Dużo się działo przez ostatnie dni, w czwartek i w piątek byłam u znajomej na występach gościnnych. Znajoma ma dwie klaczki, z którymi ostatnio nie daje sobie rady i bardzo chciała zobaczyć siedem gier na żywo z jej końmi. O klaczkach napiszę następnym razem, bardzo to było ciekawe, tym bardziej, że na końcu pojawił się jeszcze jedna klacz, której właścicielka również zainteresowała się siedmioma grami, natomiast koń okazał się takim wyzwaniem, że po prostu sobie nie poradziłam na najbardziej podstawowym poziomie i po 20 minutach - zdyszana, spocona, zmęczona - przyznałam, że nie mam koncepcji, co mam zrobić, by koń chociaż zarejestrował moją obecność. Miałam wrażenie, że ja i ona, zwana Zośką, po prostu jesteśmy w dwóch równoległych światach, że nie ma takiego działania, które mogłabym podjąć, żeby przesunąć jej nogi, spowodować skierowanie na mnie wzroku lub choćby ucieczkę ode mnie! Cokolwiek! Reakcję! Człowiek czuje się jak idiota :), macha rękami, uderza carrotem, łupie w ziemię ss, aż mu bark wyskakuje, a koń nawet nie drgnie, pomnik ze spiżu... Nie, to nie był koń pociągowy :) Ale o tym następnym razem :)
Dziś założyłam na Czarnego pad, wdrapałam sie na oklep i postanowiłam nieco popasażerować w kłusie i nieco popracować nad precyzyjnymi manewrami typu przestawanie zadu z góry, przestawianie przodu z góry, chody boczne z góry, które do tej pory zupełnie pomijaliśmy. No więc chody boczne zaskakująco dobrze, z pomocą carrota, ale nie bardzo dużą. Zwroty na zadzie rownież dobrze i również carrot oddał nieocenione usługi, choć nie musiałam Czarnego nim dotykać, wystarczył jako "wskazówka", o co chodzi w tym ćwiczeniu, płynął do nosa Czarnego, a Czarny ładnie przestawiał nóżki, kiedy carrot był jeszcze jakieś 50 cm od jego nosa. Zwroty na przodzie gorzej, choć było kilka dobrych kroków, może nie ma się co spieszyć, tylko trzeba nagradzać te powolne, dobre ruchy. Trudne to, trudno kontrolować energię własnego ciała - stój, nie naprzód, ale jednocześnie "coś", jest jakiś ruch. Na oklep zdecydowanie łatwiej, więcej się czuje - i siebie, i konia. Ewidentnie na przykład Czarny reagował na pchający pośladek w chodach bocznych, bardzo ładnie reagował.
Potem był jeszcze pasażer w kłusie na round-penie, na ktorym zostaliśmy uwięzieni, bo wszędzie indziej mokro potwornie i mamy zakaz rozwalania rozmokłych pastwisk kopytami :) Trochę niespodziewanych zwrotów, ale czuję się coraz lepiej w nich, jeśli jestem wyprostowana, to nogi, uda, pośladki układają się właściwie i dobrze się zabieram. Dziś zebrałam kolejny fragment układanki pt: "O co chodzi z nogą pchającą od zewnątrz do zwrotu". Pasażer to jednak potęga.
Tytułową żółtą kartkę dostałam na samym końcu. Olo biegał sobie na Emanie po okolicach i przyniosł wieść, że niedaleko nas jest wyższy fragment terenu, mniej mokry, dobry do ćwiczeń. Podreptałam więc za nim na oklep na Czarny, czując się mniej pewnie niż tuż koło naszego padoku, ale sądząc, że w towarzystwie Emana Czarny będzie spokojny i bez niespodzianek. Caarny zaczął podnosić głowę i pokazywać, że nie jest spokojny. Olo wymyślił, że będzie kłusował a ja za nim i dla Czarnego to będzie takie ćwiczenie" "kłusujemy sobie kółeczka wokół choinek za Emanem, twoje zadanie to nie wyprzedzać i trzymać sie ogona". Nie wiem dlaczego, ale spięta czułam się okropnie i do tego pomyślałam, ze to głupie ćwiczenie, bo uczy tylko Czarnego, że chodzi za swoim przywódcą, a nie za moimi wskazówkami. Więc poprosiłam, by Eman stanął, a ja kłusowałam sobie kręcąc wokół nich rożne kółeczka. O, o wiele lepiej, Czarny sie zrelaksował, znów byłam u steru, ale generalnie czułam, że jestem już zmęczona, ze ten pad się przesuwa, że jednak te uszy za często są postawione, że coś w Czarnym buzuje i generalnie nie ma co ryzykować, że coraz częściej tracę dobrą pozycję, zsuwam się. Eman przeszedł do stępa - Emiter jeszcze cały czas ze mną. Eman przeszedł do kłusa - najwyraźniej Olo uznał, że wszystko jest już ze mną i Czarnym OK - na co Czarny zerwał się jak ukłuty ostrogą do cwału, a ja z pozycji zrelaksowanie-wyprostowanej runęłam w tył i na bok. Miałam kask na szczęście, ale było to nieprzyjemne i miałam przede wszystkim obrzydliwe uczucie, że sama sobie zafundowałam tą atrakcję. On ostrzegał, zrywał się wcześniej, tylko mniej dynamicznie, usztywniał się, stawiał uszy i szyję. Myśl o zejściu przeszła mi przez głowę parę razy - powinnam zejść za pierwszym. A tak, to tylko głowa mnie boli ku przestrodze...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz