Pewnie każda z nas kiedyś wpadła na takie nieoczywiste sensy zaleceń Pata. Są pewne zalecenia, które nie budzą gwałtownego protestu, ale jednocześnie właściwie nie wiadomo (na pewnym etapie swojego jeździeckiego rozwoju), dlaczego trzeba to robić tak, a nie inaczej. Dla mnie czymś takim było do tej pory popychanie konia zewnętrzną łydką do skrętu i odstawianie wewnętrznej, "otwieranie furtki". Oczywiście, starałam się to robić właśnie tak, ale ten ruch był dość wymuszony i nie miałam wrażenia, że kon na to jakoś czytelnie reaguje, raczej bez ostatecznego sygnału w postaci wodzy czy sugestii cs nie było co liczyć na taki skręt. Z czasem nauczyłam się jakby skręcać ciężarem ciała i to działało zdecydowanie lepiej, taki jakby dynamiczny przechył do wewnątrz skrętu, na lepszą stronę mojego konia działało bez wodzy i cs, ale w zasadzie wyeliminowało mi to tą zewnętrzną łydkę, bo jakoś się z tym kłóciło. Aż do dziś :) Po raz kolejny wsiadłam na Emana, na podkładce oklepowej, z postanowieniem poćwiczenia jego odpowiedzialności za utrzymywanie kłusa i mojego dosiadu. Łagodnie, po kołach i krótkich prostych kręciliśmy się kłusem po placu z przeszkodami, a ja eksperymentowałam z różnymi sposobami siedzienia: bardziej "na kieszonkach", bardziej na przodzie, z pedałowaniem nogami, bez pedałowania, symetrycznie, niesymetrycznie, ze świadomością opierania się na udach, na kolanach, przenoszeniem wagi itd. I bardzo szybko dotarło do mnie, że jedyną sensowną metodą siedzenia na zakrętach, zwłaszcza bardziej dynamicznych, jest wyprostowanie i obniżenie wewnętrznego kolana i delikatne podkurczenie i objęcie konia zewnętrzną nogą, co daje efekt... no właśnie, pchającej zewnętrznej łydki i otwierającej wewnętrznej furtki. OBOP.
Swoją drogą, przyszła mi do głowy zabawna refleksja na temat krótkości i długości naszych koni pod różnymi jeźdźcami. Kiedyś Olo wsiadł na Emitera i po pół godzinie stwierdził "Bardzo fajny koń, tylko się nie zatrzymuje w ogóle", na co ja wytrzeszczyłam oczy i wykrzyknęłam "Jak to sie nie zatrzymuje? Zatrzymuje się genialnie, za to w ogóle nie chce iść naprzód!". No więc Eman do tej pory uchodził w Cezarowie za długiego konia, co to do zatrzymania ostatni i do gwałtownych przyspieszeń pierwszy, natomiast ja z jazdy na jazdę mam coraz poważniejsze podejrzenie, że on jednak jest krótki... A może to tylko brak szacunku lub kombinowanie? W każdym razie zatrzymuje się (na placu) na moją myśl o zatrzymaniu, a rusza do kłusa z wielkim trudem... Fajne to wszystko razem :) Dzień, w którym znalazło się miejsce na chociaż 30 minut na końskim grzbiecie, jest dniem wygranym nawet wówczas, gdy nic innego sie nie udało :)
2 komentarze:
Hehehe, moj Pawel tez kiedys powiedzial o Meniu, ze on nie chce sie zatrzymywac. Moj kon ze stopniem 2 w 10 stopniowej skali dlugosci! Wiec ciekawa jestem co powie na Rite, ktora przynajmniej na razie wydaje sie byc wyzej w tej skali.
Nasza Czenna za dawnych czasów, kiedy nie była jeszcze nasza, w stajni uchodziła za konia "bardzo do przodu".Do czasu. Pewnego "pieknego" dnia właściciel stajni "wprzęgł" ją w rekreację szkółkowo-terenową,a że rekreacja wiadomo..., panienka wymyśliła genialny sposób nie ruszania się z siodłem wcale.Ale to wcale.Chyba,że ktoś prowadził ją z ręki i bez człowieka na "górze", najchętniej do boksu. A na padoku,jeśli już nie było wyjścia to stępem.Szybsze biegi nie istniały.Teraz widzimy,że wyraznie jest koniem do przodu...kombinatorwstwo na kazym kroku i sprawdzanie człowieka się jej tylko nie zmieniło.
Prześlij komentarz