W takim właśnie dniu wyciągnęłam M na ujeżdżalnię - koń generalnie ledwo się tam doczłapał, więc postanowiłam zacząć od rzeczy niewymagających dużo energii (po co prosić o coś, czego bez walki się nie dostanie...). Na tapetę ruszyła nie dotykana od jakiegoś czasu paleta - czyli podest. Były przednie nogi na, 4 nogi na, tylko tylne nogi na i na koniec cofanie od tylnych nóg na do przednich nóg na (nazewnictwo skomplikowane, ale kto paletuje, ten wie co chodzi). Przy ostatnim zadaniu M, jako największa ciapa w naszym domu, oczywiście się potknął i w rezultacie ... obudził. Sprawdziłam zatem czy możemy poruszać się czymś więcej niż człapiący stęp - mogliśmy, stąd z pewną dozą nieśmiałości sprawdziłam przejścia w dół na kole. Wiem, wiem - miałam nie dotykać, ale jak tu nie dotykać jak korci. Na całe szczęście działało bez pudła, na sugestię, samą energię, idealnie. Potem krótki sprawdzian zmian kierunku w galopie - też o wiele lepiej niż ostatnio kiedy dotykałam. Fajnie.
Myślę, że coraz bardziej staję się zwolennikiem teorii wstrzemięźliwości. Nie, nie w sensie seksualnym, alkoholowym czy jakichkolwiek innych używek (choć jako żywiciel* najmłodszego kawy nie piłam od ponad roku...), ale w sensie końskim. Żeby nie molestować, nie męczyć, nie przynudzać - zrobić swoje i zakończyć we właściwym momencie. A za jakiś czas wrócić, tak przy okazji, bez wielkiego halo, tak zwyczajnie, just checking...
* mały off-top - jeśli jesteśmy przy żywicielach to zaczytana jestem w "Intruzie". Zdecydowanie muszę powiedzieć, że od czasów Bastarda jestem fanką narracji pierwszoosobowej. A co u Was w tematach niekońskich słychać?
1 komentarz:
Dodałam ten blog do linków u mnie :)
Pozdrawiam ;*
Prześlij komentarz