27 sie 2007

Lekcja pokory

Czasami przydarza się taka sejsa, kiedy stwierdzamy, że wcale nie jest tak dobrze, jak nam się zdawało. Koń nagle zaczyna "odfruwać", nie jest skupiony ani rozluźniony. Pewnie przydaje się i taka lekcja od konia -- z jednej strony zapobiega popadnięciu w niezdrowy samozachwyt nad relacją ;) z drugiej -- wskazuje punkty, nad którymi trzeba popracować.

A jak było?
Było wietrznie i samotnie.
Tym razem przyjechałam do stajni sama, żaden inny koń nie "pracował" -- miały dzień odpoczynku po szczepieniu. Poszłam po Campinę na wybieg -- podeszła do mnie na wołanie, pozytywnie. Wyszła za mną z pastwiska, aczkolwiek nie w jakichś podskokach, raczej "wysnuła się". Poszłyśmy sobie obwąchać przygotowane wcześniej siodło, zjeść kilka marchewek. A później stwierdziłam, że skoczę po cośtam do siodlarni i zostawiłam ją na moment samą na padoku, służącym za ujeżdżalnię. Już jak zdejmowałam kantarek, głowa poszła w górę i włączył się tryb lekko paniczny. A kiedy wyszłam za ogrodzenie, tryb paniczny był odpalony na cały regulator: rżenie, nerwowe tupanie przy płocie. Stwierdziłam, że to niezła okazja do przećwiczenia catching game i podążania na wolności. Weszłam na padok i ruszyłam w stronę "dalszego końca". Campina wytrzymała może 5 kroków, a potem zwrot na zadzie i pędem w kierunku bramy i stada. Pogoniłam ją, podeszła, udało się dojść do połowy padoku, wróciłyśmy serpentynkami po nierównym podłożu, skupienie trochę wzrosło, miło. Trochę esów-floresów, zanowu zakręciłyśmy w stronę dalszego końca -- w tamtym kieruku szła nieco za mną, w przeciwnym ze mną w strefie 3, widać było kiedy jest bardziej "do tyłu", a kiedy "do przodu" myślami. Ćwiczyłysmy zatrzymania, cofnięcia, niby skupienie było, ale takie "ulotne". W końcu udało się nam zrobić rundkę w strefie 3 z różnymi manewrami, więc uznałam, że czas na wyzwanie: stanęłysmy na "dalszym końcu" i obniżyłam jej głowę, pozwalając jeść trawę. Raz skubnęła, poderwała głowę, spojrzała na "coś" (aaa! koniożerny liśc zaszeleścił!) przysiad, zwrot na zadzie i w dłuuugą do bramy...
Wróciłam po nią, poszłyśmy jeszcze raz, udało się doleźć, poskubać chwilę, wrócić "pod kontrolą" do bramy, potem się chwilę pobawiłyśmy -- niby odpowiadała, niby skupiała się, na te parę seknud potrzebne, żeby skumać "czego ona ode mnie chce" i to zrobić, ale potem znowu: rozglądanie się, głowa w górze... Powiedzmy, ze gdybym w ogóle rozważała taką opcję, nie byłby to dzień na wsiadanie ;)

Na koniec podczyściłam, wrzuciłam siodło i poszłyśmy poskubać nieco bujniejszą trawę tuż przy ogrodzeniu pastwiska, na którym było stado. Nawet tutaj była nerwowa, niespokojna, rozglądająca się i przytupująca.

No i teraz nie wiem -- załamać się? Właściwie nie wiedziałam co robić. Tak naprawdę, nie udało mi się jej skupić -- dopóki była na linie i blisko mnie, było OK (w miarę, nawet chwilami opuszczała głowę), ale jednak -- jak odprowadziłam ją na pastwisko, poleciała natychmiast do swojej nowej miłości (już sobie przygruchała z wzajemnością gniadą klaczkę ;)). Co mogłam zrobić, żeby chciała ze mną zostać? Żeby wyluzowała całkowicie? Nadal brakuje strzał... :(
Jedyny pomysł jaki mam, to przyzwyczajanie do samotnych sesji -- przyjeżdżanie w tygodniu, kiedy mniejszy ruch w stajni i zabawy "sam na sam", bez towarzystwa Bilona, od którego wyraźnie się mocno uzależniła (mimo że w stadzie nie trzymają się wcale razem!).

4 komentarze:

Klara od Teo pisze...

>> No i teraz nie wiem -- załamać się? Właściwie nie wiedziałam co robić.

E, nie, nie załamałaś się na pewno ;-) Nie uwierzyłabym. O.

Mam wrażenie, że są takie dni, kiedy lepiej machnąć ręką na wymagania i nie iść (nomen omen) pod wiatr.

Można choćby usiąść na trawie koło patwiska stada, konia wziąć na linę i nie chcieć nic. Szef uwzględnia opinie stada. Rozważnie. A w tym czasie może sobie rozważać różne sprawy. Albo i nie rozważać, tylko sobie być.

dea i Campina pisze...

No nie, może się nie załamałam ;) ale dostałam prztyczka w nos.

Teraz mnie kusi, żeby sprawdzić, jak będzie bez wiatru. Jeśli to był "zły dzień", to pal sześć, ale jeśli mam konia, który się klei do stada (w postaci Bilona w zasiegu wzroku), to mam problem do naprawienia...

Tego dnia faktycznie zweryfikowałam plany na rzecz czegoś, co nie będzie dla niej zbyt wielkim wyzwaniem -- ale jeśli nawet pasienie się przy płocie pastwiska było "scary", to ciężko będzie wymyślić coś jeszcze lżejszego... chyba, że zabawy na pastwisku między końmi, jak kiedyś ;)

dea i Campina pisze...

Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że trzeba było jednak bardziej odpuścić, od razu pójść bliżej stada. Nie próbować robić w trakcie jednej sesji milowych kroków, bo to się zawsze wiąże ze zmuszaniem! Za zmuszaniem idzie brak chęci do współpracy prędzej czy później, zniecierpliwienie ze strony konia -- a tego nie chcę przecież.

Mimo starań ze strony kobyłki, widziałam, że była bardziej w RB niż w LB => "ani minuty dłużej". Taką dobrą okazję zmarnowałam, żeby zobaczyć, gdzie się uspokoi, i raczej pokręcić się przy krawędzi zaniepokojenia, niż tkwić w miejscu, gdzie każdy liść zagraża życiu ;)

Nie wątpię, że Campina da mi jeszcze okazję przećwiczyć inne scenariusze. Może lepiej się sprawdzę następnym razem...

...żujżujżuj...

...to sobie pogadałam do siebie... ale może i komuś innemu da to do myślenia ;)

Ania + Truskawka&Duszek pisze...

Pogadałaś też do innych ... Wpisuje to się też w temat "Don't push".