Dziś pierwsze spotkanie z Czarnym po przerwie. Bardzo przyjemne i znów w moim tempie. Najpierw pojeździliśmy nieco po round penie, wysiadywany kłus, przejścia i galopy na obie strony, żeby trochę się pogimnastykować, potem wycieczka na dalekie pastwisko i oswajanie sytuacji "Eman jest tak daleko, jestem taki sam i taki przerażony, a tam jest takie straszne, a Ciebie nie lubię", gdzie nagradzaliśmy wszystkie chwile powracania na lewo i spokojnego stania nosem do mnie. Potem wycieczka do lasu po hasłem "to zupełna normalka, że koń idzie sobie na smyczy na spacer" - w lesie były piaszczyste skarpy i kałuże i otwarte przestrzenie i trawki nawet nieco do skubania, a potem powrót do domu i jeszcze nieco kłusów i galopów na round penie dla spuszczenia pary i pozytywnego zakończenia spotkania. Po odpięciu linki na padoku Czarny nie odbiegł ode mnie galopem, tylko zakręcił się i wytarzał, czyli nie był zły. Ale spocił się ze zdenerwowania, to fakt. Zobaczymy, co będzie następnym razem. Całe spotkanie zajęło nam trzy godziny i udało mi się nie popaść w stan wkurzenia. Biorę, co mi daje, czasem pozwalam się powydurniać, nabrałam do stosunku jak do dzieci: nie musze wygrać kazdej potyczki, czasem lepiej po prostu nie zwracac uwagi, zająć jego i siebie czymś innym, uprzedzić wcześniej o tym, co się zdarzy, powrócic do tematu za chwilę, a nuż opór już minął? Staram się więcej słuchać, nie reagować paniką na każde skubnięcie trawki, rozumiem, że trawka to teraz rarytas. Udaje mi się zapytać czasem bez złości: "O co chodzi?" i poczekać na odpowiedź, zamiast "O co ci, K@##$%, chodzi?!" retorycznie. Jak czuję, że zaczynam buzować, to siadam sobie na trawce. Ponieważ zaczęłam do pojeżdżenia sobie na round, więc nie mialam poczucia, że coś muszę, że dlaczego on taki spięty, że dlaczego nie mogę jeszcze wsiąść?! Wsiadłam już sobie, pobujałam się w siodle, teraz czas dla konia :)
Nie da się ukryć, że Czarny był dziś dość rozkojarzony, czasem buntowniczy, czasem nie zwracający na mnie uwagi, ale w sumie nie było źle. Z rzeczy ładnych to dostałam bardzo ładne galopy, zwarte i harmonijne, zamiast zwyczajowego na round penie każda-noga-oddzielnie-a-wszystko-bardzo-kanciaste, i ja też siedziałam ładnie, wyprostowana, rozluźniona, bez podkurczania nóg, ze strzemionami trzymanymi lekko końcem stopy, z zewnętrzną ręką nonszalancko opuszczoną za biodrem :) I przejścia do kłusa mieliśmy niezłe. Jeszcze będzie z nas horse-man. W czasie wyżu łatwiej tak myśleć.
Ach, trochę też zaczęłam zwracać uwagę na poruszana ostatnio na forum "stronność". Więcej prowadzimy się z prawej i nie daję się wmanewrowywać na lewo. Wczesniej nawet tego nie dotrzegałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz