____
Bardzo się przed wyjazdem wahałam się, czy jest sens jechać z koniem na stosunkowo krótki czas. Obawiałam się, że nie zdąży się oswoić z nowym miejscem na tyle, żeby normalnie funkcjonować. Obawy okazały się niepotrzebne. Bardzo szybko się dostosował, chociaż zdecydowanie bardziej się do mnie kleił niż w swojej stajni.
Drugie, czego się bałam, to włączanie go do stada. Wciąż mam w pamięci poranioną szyję po przyjeździe z Orki. Tymczasem obeszło się bez ani jednej rany. Zastanawiałam się, co, poza innymi osobnikami, było tego powodem. I doszłam do wniosku, że były dwa: dużo większe pastwisko (miał gdzie uciekać) oraz trawa – konie miały ciekawsze zajęcie od wzajemnych zaczepek. Nauczka na przyszłość: starać się przenosić konia w „okresie trawiastym”.
Zdecydowanie zapunktowałam u Duszka jako przywódca naszego dwuosobniczego stada. Na początku , gdy wyżej stojące konie szczurzyły się na niego, dawał po prostu nogę. Ale wystarczyło, że raz czy dwa je odgoniłam (chwała twórcy carrot sticka!), a Duszek przy mnie kompletnie przestał reagować na ich pogróżki. Stał spokojnie i czekał, aż je pogonię. Kiedyś zdarzyło się, że przyszłam akurat jak uciekał przed klaczą numer 1. Jak mnie zobaczył, podbiegł do mnie i spokojnie stanął, ja kobyłę odgoniłam, a Duszek miał minę „a nie mówiłem ...”.
Jak jest na swoich śmieciach to przychodzi do mnie wlokącym się stepem. Tam przykłusowywal i przygalopowywał. Wiem, że wynikało to też z tego, że czuł się tam mniej pewnie, ale w miarę upływu czasu, gdy już się ze stadem skumplował, a nawet przesunął się o dwa oczka w hierarchii, nadal to robił.
No i nie bał się chodzić w tereny. Tyle naczytałam się o koniach., które nie chcą odejść od stajni, że byłam pełna obaw, czy nam się to uda, Tymczasem było nadspodziewanie dobrze. Owszem, zatrzymywał się, myślał, czasami zawracał, ale tylko na kilka kroków. Niestety, terenowaliśmy tylko w kłusie i stepie, galopować nie zdążyłam. A jak fajnie było, jeśli udało mi się na tyle rozpoznać okolicę, żeby wiedzieć, że do domu niedaleko. Wtedy schodziłam z konia i szliśmy na wspólna wyżerkę: on wcinał trawę, a ja maliny.
Tak mi było dobrze, że teraz kombinuję, żeby, jak już zostanę rozdrutowana, jeszcze raz pojechać. Ponieważ urlop przekształcił się w L4, mam go jeszcze ponad dwa tygodnie. Tylko muszę znaleźć jakieś miejsce bliżej, bo koszt transportu jest jednak druzgocący.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz