedna genialna droga, którą zawsze galopujemy, cudownie piaszczysta, tak mnie korciło! i on też by poszedl bez zmrużenia powieki, ale powstrzymałam sie resztką rozsądku - jeszcze nie teraz.) Zatrzymujemy się na skrzyżowaniach dróg, żeby przełamać schemat: "Ha, tam jest skręt do domu, dawaj!". Czarny był posłuszny, zachowywał się bardzo dobrze. Mam kieszenie pełne kawałków marchewek i nie czuję się już z tego powodu urażona. Marchewki wydaję różnie - czasem za szczególnie spokojny, równy kłus, a czasem ot tak, bez powodu, kiedy sobie po prostu idziemy.
Mieliśmy też zabawne zdarzenie. Szłam obok Czarnego prowadząc go w ręku, przed nami pojawiła się kałuża, Czarny ją obszedł, ja zamarudziłam szukając miejsca, by przejść suchą stopą, linka wysunęła sie z mojej ręki i nagle Czarny był wolny. Pomyslałam "no koniec, teraz poleci do domu i szukaj wiatru w polu". Nie pokłusował, ale poszedł przed siebie stępem, czasem oglądając się na mnie, ale generalnie oddalając sie ode mnie - i oddalając sie od domu. Obejrzał sie parę razy, stanął, ale nim do niego doszłam, poszedł sobie dalej. Po kilku minutach tej wędrówki w oddaleniu zaczął obracam sie coraz częściej bokiem, a w końcu stanął i poczekał na mnie. Podeszłam nie patrząc na niego, wydałam marchewkę, wzięłam łagodnie linę, poszliśmy sobie dalej. Niby to nie tak dużo, ale ucieszyłam się, ze nie poleciał przed siebie i nie zlekceważył mnie zupełnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz