6 gru 2006

Złe dobrego początki

Wywołana przez Dot do tablicy postanowiłam napisać trochę o moich początkach z Panem Meniem. Trudnych początkach....

Kiedy postanowiłam, że chcę mieć własnego konia jeździłam w pewnej podwarszawskiej stajni, w której 90% koni (jeśli nie 99%) stanowiły folbluty po wyścigach. Wiec decyzja, ze ma to być folblut przyszła samoistnie. Inne konie były jakieś takie ciężkie, grube, mało zwinne i z wielkimi nieproporcjonalnymi głowami.

Pierwszym źródłem były wyścigi. I tam pierwszy raz zobaczyłam Mentolińskiego. Oglądałam Bossa – pięknego ciemnego ogiera, wielkiego jak szafa trzydrzwiowa, ale nadal wyglądającego szlachetnie. Grzecznego, ale trochę zagubionego (stał na przykład sam z siebie z wywalonym na zewnątrz językiem i można go było za ten język bez problemu trzymać). Mentoń znał Gosię, z która byłam oglądać Bossa, więc kiedy weszłyśmy do stajni, stanął chyba na paluszkach, wyciągnął łepek na korytarz i zaczął nas wołać kłapiąc ryjkiem (dla tych, co nie znają M osobiście – robi dokładnie to samo, co Little George na płytce PP „My horse won’t go” – rozluźnia wargi i rusza głową w gore i w dół, tak jakby chciał powiedzieć ”tak, tak, tak”). To było nasze pierwsze spotkanie i jak się później okazało zauroczenie od pierwszego wejrzenia.

Potem dowiedziałam się, ze Mentoś ma jechać do Czech na stiple – czyli wyścigi płotowe. A jak płoty to i Wielka Pardubicka i połamane końskie karki i nogi. Nie mogłam pozwolić, żeby taki słodziach zrobił sobie krzywdę, więc go kupiłam.

Nasza pierwsza jazda jeszcze przed zakupem była super – ładnie chodził, żadnych fochów, tylko zamiast przekłusować przez drągi postanowił je przeskoczyć – co wówczas uznałam za znak, że lubi skakać ( co oczywiście okazało się później absolutna nieprawdą). Dziś śmieję się, że wiedział chłopak, że ważą się jego losy.

Na drugiej jedzie przy pierwszym zakłusowaniu strzelił z zadu z zaskoczenia i tak skutecznie, ze wyrzucił mnie z siodła, po czym przebiegł tyłem po mojej tylnej nodze (nie pytajcie jak to jest fizycznie możliwe, bo nie umiem tego wyjaśnić). Miałam podejrzenie pęknięcia kości, na cale szczęście skończyło się na wielkim krwiaku. Tak dużym, ze jeszcze pól roku po całym zajściu można było go wyczuć. Nie wsiadałam chyba przez trzy miesiące.

Potem okazało się ze M ma jeszcze kilka innych asów w rękawie – oprócz brykania potrafił doskonale walić szyją w zęby jeźdźca, celująco kopać przy czyszczeniu brzucha, przechodzić od stanu zupełnego olewania mnie do prób dominowania. I w to w ciągu nanosekundy. Kiedy się czegoś przestraszył to odwracał się o 180 stopni i cwałem leciał do domu. Zupełnie nie przejmując się czy jeździec został z nim, czy tez nie. Do prawej półkuli przechodził i bardzo szybko i na bardzo długo. Klasyczny przypadek rozhisteryzowanego folbluta.

Co ciekawe, kiedy człowiek nic od niego nie chciał, nadal bym tym samym słodziachem, którego spotkałam na wyścigach. Kiedy zaczynałam wymagać – wstępował w niego mały szatan. A czasem nawet duży szatan.

Wcale nie maiłam ochoty na niego wsiadać. Szczerze mówiąc to się go bałam. Jeśli wówczas ktoś powiedziałby mi, ze w ciągu pół roku będę na nim jeździć na kantarze, wyśmiałabym go. Ja – wieczny jeździec rekreacyjny i mój folblut-po-wyścigach-prawie-ogier. Wolne żarty!

Dziś nie zamieniłabym go na żadnego innego konia. To chyba miłość:)

3 komentarze:

Dot pisze...

A jak "kupienie Mentosa" ma się do "rozpoczęcie PNH" w czasie?

Malgosia i Mentos pisze...

Na gwiazdke dostalam nowy level 1, Mentonia kupilam w styczniu. Ale na poczatku te moje parellowanie przeplatalo sie mocno z klasyka. Wszystkie problemy z siodla mialam oczywiscie jezdzac klasycznie, bo jezdzac naturalnie, to powinnam na niego nie wsiadac:)

Anonimowy pisze...

znam podobną historię .. też zakończoną wątkiem miłosnym :)

Tyle że my nadal mamy wiele problemów ... ale już bez porównania ...

doskonale rozumiem Twoje irracjonalne zauroczenie :)

Promyl &Iskra