4 mar 2007

Z Dzikiem Bliskie Spotkanie i co z niego wynikło

Po pierwsze, dziękuję bardzo za zaproszenie na bloga. Nosiłam się z zamiarem poproszenia o nie, ale jakoś tak odkładałam na później... :)

Po drugie, wypada się przedstawić. W końcu nie wszyscy muszą nas znać. My, to Kasia, znana w niektórych kręgach jako dea, oraz kasztanowata klaczka Campina. Campi wielkoformatowym koniem nie jest, w kłębie jakieś 135cm. Młodziak (w maju skończy 4 latka). Z charakteru... zrównoważona, to chyba dobre słowo. Ani z niej specjalny wypłoch, ani leniwiec. Ciekawska, czasem się czegoś wystraszy, ale raczej odważna. Do tego skłonności czołgowo-dominacyjne, nie jest to skrajność, ale są wyraźne. Typ nie-karm-mnie-z-ręki. Ja jestem raczej marchewkowa niż bacikowa. Co jakiś czas ruda przypomina mi, że na szacunek trzeba sobie zasłużyć...

A po trzecie... podzielę się sobotnim OBOPem :)
Wybrałyśmy się na spacer do lasu. Trzech ludzi naziemnych, trzy konie sznurkowe. Pogoda sympatycznie mglista. W pewnym momencie z mgły na leśnej ścieżce wyłonił się Dzik. Campina zrobiła Bardzo Okrągłe Oczy i, co prawda, nie stratowała mnie (co jej się chwali), ale wyraźnie dała do zrozumienia, że NieJestPewnaCzyToJejNieZje. Tym bardziej, że To dostojnym krokiem odtuptało w krzaki na poboczu i przestało być widoczne. Po krótkiej naradzie, zarządziłyśmy grupowo spokojny odwrót na upatrzone pozycje, co by się dzikiej świni nie narażać. Tak się złożyło, że z Campiną szłyśmy pierwsze, więc po odwrocie wylądowałyśmy naturalnie na ostatniej pozycji... na co Campina powiedziała:

-!NIE!-.
Ona jest Dzielna, bardzo nad sobą Panuje, ale ja mam coś wykombinować, bo nie ma mowy, żeby ona szła Ostatnia, bo przecież ToCoś zaraz może wrócić, i wtedy na pewno ją zje i będzie wtedy zjedzona i -!NIE!-, ona Nie pójdzie Ostatnia.

Hmmm... no dobrze... co możemy zrobić? Żadnego z pozostałych koni pchać za nas nie będę, po co mają się stresować, skoro potwora nie widziały i na razie mamy względny spokój, plus jednego lekko sztywnego konia. Trzy lekko sztywne konie, co jakiś czas wybuchające i pobudzające do wybuchu pozostałą dwójkę, to już jest naprawdę ciekawy zestaw... W połączeniu z naszą najmłodszą, początkującą parellityczką, aż nadto ciekawy. No dobrze... czyli wyjście jest jedno: pani musi robić za latarnię, a konia puścić przodem. Prowadzenia z 5 strefy nie ćwiczyłyśmy, więc została jedna możliwość: ustawiam konia tyłem do dwóch pozostałych i cofamy za nimi.

I tutaj wrażenie pierwsze: to, co zobaczyłam w oczach Campiny w odpowiedzi na odwrócenie tyłem do koni i przodem do stracha, mogę określić tylko jako "dziękiii....". Opuściła głowę, zniknął wytrzeszcz oczu, przeżuła. Chwilkę postałyśmy -- inny koń. Próbowałam jeszcze raz ustawić ją za sobą, ale -!NIE!- połączone z ogromniejącymi oczyma i Dzikim wyskokiem do przodu było nadal w mocy.

A drugie wrażenie, jeszcze bardziej piorunujące, to jej odpowiedź na prośbę o ruszenie do tyłu... piękne, obszerne, okrągłe kroki do tyłu, skupienie na paszczy, głowa nisko...

Hejże, moja piękna, to Ty tak potrafisz?... :D

Wniosek... od czasu, kiedy ustaliłyśmy sygnał do cofania, minął już ponad rok. A ja wciąż akceptowałam maleńkie, powłóczące kroczki... wypracowałyśmy odległość (dużo kroczków), wypracowałyśmy w miarę prostość (proste kroczki), ale kroczki zawsze były takie mikre, aby-aby... koniec wakacji, teraz skupimy się nad tym, żeby "Dzikie Kroki" utrwalić. Spodobały mi się straszliwie. :)

Taka refleksja: czasami musi zdarzyć się coś, co uświadomi nam, ile koń tak naprawdę potrafi, do czego już jest gotowy. W którą stronę rozciągać wymagania... Pozytywne, zdecydowanie :]

Brak komentarzy: