Czasami przydarza się taka sejsa, kiedy stwierdzamy, że wcale nie jest tak dobrze, jak nam się zdawało. Koń nagle zaczyna "odfruwać", nie jest skupiony ani rozluźniony. Pewnie przydaje się i taka lekcja od konia -- z jednej strony zapobiega popadnięciu w niezdrowy samozachwyt nad relacją ;) z drugiej -- wskazuje punkty, nad którymi trzeba popracować.
A jak było?
Było wietrznie i samotnie.
Tym razem przyjechałam do stajni sama, żaden inny koń nie "pracował" -- miały dzień odpoczynku po szczepieniu. Poszłam po Campinę na wybieg -- podeszła do mnie na wołanie, pozytywnie. Wyszła za mną z pastwiska, aczkolwiek nie w jakichś podskokach, raczej "wysnuła się". Poszłyśmy sobie obwąchać przygotowane wcześniej siodło, zjeść kilka marchewek. A później stwierdziłam, że skoczę po cośtam do siodlarni i zostawiłam ją na moment samą na padoku, służącym za ujeżdżalnię. Już jak zdejmowałam kantarek, głowa poszła w górę i włączył się tryb lekko paniczny. A kiedy wyszłam za ogrodzenie, tryb paniczny był odpalony na cały regulator: rżenie, nerwowe tupanie przy płocie. Stwierdziłam, że to niezła okazja do przećwiczenia catching game i podążania na wolności. Weszłam na padok i ruszyłam w stronę "dalszego końca". Campina wytrzymała może 5 kroków, a potem zwrot na zadzie i pędem w kierunku bramy i stada. Pogoniłam ją, podeszła, udało się dojść do połowy padoku, wróciłyśmy serpentynkami po nierównym podłożu, skupienie trochę wzrosło, miło. Trochę esów-floresów, zanowu zakręciłyśmy w stronę dalszego końca -- w tamtym kieruku szła nieco za mną, w przeciwnym ze mną w strefie 3, widać było kiedy jest bardziej "do tyłu", a kiedy "do przodu" myślami. Ćwiczyłysmy zatrzymania, cofnięcia, niby skupienie było, ale takie "ulotne". W końcu udało się nam zrobić rundkę w strefie 3 z różnymi manewrami, więc uznałam, że czas na wyzwanie: stanęłysmy na "dalszym końcu" i obniżyłam jej głowę, pozwalając jeść trawę. Raz skubnęła, poderwała głowę, spojrzała na "coś" (aaa! koniożerny liśc zaszeleścił!) przysiad, zwrot na zadzie i w dłuuugą do bramy...
Wróciłam po nią, poszłyśmy jeszcze raz, udało się doleźć, poskubać chwilę, wrócić "pod kontrolą" do bramy, potem się chwilę pobawiłyśmy -- niby odpowiadała, niby skupiała się, na te parę seknud potrzebne, żeby skumać "czego ona ode mnie chce" i to zrobić, ale potem znowu: rozglądanie się, głowa w górze... Powiedzmy, ze gdybym w ogóle rozważała taką opcję, nie byłby to dzień na wsiadanie ;)
Na koniec podczyściłam, wrzuciłam siodło i poszłyśmy poskubać nieco bujniejszą trawę tuż przy ogrodzeniu pastwiska, na którym było stado. Nawet tutaj była nerwowa, niespokojna, rozglądająca się i przytupująca.
No i teraz nie wiem -- załamać się? Właściwie nie wiedziałam co robić. Tak naprawdę, nie udało mi się jej skupić -- dopóki była na linie i blisko mnie, było OK (w miarę, nawet chwilami opuszczała głowę), ale jednak -- jak odprowadziłam ją na pastwisko, poleciała natychmiast do swojej nowej miłości (już sobie przygruchała z wzajemnością gniadą klaczkę ;)). Co mogłam zrobić, żeby chciała ze mną zostać? Żeby wyluzowała całkowicie? Nadal brakuje strzał... :(
Jedyny pomysł jaki mam, to przyzwyczajanie do samotnych sesji -- przyjeżdżanie w tygodniu, kiedy mniejszy ruch w stajni i zabawy "sam na sam", bez towarzystwa Bilona, od którego wyraźnie się mocno uzależniła (mimo że w stadzie nie trzymają się wcale razem!).
4 komentarze:
>> No i teraz nie wiem -- załamać się? Właściwie nie wiedziałam co robić.
E, nie, nie załamałaś się na pewno ;-) Nie uwierzyłabym. O.
Mam wrażenie, że są takie dni, kiedy lepiej machnąć ręką na wymagania i nie iść (nomen omen) pod wiatr.
Można choćby usiąść na trawie koło patwiska stada, konia wziąć na linę i nie chcieć nic. Szef uwzględnia opinie stada. Rozważnie. A w tym czasie może sobie rozważać różne sprawy. Albo i nie rozważać, tylko sobie być.
No nie, może się nie załamałam ;) ale dostałam prztyczka w nos.
Teraz mnie kusi, żeby sprawdzić, jak będzie bez wiatru. Jeśli to był "zły dzień", to pal sześć, ale jeśli mam konia, który się klei do stada (w postaci Bilona w zasiegu wzroku), to mam problem do naprawienia...
Tego dnia faktycznie zweryfikowałam plany na rzecz czegoś, co nie będzie dla niej zbyt wielkim wyzwaniem -- ale jeśli nawet pasienie się przy płocie pastwiska było "scary", to ciężko będzie wymyślić coś jeszcze lżejszego... chyba, że zabawy na pastwisku między końmi, jak kiedyś ;)
Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że trzeba było jednak bardziej odpuścić, od razu pójść bliżej stada. Nie próbować robić w trakcie jednej sesji milowych kroków, bo to się zawsze wiąże ze zmuszaniem! Za zmuszaniem idzie brak chęci do współpracy prędzej czy później, zniecierpliwienie ze strony konia -- a tego nie chcę przecież.
Mimo starań ze strony kobyłki, widziałam, że była bardziej w RB niż w LB => "ani minuty dłużej". Taką dobrą okazję zmarnowałam, żeby zobaczyć, gdzie się uspokoi, i raczej pokręcić się przy krawędzi zaniepokojenia, niż tkwić w miejscu, gdzie każdy liść zagraża życiu ;)
Nie wątpię, że Campina da mi jeszcze okazję przećwiczyć inne scenariusze. Może lepiej się sprawdzę następnym razem...
...żujżujżuj...
...to sobie pogadałam do siebie... ale może i komuś innemu da to do myślenia ;)
Pogadałaś też do innych ... Wpisuje to się też w temat "Don't push".
Prześlij komentarz