Dużo się wydarzyło w ten weekend – po pierwsze mieliśmy wizytę Kasi, która pomogła mi zabrać Tołdiego vel czołg w teren. Nie było idealnie, ale jak na pierwszy raz całkiem całkiem. Na początku poszłyśmy spory kawałek w ręku. Potem początkowa koncepcja, że ja będę jechać na Meniu, a Kasia wsiądzie na Ricie, okazała się nietrafna, wiec zamieniłyśmy się końmi i dalej było ok. W sumie to nowa dla niej okolica – każda gałąź była warta obejrzenia, kupki gruzu trzeba było ominąć szeeeeerokim lukiem, konieczne prychnąć na papier leżący w zaroślach. Dużo w tym było takiej dzieciuchowatej ciekawości, nieznajomości świata. Ale wszystko generalnie pod kontrolą – przejechałyśmy w siodle jakieś 1,5 góra 2 km i potem piechotka w ręku do domku.
Dziś za to wzięłam Mentosia w długo odkładany i wyczekiwany teren, Z założenia miało być relaksacyjnie, na luzie, z dużą ilością popasów. W praniu wyszło trochę inaczej – bo owszem na początku ciągle słyszałam „czyyy muuuuszę?” ale potem, jak się rozharcował to co i raz pytał – „galopem?”. Not to pojechaliśmy dłuższy galopik z dodaniem na końcu. Bardzo ładnie i bardzo pod kontrolą. W ramach przerwy na odsapniecie robiliśmy „tropienie trawy” – ja pokazywałam z ziemi zielone kępki – a on je pożerał. Zupełnie jak z psem i „szukaj”. A na koniec bawiliśmy się w pławienie w kałużach kończąc trawersem przez ciek wodny nazywany szumnie rzeczką. Jak na Mentosia, który jeszcze nie dawno bał się wody jak ognia – super osiągnięcie.
W Dużym Lesie nie byliśmy już pewien czas, z różnych powodów. I co ciekawe odżyły stare strachy – nie to żeby się od razu bać – ale trzeba było przyjrzeć się dokładnie ziemiance gospodarza, sprawdzić czy burek nadal tylko szczeka i czy łańcuch dobrze go trzyma, czy pranie bujające się na wietrze na pewno nie odleci. Interesujące jest to, że przy regularnych terenach wszystkie te strachy i pseudo-strachy nie były nawet na tyle przerażające, żeby na nie spojrzeć. A dziś, niewidziane od jakiegoś czasu zdecydowanie zyskały na straszności.
Poza tym M jest nadal strasznie zazdrosny o Ritę – kiedy jestem u niego w boksie i R zagada do nas przez kraty to szczerzy się do niej i kładzie uszy po sobie. Dziś nawet posunął się do tupnięcia na nią nogą. Generalnie staram się pilnować postulatu „ chronienia stada”, ale nie jest to takie łatwe. Zresztą zupełnie nie wiem, jak zastosować ten postulat, kiedy jest się właścicielem dwóch koni. Bo w sumie nie chce ciągle odganiać tej biednej dziewczyny, ale M na razie nie daje mi wyboru.
3 komentarze:
To jest to, o czym pisałam wczesniej w odniesieniu do Emitera. Pierwszy raz w terenie po 1,5 miesiąca i straaaaszne kury i groźne psy. Aż czasem zaczynasz się zastanawiać, czy to aby ten sam koń. Na szczęście mija.
A co R i M robią, jak są razem na wybiegu? Lubią się? Szczerzy się zawsze czy tylko wtedy, gdy chodzi o Ciebie?
M jest gdzies na szczycie hierarchii stadnej - R na szarym koncu. M ma swoja ukochana klacz Heroine + jakas, ktora obecnie ma ruje. R stoi gdzies z boku sama. M jak przystało na ogiera czolowego szczerzy sie do wszystkich w stadzie. Czyli miedzy M i R jest bez milosci, ale tez bez nienawisci
A próbowałaś już przewieźć ich razem przyczepą? To bardzo zbliża. Może wtedy Mentosowi łatwiej będzie tolerować, że też się nia zajmujesz.
Prześlij komentarz