Weryfikacja na ujeżdżalni - pozytywna, czyli moje zwierzę potwierdziło, że nie jest wredne "tak po prostu". Na trawie dała się przekonać, że wsiadanie nie jest straszne, na ujeżdżalni działało to nadal - nie sięgała zębami. Podobnie na lonżowniku - wprowadziłam trzecie miejsce do wsiadania. Stoi spokojniej niż niejeden ujeżdżony koń, na którym miałam okazję wozić tyłek ;) przynajmniej na razie.
Tak spokojnie, że dzisiaj kusiło mnie, żeby wsiąść bez naziemnej asysty Agi, trzymającej drugą linę. Ale jednak, mimo wszystko, nie zdecydowałam się. Przede wszystkim dlatego, że ujeżdżalnia nie była zamknięta... stąd pomysł przyzwyczajania do lonżownika - jest zamykalny.
Najlepszy jednak jest jej feedback.
Po kąpieli, niezbyt przyjemnym badaniu na źrebność (jupi!! nie ma nieplanowego źrebaczka), sporej dawce naziemnych zabaw z siodłem i odrobinie wsiadania (w sumie ładnych parę godzin razem na sznurku, wiekszość w siodle) wypuściłam ją na pastwisko do koni. Stwierdziłam, że mam już dosyć pracy - więc resztę czasu posiedzę na pastwisku i poobserwuję zachowania stadne paszczurów. Kiedy tylko poskładałam sprzęt i weszłam znowu na pastwisko - rude mnie namierzyło i się przykleiło. A myślałam, że też na dzisiaj miała dosyć. Miło :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz