Wczoraj byłam na mieście, zrobiłam zakupy, poszłam na zabieg, obiad ugotowałam, posprzątałam w stajni, napełniłam sianem siatki, nakarmiłam 7 niekoptynych stworzeń (dobrze, że kopytne karmią się same), odrobaczyłam psy, nalałam wody na padok i podlałam roślinki wokół domu. Wszystko w temperaturze powietrza przekraczającej 30 stopni i pełnym słońcu. W końcu postanowiłam zajrzeć do koni. Dziewczyny jadły a M rozmyślał - jak prawdziwy, klasyczny Kłapouchy:
"Poczciwy, bury osioł Kłapouchy stal sobie samotnie w zaroślach ostu na skraju Lasu, ze łbem zwieszonym do ziemi, i rozmyślał o sprawach tego świata. Od czasu do czasu smętnie zapytywał samego siebie: "Dlaczego?" - to znowu: "Na co i po co?", a czasem znów myślał: "O tyle, o ile", a niekiedy sam nie wiedział, o czym właściwie rozmyślał."

I wtedy mnie tknęło. OBOP spadł na mnie jak grom z jasnego nieba.
O matko, jęknęłam, jestem Tygryskiem dla mojego Kłapouchego... Brykającym, rozwydrzonym, skaczącym po przyszłym śniadaniu, ciągnącym za ogon małym wulkanem niepohamowanej energii. Gorszym od natrętnej muchy usilnie próbującej usiąść na nosie w czasie drzemki pod drzewem w upalny dzień. I bardziej przerażającym niż całe stado Hefalumpów.
"- Co to jest, co powiedziałeś?- zapytał Kłapouchy.
- Tygrys.
- Aha - powiedział znów Kłapouchy.
- On właśnie przyszedł - wyjaśnił Prosiaczek.
- Aha - powiedział znów Kłapouchy.
Milczał przez dłuższy czas i wreszcie zapytał:
- A kiedy on sobie pójdzie?"
4 komentarze:
Dawno nie widziałam tak świetnego i obrazowego porównania :).
Rewelacyjny wpis :)
Podziękować :)
Zaplułam monitor :D
Prześlij komentarz