Duszek przeżył regres jeśli chodzi o akceptację siodła. Zastanawiam się, czy może to mieć jakiś związek z przystosowaniem się do stada i z tym, że zaliczył kilka ukąszeń (objawiło to się po tym, jak zacząl być wypuszczany ze stadem). Tak czy owak, od siodła zaczął się odsuwać, więc nastąpiła moja kolej na “back to basics”. Pamiętam, że jak po raz pierwszy oglądałam siodłanie w SS L1 w wykonaniu Lindy, wydało mi się to takie okropnie długie. Tymczasem w porównaiu z moimi wysiłkami tamta prezentacja to błysk. Wczoraj pewnie 2-3 godziny, dzisiaj wydaje mi się, że było krócej, ale może to złudzenie. Najpierw czaprak, potem czaprak, znowu czaprak .... potem siodło, siodło, siodło .... potem poręg, popręg, popręg ... . Dziś to samo od początku. Aż sama jestem ciekawa, ile razy włożyłam i zdjęłam z niego siodło. W przerwach CG wokól siodła – wtedy siodło stawało się fajną zabawką i zabierał się za memłanie: jakoś sprytnie to robił, wydawało mi się, że gryzł, ale śladów zębów nie było.
Gdy ja tak miotałam się z siodłem, moja rodzina spedziła czas na jeździe w terenie ze wspaniałymi galopami! No i gdzie tu przyjemność z własnego konia?
Na dodatek na zakończenie Duszke wyciął mi niezły numer. Podczas PPL opuścił głowę, żeby coś powąchać. Dałam mu chwilę i już miałam poprosić go o podniesienie głowy, gdy on ukłąkł, a następnie zaczął kłaść się na bok, żeby się wytarzać. Sama nie wiem, jak udało mi się z niego zejść. Na szczęście zrezygnował z wytarzania, bo chyba z siodła nic by nie zostało. Potem wsiadłam jeszcze raz, pokręciliśmy się chwilę omijając punkt krytyczny (jak się tam zbliżyliśmy, znowu zaczął opuszczać głowę, przestraszyłam się, że to miejsce ma w sobie coś wyjątkowego, gdzie trzeba się tarzać) i miałam dość, tym bardziej że naciągnęłam sobie mięśnie uda i teraz ledwo chodzę. A wniosek taki, że konisko mnie olewa.
1 komentarz:
Tak w temacie "i gdzie tu przyjemność z własnego konia": zanim kupiłam Campinę, jeździłam co najmniej raz, w lecie dwa razy w tygodniu -- najczęściej w tereny, typowe klepanie rekreacyjne, ale chociaż tyle. A potem pojawiła się rudawka i... jeżdżę do konia zamiast na koniu. Od dwóch lat, poza terenikiem na beskidzkich hucułach (ech, poezja :D), w siodle nie siedziałam....
Ale i tak daje mi to więcej satysfakcji niż klepanie się w szkółce :> Poza tym wiem, że jeszcze się na niej najeżdżę w naszym wspólnym zyciu, a tak -- nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło -- spokojnie sobie skostnieje bez obciążenia :]
Prześlij komentarz