12 mar 2007

Co się dzieje w stajni, kiedy mnie nie ma...?

...a nie ma mnie często, bo odwiedzam kobyłkę raz w tygodniu tylko. Długo by gadać, dlaczego tak mało, uwiera mnie to... może się uda zmienić. Ale fakt jest faktem -- przez 6 dni w tygoniu nie_ja zajmuję się koniem.

Co nastroiło mnie do takich przemyśleń?

Nieprzyjemnie zaskoczyła mnie reakcja Campiny na kantar w sobotę. Weszłam do boksu, przywitałam się, napoiłam [zła była i całe wiadro wody wypiła -- aha, nie były pojone przed śniadaniem :(]. Po chwili wróciłam z kantarem, żeby wypuścić młodą na pastwisko (wyprowadzałyśmy wszystkie konie). Głowa do ściany. Hmm.... Przełożyłam sznurek za szyją, czekam. Zwykle dostaję paszczę w nachrapnik, a teraz tylko wygięta w moja stronę szyja, głowa do ściany. Co jest?!

Zostawiłam ją, poszłam wyprowadzić innego, wróciłam -- to samo. Wyprowadziłam drugiego, trzeciego, za każdym razem wracałam do niej, ale ewidentnie nie chciała wpakować łba w kantar. W końcu poczekałam na nią. Po jakichś 5 minutach z ociąganiem dostałam paszczę.

Wyszła na dwór, ja sprzątnęłam boks (cokolwiek robią, kiedy mnie nie ma, nie jest to wywożenie gnoju... ale chociaż słomy w tym tygodniu dościelili trochę). Czekała już na mnie przy bramie, chętnie poszła się bawić. Chociaż tyle...

Inne poszlaki... kantar sznurkowy Bilona przewieszony z jego osobistego haczyka (nikt inny TEORETYCZNIE nie używa PNHowego sprzętu). Moja lina krótka przewieszona na sąsiedni haczyk.

Może zbieg okoliczności. A może ktoś "funduje tresurę" naszym koniom, kiedy nas nie ma.

Nie podoba mi się. Bardzo mi się nie podoba.

A żeby nie było tak pesymistycznie, pozytyw: postawiłyśmy nogę na oponie. To nasze pierwsze osiągnięcie w stawianiu_nogi_na -- wczesniej dostawałam tylko grzebanie (lub skok) i nie bardzo wiedziałam, co z tym zrobić. Wreszcie się udało. Oczywiście kluczem jest approach and retreat i uświadomienie sobie, że grzebanie to reakcja nerwowa wynikająca z niepewności, a nie "po prostu ciekawość" :) To z serii OBOP.

9 komentarzy:

Dot pisze...

Może sprawdź. Zapamiętaj dokładnie jak i gdzie powiesiłaś sprzęt, ile zwojów miała lina na haczyku i za którą pętelkę powiesiłaś kantar... W razie czego zacznij zabierać do domu. W razie czego zmień stajnię.

Parę dni temu rozmawiałam z wściekłą Małgosią Mentosową. W jej stajni przez tydzień, gdy miała zapalenie oskrzeli, nikt nie zainteresował się spuchniętą nogą jej kulejącego konia. Co jest, do cholery, z tymi stajniami...

dea i Campina pisze...

Nie muszę sprawdzać, że sprzęt był przewieszony, to wiem :( Na razie schowałyśmy kantary sznurkowe do skrzynek ze szczotkami -- może to wystarczy tymczasowo.

Denerwuje mnie atmosfera niedomówień i jeszcze jakieś dziwne zarzuty do nas: że Bilon jest "głupi", bo potrafi przejść pod zapiętą sprężyną, że to przez te nasze "cuda" (a on, jak to arab, inteligentny, szybko wyczaił). Nie szkodzi, że jak się zapnie dwie sprężyny, to nie przejdzie -- najwyraźniej zapinanie dwóch sprężyn to za trudna sprawa. Albo, że rudej się "nie daje prowadzić" (pisałam o tym na forum jakiś czas temu).

Swoją drogą, już wypatrzyłyśmy nową stajnię i umówiłam przeprowadzkę na początek maja. Zobaczymy czy będzie lepiej.

Ciekawe dlaczego tak trudno o stajnię, w której byłoby spełnionych kilka warunków:
- konie maksymalnie długo na wybiegu(najlepiej trawiastym, ale niekoniecznie cały czas, rozumiem kwestie odrastania trawy), w stadzie co najmniej 4 sztuki, minimum przez pół dnia codziennie
- czysto w boksach (dorzucane tyle słomy, żeby zawsze było sucho, minimum raz na tydzień sprzątane "materacyki") -- mam dość śmierdzących, gnijących strzałek
- ktoś odpowiedzialny zajmujący się karmieniem (żeby nie pasł na siłę [mój koń zje każdą ilość wszystkiego] i nie "zapominał" o karmieniu, żeby poił, jeśli nie ma poideł), rzucający okiem na konia, żebym była spokojna, że da mi znać, jeśli coś się będzie działo
- do tego super by było, gdyby był jakikolwiek ogrodzony teren (do zabaw na wolności)

Nie potrzebuję hali, karuzeli, solarium. Zabawki zrobię sobie z czegokolwiek. Nie potrzebuję pomieszczeń socjalnych, byle się zmieścił sprzęt (jedna skrzynka i pewnie w końcu siodło). Nie potrzebuję, kurka, nawet kibla dla siebie czy miejsca do zrobienia herbaty (chociaż byłoby cudownie gdyby było). Czy to jest niemożliwe? :|

Zazdroszczę Ci, że masz konie pod bokiem... chociaż pewnie czasem masz tego dość, bo obowiązków trochę jest... nie wiem, czy dałabym radę łączyć to ze swoją pracą, ale coraz częściej o tym myślę...

dea i Campina pisze...

Ach, zapomniałam o kolejnym niemożliwym do spełnienia warunku:
dawać znać, że bedzie kowal/szczepienie/odrobaczenie, a nie oświadczać po fakcie: "Było xxx, 40zł" (tak, mówiłam, że chcę być przy zabiegach). Nawet nie wiem, jak zachowuje się mój koń przy szczepieniu/odrobaczaniu, na kowala parę razy trafiłam i to przekonało mnie tym bardziej, że chcę przy tym być: konie właścicielki podskakujące, wypięte na sztywno na dwóch uwiązach (a ruda na luźnej linie, wiem, że tak jest spokojniejsza). Plus okazjonalne pokrzykiwanie, kiedy koń się wyrywa.

Dot pisze...

Ja mam zupełnie inne kłopoty, ale też jakieś mam. Mam raptem dwa niekute konie. Kowalom nie chce się przyjeżdżać, za każdym razem są wielkie zabiegi, żeby ktoś przyjechał. Mam też problem w postaci strasznie silnej więzi, która powstała między Emiterem i Emanem i która często (a wiosną po całej zimie stania razem na małym padoku jest dramat!) wręcz uniemożliwia mi pracę. Wszystko jest w miarę oK, jak są bardzo blisko albo bardzo daleko od siebie. Ale praca w odległości 400 metrów od kolegi, z widokiem na kolegę, to jest jakiś dramat. Ale o tym może innym razem.

Ania + Truskawka&Duszek pisze...

Kasia, a jaki jest powód, że mimo wszystko trzymacie się tej stajni? Spisz z jednej strony minusy, z drugiej plusy i zobacz, czego więcej.

dea i Campina pisze...

Aniu:
Już się nie trzymamy... z żalem, ale się zdecydowałam w końcu. Przeprowadzamy się od początku maja.

Plusów kilka jest:
Jest tam jeden bardzo sympatyczny człowiek (pomiatany przez właścicielkę potwornie), o którym wiem, że obserwuje mojego konia. Dwa stany podkolkowe mi zakomunikował, podcinał kopytko, kiedy okulała, zanim kowal raczył przyjechać (Dorotko, do "naszych" 10 koni też trudno przyciągnąć kowala :(). Interesuje się naturalem trochę i jest w tę stajnię masochistycznie wrośnięty. Pewnie przez wzgląd na swojego ogiera, któremu zapewnił tam najlepsze warunki, jakie potrafił... Wiem, że jak sie wyniesiemy, to nie bedzie miał do kogo gęby otworzyć, od właścicielki nie dostanie nawet herbaty, mimo że robi tam 90% fuchy stajennego (pracując zawodowo na zmiany).

Poza tym tam jest spokój, nie kręcą się stada gówniarzerii karmiącej konie bułką z szynką. Mimo że to w środku miasta, jednocześnie jest w środku lasu. To tylko w Trójmieście możliwe ;) Tereny są absolutnie fantastyczne.

To ja. A ze względu na Campi: Ma boks z oknem na wysokości paszczy, nie taki kuloodporny jak na mordercę (teraz będzie taki miała, do 150cm ściana, a powyżej kraty, okno poza zasięgiem, wiem, że są konie, które muszą tak mieć, ale nie ona... będzie bez kontaktu ze światem i w ciemnicy).
Ma stado, z którym jest naprawdę bardzo związana. Kiedy zabrałam ją na dwa tygodnie w lecie, widziałam, że jej tego stada brakuje (były we 2 z Bilonem). To bardzo towarzyski zwierz. Nie wiem, czy będzie miała okazję chodzić w dużym stadzie (teraz 8 koni chodzi razem), widzę, że jest szczęśliwa, chodząc z nimi. Poza tym, co by nie mówić o właścicielce, nie jest to ruolnik, miała trochę do czynienia z końmi i mniej więcej wie co robi. Nie obawiam się na przykład, że przekarmi młodą. W Akademii Przygoda musiałam się ścigać ze stajennym (niegdyś owczarz, sympatyczny zresztą), bo twierdził, że głodzimy konie. Ruda taka zagłodzona, że aż jej się zad "rozdwaja". Ale przy tym wiem, że zje każdą ilość wszystkiego. A to półkuc, nie powinna dużo "wartościowych" karm jeść. Na wiosnę mamy zwykle jeden dzień, kiedy przegnie z trawą i się pokłada, mimo że w zeszłym roku biegałam ją wypasać w kontrolowany sposób, myślałam, że bedzie przygotowana do wypuszczenia na trawę, ale gdzie tam...

No i znowu ja: do tej stajni mogę dojść piechotą/dojechać rowerem z domu, w którym jeszcze nie mieszkam, ale będę mieszkać za jakiś rok. Do tej nowej bez samochodu nie podskakuj...
Poza tym to pierwsza stajnia Campiny odkąd ją mam. Niby nie jest tam tak najgorzej. Są na pewno stada ludzi, którzy byliby z takiego standardu zadowoleni. Pozostałym pensjonariuszom (moi znajomi zresztą) nie przeszkadza lekki syf w boksach i nie uwiera ich fakt, że konie nie wychodzą codziennie.

No i jeszcze coś: co raz to dochodzą mnie słuchy o brudzie w innych stajniach. Mam wrażenie, że trudno będzie wyegzekwować czystość. Kolejne dwie stajnie, które nawet rozważałyśmy, wylądowały na czarnej liście: pensjonariusze chcą się stamtąd wynosić ze względu na syf. Trochę się obawiam, że spłyniemy "z deszczu pod rynnę"... Byle na dworze długo siedziały, czystość w boksie jest wtedy nie aż tak krytyczna...

...łatwa decyzja to nie była, zapewniam :)

dea i Campina pisze...

Zapomniałam o jeszcze jednym: kwestia mojej siostry [lat 13] :)
Ostatnio udało jej się dogadać z córką gospodyni na "wypożyczanie" jej kucki i zaczęła się z tąże kucką bawić w PNH. Efekty już zaczynają się pojawiać, młoda praktycznie o niczym innym nie mówi, cieszy się jak głupia (albo jak sparellizowana ;)), że Lunka do niej podeszła, dzieli się obserwacjami ("a wiesz, ona tak spokojnie chodzi za mną na zewnątrz, a z lonżownika ciągnie tylko do wyjścia...").
W nowej stajni nie będzie konia, z którym młoda mogłaby się bawić. Dla niej to oznacza koniec PNH, przynajmniej na pewien czas. Bo sama do "starej" stajni jeździć nie będzie, bez naszego nadzoru bawić się pewnie też nie odważy... Szkoda dzieciaka, bo widzę, że CHCE. A teraz jedyną możliwością dla niej będzie... własny koń :( To może się nieprędko spełnić...

KAŚKA, PROMYK I INDI pisze...

Dea! A może siostra wzięłaby mojego konia Indiego? Szukam dla niego dobrego człowieka, zakochanego w PNH.

dea i Campina pisze...

Kasiu,
Napisałam maila :)
Największy problem to brak wolnego boksu na trzeciego konia w naszym sąsiedztwie... ale zobaczymy, może coś się uda.