8 kwi 2007

Przemyślenia wolnościowe

Ostatnio trochę bawiłyśmy się na wolności.

Pierwszy raz, bo stwierdziłam, że jak się pojawiam po półtora tygodnia nieobecności, to nie zabiorę konia bez słowa wyjaśnienia z padoku -- więc z młodą (i pozostałymi końmi) na pastwisku zostałam. Dzień był ciepły, więc postanowiłam zabrać się za spryskiwacz -- traktowany wcześniej przeze mnie trochę po macoszemu. Sytuacja jak ze wszystkim na starcie u Campi: znosi (nie odfruwa na księżyc, nie taranuje), ale się mocno kręci, lekko wpycha na człowieka. Parę podejść na linie robiłam, ale najwyraźniej bez przekonania, bo nic się widocznie nie poprawiało... Tym razem postanowiłam podnieść poprzeczkę -- sobie ;) i połączyć friendly spryskiwaczowe z catching game.
Tak więc mój koń, "goły i wesoły" (i brudny jak pieron... wyobraźcie sobie liniejącego mamuta, którego szczotka nie widziała przez ponad tydzień, w boksie czysto idealnie nie jest, a jeszcze czasami bydlę wychodzi na dwór, gdzie sporą część wybiegu zajmuje teraz błoto... :P) oraz ja -- uzbrojona w spryskiwarkę wypełnioną wodą i linę (nie przyczepioną do konia, w celach wyłącznie wzmacniających odpędzanie).
Strategia w założeniach prosta: jest sobie taki punkt, w którym konia może stać. W tymże samym punkcie ją spryskuję, z przerwami (o ile grzecznie stoi). Jeśli wybierze inny wariant (ruszy się, odejdzie), to się ganiamy, aż zechce pójść za mną i wrócić do naszego punktu odpoczynkowego, gdzie ma chwilę przerwy (czasem nawet pozwolenie na skubanie resztek trawki), a później -- znowu psikanie. Cel: konia pozwala się psikać i nie odchodzi.
Trochę się nabiegałam, szczególnie na początku ;) Ale i tak zdziwiło mnie, jak szybko udało się doprowadzić do tego, że naprawdę z własnej woli, naprawdę bez ruchu stała. Ale naprawdę zachwyciło mnie to, że na następnej sesji (też na wolności) przeszła tylko parę metrów, a potem dała się cała stojąc, bez dalszych "ale", wypsikać. Później na tej samej sesji sprawdzenie już na linie -- rewelacja, konia mi w ziemię wmurowało :D
Postanowiłam sobie teraz utrwalać nasze osiągnięcie, stosując spryskiwacz w trakcie czyszczenia równolegle ze szczotkami. A przydaje się i praktycznie, nic (prócz śniegu i środków za grubą kasę) nie działa równie skutecznie na zelektryzowaną sierść, niechcącą "wypuścić" brudu => przyjemne z pożytecznym :]

Następne zadanie wolnościowe... nie mogłam się powstrzymać, żeby nie poprosić jej o CG. Po parę kroczków driving we wszystkie strony już nam całkiem ładnie bez liny wychodzi, jojo elegancko (chociaż może nie na szokująco dużą odległość), proste squeeze ("między") też działa. Circling na przestrzeni bardziej otwartej niż lonżownik, nie testowałam.
Cóż mam rzec -- dostałam od mojego konia prezent :> Co prawda zadanie było ułatwione, bo ustawiłam się w pewnej odległości od rogu placyku (tak, że z dwóch stron młoda była jakośtam ograniczona), ale pozostałe dwie strony miała zupełnie wolne. Nawet nie bardzo dryfowała. W lepszą stronę dostałam nawet kłus :D W gorszą na początku trochę bez przekonania zapytała, czy może zmienić kierunek, ale szybko zaakceptowała moje "nie-e, proszę"...

Dzięki Ani, mogę podzielić się fotkami (to właśnie nasza "gorsza" strona)..:

Moja konia idzie (wzdłuż płota pod lasem)...


Moja konia zakręca (a tu już nie ma płota)


Moja konia przychodzi na przywołanie :)


Obserwacje: zabawy na wolności wymuszają użycie naprawdę delikatnych faz. Trzeba się skupić, żeby konia nie odepchnąć za mocno, bo... po prostu sobie pójdzie, i tyle. Trzeba się będzie nabiegać ;) A poza tym... już to słyszałam wcześniej od innych (w kontekście jazdy bez ogłowia), a teraz tego doświadczyłam osobiście: mam wrażenie, że koń dziękuje za okazane zaufanie (brak liny) i bardzo się stara. Młoda była bardzo skupiona, sporo żuła, a po zabawach była wyciszona i chętnie za mną szła. No i nawet jak wróciłyśmy na linę, używałam jej jakby mniej...

Łamałam się długo, czy próbować się bawić na wolności. Pierwsze akcje w tę stronę były "oszukane", bo miałam marchewki w kieszeni i ruda o tym wiedziała. Strasznie się bałam, że nie wyjdzie ;) Teraz już nie potrzebujemy marchewek, mogą wrócić na swoje miejsce -- do żłoba. Na pewno czasem będę do wolnościowych zabaw wracać -- świetny test na przyciąganie, świetne wymuszenie użycia niskich faz i skupienia od obu stron, hiehie...

Brak komentarzy: